Gra o tron

13043_-_254

Ten dzień był szczególny. Nawet dla mnie. Prezydent powiedział „veto”, co po staropolsku znaczy „nie pozwalam” i rozpoczęła się narodowa heca. Znaczy się cyrk, co to przebił nawet cyrk występujący dzisiaj w miejscu mego stałego zameldowania. Nie da się jednak ukryć. Tendencje do występów mamy we krwi, a sejm zbudowali okrągły.

Zaczęło się już podejrzanie o wpół do piątej rano, czyli w środku nocy. Jak natura starszej pani przykazała, wstałam po raz drugi do toalety. Moja sunia, zamiast tradycyjnie spojrzeć jednym okiem i przewrócić się na drugi bok, wparowała mi do łóżka i nie zamierzała go opuścić. Tłumaczę jak człowiekowi, że jeszcze wcześnie, że trzeba spać, a ta nic. Przyniosła swego pluszaka, co było znakiem, że spać nie zamierza. Nie miałam wyjścia. Zamknęłam okno, zasunęłam do końca ciemnobrązowe rolety, czego latem praktycznie nie robię, w pokoju zrobiło się ciemno i rozkazującym tonem kazałam pieskowi iść spać, bo noc. Pies dał się nabrać na sztuczną ciemność i jakoś pospał do rana.

Wstałyśmy tradycyjnie ok. 8.30. Szybko toaleta, ja w łazience, sunia na podwórku, lekka kawa – Inka + Jacobs i czytanie. Nie oglądam, bo nie mam wiadomego kanału, ale czytam „Ucztę dla wron”, czwartą część „Gry o tron”, która robi w serialu za piąty sezon. Oj, trup ściele się gęsto, smoki dorastają, ludzie się mszczą, oj mszczą, ten chce być królem, ten jest, a temu przepowiadają, że będzie. Ktoś zmartwychwstaje, ktoś robi za zombi. Nie sposób się oderwać. Ale trzeba. Śniadanie trzeba zjeść, bo wiadomo organizm starszej pani  i jej cukrzyca domagają się regularnych posiłków.

I kiedy tak już posiliłam sferę duchową i fizyczną, postanowiłam włączyć kompa. Było po dziesiątej.

Najpierw czytam. Nie wierzę. No to włączam w internecie relację bezpośrednią. Nadal mam wątpliwości co do swego spojrzenia na rzeczywistość. Patrzę na książkę. Czyżby świat fantasy zawładnął mną?

Włączam telewizor. Oczywiście stacje pozarządowe. Zgadza się. Na wszystkich to samo. Prezydent wetuje. Prezydent kończy przemowę, a ja szybko odkurzam w pamięci, na którym kanale mam telewizję rządową. To, co zaraz powiedzą tamte, jest w miarę jasne. Trzeba zobaczyć, jak zareaguje ta bidna osamotniona telewizja. I to był strzał w dziesiątkę. W studio siedział polityk. Zobaczyć jego minę zaraz po wystąpieniu prezydenta – BEZCENNE.

I tak oto po długim czasie niebytu w moim domu zagościła owa telewizja. Ludzie, ileż to teorii spiskowych, ileż interpretacji i nadinterpretacji, ileż dziwnych min i braków komentarzy do rzeczy oczywistych… słynny czerwony pasek na dole ekranu praktycznie milczący. Ktoś wklepał w kompa słowa prezydenta i tak sobie przez cały dzień leciały.

Oczywiście, że wyszłam z sunią na spacer, nawet dwa spacery, ale otoczenie wokół mnie w żaden sposób nie reagowało na veto. Drobni pijaczkowie nadal uciekali przed policyjnym patrolem, Bruno ponownie zaczepiał moją sunię, a ona olała jego zaloty, na korcie tenisowym rozgrywano kolejne mecze w ramach ligi miejskiej, a dzieci spokojnie uczyły się przepisów ruchu drogowego w osiedlowym „miasteczku”.

Czasami wskakiwałam też do internetu. Wrzało. Niczym w mojej książce. Tutaj też wyczytałam, że będzie orędzie prezydenta. Z przyzwyczajenia włączyłam TVN. Orędzie było. Wróciłam do sieci. I co się okazało? Było również orędzie premier, pani oczywiście. W tym samym czasie. W telewizji rządowej oczywiście. Oczywiście, że nie wysłuchałam, bo mój telewizor nie ma opcji wyświetlania dwóch kanałów równocześnie.

Wyciągnęłam patriotycznie „Soplicę” o smaku orzecha laskowego. Zaraz zabieram się za piąty sezon wiadomej powieści w wersji pisanej.

Gra o tron w naszym kraju właśnie się zaczęła.  

Budżet obywatelski …. ściema?

12048503_877259995683185_1338722726_n

 Ostatnio ponownie otaczają mnie, w realu i wirtualu, reklamy budżetu obywatelskiego. Są projekty, są pomysły, „miasta” mają forsę. Według założeń trzeba taki pomysł zaprojektować, zgłosić, potem rozpromować, tak żeby ludzie na niego głosowali i jeśli pomysł załapie się na premiowane miejsce, będzie można go realizować. Tak być powinno. Ale bywa również inaczej.

Są sytuacje, w których budżet obywatelski to zwykła ściema. Z najbardziej znanym mi przykładem zetknęłam się osobiście.

W 2016 roku ktoś wpadł na pomysł, aby w miejscu mego stałego zameldowania zrobić Psi Park, znaczy się taki wielkomiejski wybieg dla psów. Wyliczył, że według oficjalnych danych w mieście na stałe zameldowanych jest 1800 piesków (drugie tyle pewnie nie) , zatem mieszkańcy zwierzęta lubią.

Wskazano lokalizację miejsca, w którym pieski mogłyby spotykać się na plotkach i pogadać ze sobą – pusty, zarośnięty plac przy bardzo ruchliwym skrzyżowaniu: wylotówka z miasta i wjazd na osiedle wielkopłytowe. Wybudować tam nie można nawet parkingu, bo pod spodem są rury centralnego ogrzewania, kable, przewody i tego typu różne rzeczy, które łączę osiedle z cywilizacją. Opracowano zatem plan, zrobiono projekt Parku (ogrodzenia, drzewka, pojemniki na odchody, ba, nawet dwa place dla piesków: jeden do swobodnego biegania, drugi z ławeczkami piesków na smyczy). Projekt uzyskał akceptację odpowiednich władz i został poddany głosowaniu. Ósmego kwietnia 2016 roku po podliczeniu głosów – 1297 – Psi Park znalazł się na liście zwycięzców.

We wrześniu Wydział Inwestycji Miasta poinformował, że prace rozpoczną się w październiku. Tymczasem w połowie października dotarły wieści, że Park i Psy to podejrzana inwestycja i ludzie przeciwko temu protestują. Ustnie oczywiście. I się zaczęło.

Protestujący ustnie zabrali się za zbieranie podpisów. Stwierdzili, że nie chcą w pobliżu swego miejsca zamieszkania smrodu psich gówien, wrzasku psiej dyskusji, bo zjadą się tu psy z całego miasta (pewnie owe całe 1800 plus te niezameldowane) i w ogóle co to za pomysł, żeby psy trzymać w blokach. Miejsce psów jest przy stodole na łańcuchu. Dobra, tak nie powiedzieli, ale klimat wokół wybiegu tak właśnie wyglądał. Obraziłam się na nich. Sprzątam po swoim psie. Wraz z innymi spacerujemy pod blokami owych protestujących. Teraz chodzilibyśmy na wybieg znacznie dalej…

Odbyło się nawet spotkanie 16 listopada 2016, na którym ok. dwudziestu osób wykrzykiwało swoje racje. Nie chcieli podjąć żadnych rozmów o jakiejkolwiek modyfikacji projektu. Krzyczeli, wrzeszczeli. Na pytanie, dlaczego protestują dopiero pięć miesięcy po głosowaniu, odpowiadali, że ….. o niczym nie wiedzieli. Cóż, jak widać ich zainteresowanie budżetem obywatelskim było żadne…. Mało tego, niektórzy zaproponowali wykonanie w tym samym miejscu parku dla seniorów, aby mogli tu wypoczywać. Wiadomo, senior zawsze przygłuchy, jadące bez przerwy auta mu nie przeszkodzą. Gorzej ze spalinami…. mogą zaszkodzić, jeśli babcia będzie siedziała przez cały dzień w ich otoczeniu…. A może tę propozycję wysunął wysłannik ZUS w wiadomym celu?

I tak oto niewielka grupa storpedowała cały pomysł. Nieważne, że blisko 1300 osób chciało Park, ważne, że 20 nie chciało.

Próbowano zmienić lokalizację miejsca dla psów. Dyskusja trwała do …. siódmego marca 2017 roku. Najciekawszą propozycją było wyznaczenie jej na terenach, które każdego roku wiosną obficie zalewa miejscowa rzeka, a jesienią jest to teren bagienny. Do tego miejsce to znajduje się poza miastem, gdzie i tak latem można spokojnie wypuścić psa bez smyczy.

Potem Zespół Koordynujący po prostu odstąpił od wykonania zadania …. Było oprotestowane, wątpliwe i zasiało rozłam we wspólnocie. Budżet obywatelski okazał się w tym wypadku całkowitą ściemą.

I nieważne, czy chodziło tu o psi wybieg, o plac zabaw dla dzieci, czy o miejsce dla palaczy. Projekt wygrał i nie został zrealizowany, bo ktoś się sprzeciwił po głosowaniu. Tak może być z każdym projektem. Nawet najlepszym, mającym największe poparcie. Dlatego w ramach protestu nie głosuję na żaden projekt z budżetu.   

Jesień… po prostu…

jesienne zabawy.

Ze wszystkich pór roku najbardziej lubię właśnie jesień. Niektórzy się dziwią, bo ponoć jesienią człowiek wpada w depresję. Może inni, ja nie. Wiosny i lata nie lubię. To znaczy mój organizm tych pór roku nie toleruje.

Wiosną odzywają się wszystkie moje alergie, a to na pyłki takich roślin, a to na zapach drugich i w ogóle kwitnąca łąka jest moim wrogiem. Wystarczy, że dozorca skosi wiosenną trawę przed blokiem, a ja już kicham, kaszlę i płaczę. Na szczęście medycyna potrafi trochę mi pomóc. Od kwietnia do października łykam tabletki i funkcjonuję. Nie do końca tak jak bym chciała, bo leki mające działanie antyhistaminowe, usypiają mnie.  Łażę zatem czasami zaspana, ziewająca i wcale nie chce mi się zachwycać kwieciem, co pachnie.  O, wtedy mam depresję i nerwicę równocześnie.

Latem alergia co prawda staje się mniejsza, ale przychodzą upały. Mój organizm też ich nie toleruje. Temperatura powyżej plus 25 to dla mnie istny horror. Człek pije olbrzymie ilości wody, herbaty z cytryną lub miętą, je sałatki i owoce, a tu żadnej zmiany. Płyną ze mnie hektolitry potu, a podczas spaceru z psem ludzie pytają, dlaczego zaraz po wyjściu spod prysznica, wyszłam na powietrze. Włosy też mam bowiem mokre. Znowu depresja i nerwica.

Kiedyś najbardziej lubiłam zimę. Ale od kiedy jej prawie nie ma, przerzuciłam się na jesień.

Gdy się zaczyna, najpierw jak już wiecie, jadę nad morze. Po powrocie na swoim blokowisku zastaję kolorowy świat. Idealnie wpasowuje się w niego moja sunia. Ma na sobie kolory jesieni. Zaczynamy nasze długie spacery wśród żółtych liści, czerwonej jarzębiny, bordowych krzaków, brązowych drzewek i … zielonych świerków. Najczęściej świeci słońce. Długość dnia jest odpowiednia, bo to i wyspać się można, a pierwsze przymrozki w słoneczne dni, powodują, że wschód słońca też można zobaczyć. Wieczorem też warto wyjść na spacer, niebo bywa niesamowite. Niby tak samo czyste jak w upalne, słoneczne dni, ale bardziej ostre, przejrzyste… i człowiek się nie poci.

Bo latem, cokolwiek bym nie założyła lub zdjęła, temperatury nie obniżę. A jesienią zawsze mogę ją dostosować do siebie – po prostu odpowiednio się ubrać.

Kiedy już przychodzi listopad, grudzień i dni stają się bardziej deszczowe, też mam swoje zajęcia. Oczywiście, że dużo czytam. W mojej bibliotece jest półka z napisem „Uwolnij książkę”. Można tu przynieść książki, które przeczytało się i wziąć sobie takie, których się nie czytało. Nie jest to najnowsza literatura, szlagiery i bestsellery. To z reguły stara i mniej znana twórczość mniej znanych i w ogóle nieznanych pisarzy. I w tym tkwi jej urok! Czasami naprawdę można trafić na super książkę, której zapewne nigdy by się nie przeczytało, bo o jej istnieniu mało kto wie…

Ale w tym roku jesienią zaszalałam.

Zaczęło się to nad morzem. Po wielu latach zmieniłam dostawcę internetu. „Przeszłam” na taki, co to można zabierać ze sobą. Dobrodziejstwa małego urządzenia odczułam w pewien deszczowy dzień.

Skoczyłam właśnie czytać „Ostatniego Mohikanina” Coopera i postanowiłam natychmiast porównać książkę z filmem. Ten drugi jakoś zatarł się w mej pamięci. Był dostępny w sieci. Włączyłam. Przytulona do poduszki, na moim małym laptopie, obejrzałam jeden z najciekawszych wyciskaczy łez. Kolejnego dnia, kiedy zmęczona uprawianiem sportu, padłam na łóżko, a w telewizji nie było nic ciekawego, włączyłam kolejny film. Rozmarzyłam się… film na zawołanie…w jesienny deszczowy wieczór… na własnym telewizorze… tym bardziej, że kino w moim mieście w remoncie…

Nie, nie, telewizora nie wymieniłam. Mój nie taki stary i jeszcze działa. Dokupiłam urządzenie łączące się z moim domowym wi fi. I mam radochę na jesienne dni!

Bo tak na serio to ja kocham kino. Pochodzę wszak z pokolenia, które w każdej dzielnicy kino miało. W rodzinnym Wałbrzychu było ich siedem. W mojej dzielnicy Nowe Miasto była „Oaza”. Ile to wspaniałych filmów obejrzałam jako dziecko, potem jako młodzież…  Z iloma filmami wiążą się super wspomnienia… Pamiętam „Złoto dla zuchwałych”… film oglądany razem z mamą… „Wielką majówkę”, która była głosem zbuntowanej młodzieży w stylu „olać to wszystko!”… a „Pollyanna”?  „Gdzie jest generał”? I tak można by wymieniać bez końca.

Kiedy nastała epoka video, od razu kupiłam, nie, nie jakiś tam odtwarzacz, u mnie był magnetowid. Film oglądany w telewizji trzeba było nagrać, by mieć go pod ręką i w każdej chwili obejrzeć. Kolekcji kaset nie likwiduję. Tak samo jak płyt dvd, bo odtwarzacz też mam. Teraz przyszedł czas na kolejny wynalazek.

Tak więc jesienne szarugi mogą do mnie przyjść. Nalewki nabierają mocy, nowe książki z biblioteki czekają, lista filmów do obejrzenia powstaje. Ciepła ortalionowa kurtka z kapturem już wisi w przedpokoju, bo pokój trzeba przewietrzyć, na powietrze z pieskiem wyjść. Może czasami kogoś na seans zaprosić?

Jesienią nie myślę o depresji. Jesienią dobrze się bawię.   

W naturze

do blogu

Postanowiłam oderwać się od rzeczywistości. W przerwie między meczami mistrzostw Europy, odizolowałam się od świata na swojej działce rekreacyjnej. Zapowiadano wielkie, znaczy się pierwsze tego roku upały, zatem pobyt w plenerze uznałam za wskazany. Zamiast dusić się w bloku z wielkiej płyty, moje dziecię płci żeńskiej wywiozło mnie pod las do przyczepy campingowej. Rozciągnęłyśmy nad wiatą moskitierę ze starej firanki, rozbiłyśmy namiot plażowy, przyciągnęłyśmy dwie taczki chrustu z lasu na wieczorne ognisko, rozpaliłyśmy grilla, spożyłyśmy posiłek w porze obiadowej i dziecię odjechało.

Temperatura powietrza właśnie zatrzymała się na plus trzydziestu. W lodówce schłodziło się właśnie pierwsze piwo…

W czapeczce z daszkiem i napisem Euro 2004 klapnęłam pod namiotem. Jak mi dobrze, jak mi słodko… Lekki wiatr wieje, drzewa szumią, słońce nie praży, bo za namiotem… pies kopie kolejne nieplanowane dołki. … O, właśnie… Kulka, chodź do mnie, będę pieska czesać…. Tego akurat Kulka nie lubi. Musiałam trochę za nią pobiegać, chwycić, posadzić pod namiotem i wyczesywać gęstą sierść.

Dobrze, załatwione, oddajmy się odpoczynkowi intelektualnemu. Sięgnęłam po trzeci tom „Wojny i pokoju”. Dopiero na starość postanowiłam Tołstoja przeczytać. A skłonił mnie do tego film w reżyserii Sergieja Bondarczuka. Oglądałam go będąc nastolatką i nie wywarł na mnie żadnego wrażenia, wprost przeciwnie – uznałam za wybitnie nudny. Potem długo, długo tego filmu w TV nie było. Cóż, pozbywając się propagandowej sztuki Związku Radzieckiego, pozbawiliśmy społeczeństwo dostępu do wielu wybitnych dzieł.  Na szczęście kiedyś, w jednej z mniej znanych telewizji, rzekłabym tajnych, film się pojawił. I zachwycił mnie do tego stopnia, że najpierw nagrałam go na kasetę VHS (była powtórka), a potem zainwestowałam w płytę DVD. Wreszcie postanowiłam książkę przeczytać.  Zaszłam do biblioteki na swoim osiedlu. Nie ma, w czytaniu. No to wzięłam Dostojewskiego, też literatura rosyjska. Druga wizyta. Nie ma, w czytaniu. Dobrze, niech będzie jeszcze raz ten Dostojewski. Trzeci raz – to samo, ale już bez Dostojewskiego. Czyżby był tylko jeden egzemplarz „Wojny…” – pytam panią. Tak, jeden, czyli raz po cztery tomy.  Zbliżał się Dzień Matki, więc wysłałam córce linka do aukcji na wiadomym portalu i kazałam, jako prezent kupić. Dziecię było zachwycone moim życzeniem, bo zapłaciło za książkę, w czterech tomach, z przesyłką jedyne 12 zł. 

Właśnie doszłam do tomu trzeciego i roku 1812. Zaczytałam się, zaczytałam i pewnie dalej leżąc pod plażowym namiotem czytałabym delektując się wielką literaturą, gdyby nie pożar. Nie, nie pod namiotem. W Smoleńsku. Tam też dotarł Napoleon …. znaczy się on dotarł wcześniej… ale miejsce to samo. Z całym szacunkiem dla wszystkich, co byli i zostali pod Smoleńskiem, politycy tak mnie do miasta i jego okolic zniechęcili, że sama nie pojadę…

Odechciało mi się czytania. Z lodówki wyjęłam drugie piwo. Może trochę muzyki… włączyłam radio. Jeden przebój, drugi…. a między nimi…nie, żeby to było Euro 1016 nie protestowałabym. W sumie sport lubię. Między przebojami – sprawa referendum w sprawie tego brexit w Wielkiej Brytanii. Opinie, komentarze, raporty, prognozy, sondaże, przepowiednie, wróżenie z fusów….

Zatem pora na ognisko. Pali się! Fajnie! Wszelkie wieczorne owady odgonione! Można kolejne piwo…

A na zakończenie dnia, kiedy niebo pokryło się gwiazdami, a psy we wsi zaczęły szczekać – oczywiście jakiś super lekki filmik. Włączam swego podróżnego laptopa. MacGyver czy „Teoria wielkiego podrywu”? Niech będzie ten pierwszy. Ojej, co się dzieje? Gdzie napisy? Angielskiego przecież nie znam!

Coś się popier… popieprzyło. Trudno, urządzenie ma swoje prawa. Pozostał mi film w wersji polskiej – „Tajemnica Westerplatte” lub „Stawka większa niż śmierć”… No nie… najpierw Napoleon pod Smoleńskiem, potem walka o Unię, teraz polski akcent wojenny… wybrałam wojenną fikcję, czyli Klossa w wersji Kota.  

Po przespanej całkiem nieźle nocy i śniadaniu, zerknęłam do telefonu. Zaniepokoiło mnie jego milczenie. Bateria się wyładowała. No to wklepuję ten pin… zły… zaczynam panikować… jeszcze raz …. zły…. Pozostał mi jedna próba. Zaraz, a może ja po prostu pomyliłam piny? Kiedy ostatni raz włączałam pin w telefonie? Jak on w ogóle jest? W domu w lewej szufladzie po prawej stronie jest zapisany… ale tu nie ma szuflady…  Nie, nie podejmę trzeciej próby… Ruszam na wieś, szukać telefonu, by zawiadomić dziecię płci żeńskiej, że kontaktu ze mną nie ma, niech przyjeżdża, kiedy może i weźmie ze sobą trochę piwa. Telefon znalazłam, a jego właściciel zapytał mnie, co o tym sądzę. O czym? O tym, że Brytyjczycy zadecydowali, że wychodzą z Unii…. nic nie wiem, nic nie sądzę.

Wróciłam pod wiatę. Popatrzyłam na martwy telefon. Na milczące radio. Na Smoleńsk w „Wojnie i pokoju”. Z szafki wyjęłam pistolet typu wiatrówka. Na ogrodzeniu powiesiłam kartkę z tablicą strzelecką. Trzeba doskonalić sztukę strzelania.  

Ścieżki wydeptane

Park k

Puszcza Kampinowska – foto moje 

Na swojej działce – rekreacyjnej nie uprawialnej – przypominam tym, którzy nie wiedzą, wysprzątałam przyczepę campingową, zutylizowałam, poprzez spalenie, śmieci, skosiłam trawę, wyrwałam zielsko ze skalniaka, pokryłam impregnatem wiatę. Zmęczona zległam na huśtawce z piwem w dłoni. Dobrze mi, oj, jak dobrze… I tak zaczęłam mieć różne skojarzenia…

Przypomniała mi się na przykład historia z pewnym parkiem. Rosła sobie taka ekologiczna, zielona łąka w środku osiedla z wielkiej płyty i pustaka. Chodzili to ludzie z psami i nawet do głowy im nie przyszło, żeby sprzątać, bo łąka korzystała z naturalnego nawozu. Ale nagle ktoś uznał, że trzeba teren ucywilizować, czyli zrobić park, znaczy się posadzić drzewka, zasiać wysokiej klasy trawę,  zaasfaltować alejki i postawić kosze na psie odchody. Jednym idea się podobała, innym nie. Prace rozpoczęto. Zerwano ekologiczna warstwę łąki, zaczęto zwozić nową ziemię, czystą, bez psich kup. Potem ruszono do wytyczania alejek. I tu powstał problem. Najprościej było zostawić te, które chodzący od trzydziestu lat na spacery ludzie już wytyczyli. Skoro tak chodzili, to znaczy, że taka trasa jest odpowiednia. Proste i logiczne. A wcale, że nie. Architekt kazał wytyczyć inne, bo poprzednie nie mieściły się w jego koncepcji. Były niezgodne z artystyczną wizją, ba, wręcz burzyły ją. Ludziom trzeba pokazać, którędy mają chodzić.

Za ogrodzeniem mojej działki jest ekologiczna łąka. A gdyby tak usunąć warstwę ziemi, bo każdego tygodnia jest inna i nie wypełnia żadnej wizji artystycznej? Wprost przeciwnie. Tworzy chaos w głowie człowieka. Dziś coś kwitnie na biało, a za tydzień – na niebiesko. Człowiek przyjeżdża i nie wie, czy dobrze trafił.

łąka

Dobra, niech sobie rośnie. Porządek mam za siatką.

Drugie skojarzenie przy piwie na huśtawce dotyczyło Biegu Rzeźnika, który to odbywał się w Bieszczadach i o który to wybuchła wielka awantura. Trzeba było zmienić trasy, bo biegacze niszczą turystyczne szlaki. Z jednej strony – totalna bzdura. Poruszając zawsze się coś niszczy, takie opony na przykład lub taki asfalt. A potem trzeba taką autostradę odbudowywać. Może lepiej, żeby nie jeździły nią samochody? Dłużej będzie ładna, gładka, czarna… Poruszając się pieszo marszem lub biegiem też się niszczy. Zawsze myślałam, że tylko buty. A tu proszę, niszczymy matkę naturę, znaczy się przyrodę. Przypomniałam sobie kładki w dolinie Biebrzy. Strefa ścisłego rezerwatu, którą można było podziwiać jedynie z wysokości owej kładki. Można zatem chodząc niszczyć. Dlaczego zatem w Bieszczadach, w miejscach rezerwatu roślin, nie ustawiono takich kładek? Ludziska by wiedzieli, że teren ścisły i nie pchaliby się w łodygi unikalnej roślinki…

Druga sprawa to tłumaczenie, że biegnący lub szybko maszerujący człowiek dekoncentruje innego, który porusza się wolno i kontempluje krajobraz.

Po naszym osiedlu biega coraz więcej osób. Kiedyś mogłam psa luzem puścić i zwierzątko biegało od drzewka do drzewka. Dziś już nie. Biegacze poruszają się po chodnikach zwłaszcza po zmroku i pies im wyraźnie przeszkadza. No, szczeka na nich, spokojna ma naturę i nie lubi, jak ludzie gdzieś pędzą. No, dobra, biegacze przeszkadzają. Ale się nie czepiam. Naród chce biegać, niech biega. Bieg po zdrowie, bieg po zawał czy bieg rzeźnika, obojętne mi. Zmieniłam trasę wieczornych spacerów z psem.

Jakich szkód jeszcze mogą narobić w Bieszczadach biegacze? Wydeptać nowe ścieżki niezgodne z wizją archit…tutaj przyrodnika? Raczej nie. Oni biegają po tych wytyczonych. O, chyba słyszałam, że taki co biegnie na podeszwach butów zabierze część ziemi bieszczadzkiej ze sobą. Aha, kumam… Gdyby tak cała Polska ruszyła na ten bieg, to z gór i połonin nie zostałoby nic. Równina by się nam zrobiła w Karpatach.

Spojrzałam na swoją ziemie w postaci działki rekreacyjnej. Gdyby tak ludzie zaczęli mnie tu odwiedzać, przyjeżdżać, przybiegać… I tak tłumy by szły i szły, i szły… No nic by z mojej działki nie pozostało. Najpierw wytyczyliby ścieżki nieplanowane, a potem na butach i oponach wynieśli całą ziemię VI klasy…

Słonce mocniej przygrzało. Piwo się skończyło. Zaraz będzie grill. I następne piwo. Może pobawić się z psem? Tak zwyczajnie, normalnie po polsku spędzić czas, a nie wytyczać nowe ścieżki na łąkach czy biegać po połoninach…? Iść taką wydeptaną ścieżką?

Cenne trzydziestolatki

2066962-w-niektorych-sytuacjach-rodzicom-900-600

foto – internet

Dziś będzie krótko i na temat. Co jaki czas, pojawiają się tu i ówdzie artykuły o trzydziestolatkach, co to nadal mieszkają z rodzicami. Teksty te przedstawiają poczętych w latach 80-tych w zdecydowanie negatywnym świetle. Czasami mam wrażenie, że powstają one na zlecenie banków i stanowią reklamę oferowanych przez nich kredytów mieszkaniowych.

Artykuł taki wygląda tak:

- portret psychologiczny 30 latka,

- protest song o życiu 30 latków,

- negatywny wpływ takiego 30 latka na rozwój planety Ziemia.

Pod artykułem pojawiają się komentarze krytykujące:

po pierwsze – wysokość oprocentowania kredytów mieszkaniowych,

po drugie – lenistwo 30 latków,

po trzecie – nadopiekuńczość rodziców.

I tak trwa to do znudzenia od paru lat. 

Czas zatem na spojrzenie na problem innymi oczami.

Sytuację, w której dojrzałe dziecko jest całkowicie na utrzymaniu rodziców, a nie wynika to z przypadków losowych np. choroba, skreślam od razu. To patologia i tyle. Dorosłe zdrowe dziecko ma pasożytem nie być i tyle.

Ale w przypadku, kiedy wspólne zamieszkiwanie jest wynikiem chęci, zarówno rodziców jak i dziecka, sprawa nie jest aż tak prosta, jak opisują to portale internetowe.

Przede wszystkim wszelkie domowe opłaty typu czynsz, kablówka, internet… rozkładają się na wszystkie osoby pracujące i zamieszkujące pod wspólnym dachem. Jest to niezwykle cenne, jeśli rodzice (lub samotny rodzic) pobierają kiepską emeryturę. Jest ulga? Jest. Dotyczy to również zakupów. Moja koleżanka emerytka raz na dwa tygodnie jedzie z synem na zakupy. Kupują prawie wszystko, co trzeba i rachunek z kasy dzielą na dwa. Pieczywo kupuje codziennie koleżanka w zamian za korzystanie z auta syna, bo ten czasami robi za jej kierowcę i gdzieś podrzuca. Wszelkie inwestycje domowe typu malowanie ścian, nowe rolety czy odkurzacz też dzielone są na pół. Chodzi oczywiście o koszt. Koleżanka doskonale dogaduje się z synem w kwestiach finansowych, według zasady „kochajmy się jak bracia, liczmy się jak żydzi. Biznes is biznes”. A każda rodzina to przecież takie małe przedsiębiorstwo.

Również obowiązki domowe wykonują wszyscy członkowie rodziny. Każdy według własnych możliwości. Mama na emeryturze oczywiście gotuje obiad, ale synek zmywa naczynia (jak u mojej koleżanki). Pracujący tatuś wyprowadza pieska. Ktoś odkurza, ktoś prasuje… Kwestia dogadania się. Oczywiście ciężkie prace domowe typu trzepanie dywanów wykonuje ten, co ma więcej siły.

Kolejny plus zamieszkiwania dorosłego dziecka z rodzicami, to pewność opieki w chorobie. Wzajemnej oczywiście. Grypa może powalić każdego. Do chorej mamusi synek nie musi dojeżdżać po pracy, chorym synkiem mama zajmie się na miejscu.  

Moja koleżanka w lutym przeszła skomplikowaną operację. Po powrocie do domu zajmował się nią właśnie synek. Domem oczywiście też. Do tego przyciągnął znajomą pielęgniarkę, która za synowski uśmiech zmieniała mamie opatrunki.   

Jeśli rodzice wyjeżdżają do sanatorium, jest ktoś, kto mieszka w M i nie trzeba angażować sąsiadów do jego pilnowania. Kwiatki też są podlane, a piesek wyprowadzony.

I tak byśmy mogli wymieniać wzajemne korzyści wynikające ze wspólnego zamieszkiwania rodziców i dzieci.

Nie mówcie, zatem, że 30-latkowie są nieodpowiedzialni i leniwi, w wyniku czego nie chcą się wyprowadzać z rodzinnego domu.

Jeśli zaś mamusi i tatusiowi trafia się leń i obibok, którego trzeba utrzymywać, to już wina tatusia i mamusi. Nigdzie bowiem nie jest napisane, że zdrowego trzydziestolatka muszą nadal utrzymywać rodzice.

„Dorosłemu dziecku trzeba pomóc?” – zdziwiła się ongiś moja znajoma z USA „A co, ono niepełnosprawne?” – dodała z jeszcze większym zdziwieniem.

Cóż, czas zmienić myślenie pokolenia. Coraz więcej jest długo żyjących emerytów i to młodzi powinni myśleć coraz poważniej o udzielaniu pomocy rodziców. 

Oberwało mi się….

nuda1

PS.  20.07.2017

Myślałam, żeby coś napisać o bieżącej sytuacji związanej z sądami…. Nic nowego do głowy mi nie przyszło niż to, co napisałam ponad rok temu… aktualizacji wymaga jedynie opis pory roku. Teraz jest lato i gimbaza (ta na wymarciu) szaleje po osiedlu… Wszystko inne jest takie same…

Oberwało mi się. Od znajomej. Stwierdziła, że w naszym kraju dzieje się tyle ważnych spraw, jest tyle konfliktów, ciągle ktoś komuś wali prosto w mordę ( „A nie powinno być ktoś kogoś w mordę?” – przerwałam monolog. – „Nie, komuś ktoś w mordę, czyli obszczekują się wzajemnie” – „Aha. Kumam”), a ja nic. Nie reaguję, nie opisuję, nie odszczekuję. Tylko jakieś wspominki z lat minionych, a o teraźniejszości nic. Próbowałam wyjaśnić, że ja trochę w stronę tych, co to twierdzą, że czasy minione, okresy błędów i wypaczeń właśnie wróciły… i tak se porównuję i tak se piszę… Nic z tego. Znajoma nie dopuściła mnie do głosu. Krzyczała coś o trybunale, lotnictwie, aborcji i pięćsetkach. Doszła nawet do wojny domowej. Zarzuciła mi, że nie mam normalnego kontaktu z rzeczywistością, zupełnie nie orientuję się, co się wokół mnie dzieje.

„Dobrze, sprawdzę, co się wokół mnie dzieje!” – krzyknęłam na pustej ulicy, bo rozmowa odbywała się ok. 22.00, kiedy wracałam ze spaceru z psem. Sprawdzać zaczęłam już następnego dnia.

Żeby utajnić moją misję zbierania wiadomości do kolejnego bloga, wzięłam na smycz swoją sunię. Niby to niewinny spacerek, a w rzeczywistości intensywna obserwacja.

Najpierw teren wokół szkoły podstawowej + gimnazjum. Dzieci piszczą na boisku do koszykówki, starsze kopią piłę na drugim. W czasie przerwy gimbaza atakuje sklep z pieczywem. Babcie i płatne opiekunki z maluchami okupują place zabaw. Człowiek sprząta płatne korty tenisowe. Wiosna nadeszła. Czas na rakiety. O! O! O! Straż miejska pod szkołę zajechała! Cos się dzieje! Niestety nic. Zajechali, wyszli, popatrzyli i pojechali. Rutynowy objazd terenu przy szkole.

Wieczorem podobnie. Na terenie „Street Workout” grupa młodzieży intensywnie ćwiczy. Obok na ławeczce piją piwo. Niby nie wolno, ale jak ludzie spokojnie siedzą, to, czemu nie? Na przyrządach plenerowej siłowni też ruch. Parę osób, tak jak ja, spaceruje z pieskami. O! Nowy piesek na osiedlu! Jaki fajny szczeniaczek!  

Kolejny dzień przyniesie emocje. Akurat dwa szmateksy w mieście robią totalną wyprzedaż! Będzie się działo, oj będzie!

Rano, z torbą na kółkach, staję przed drzwiami tego dalej od domu. Razem ze mną stoi wściekły tłum spragniony ciucha za 1 zł. Drzwi się otwierają i zostaję praktycznie wniesiona przez pozostałych. Teraz do ataku na wieszaki! Mam, mam, nie dam! Wystarczy. Kiedyś o tym sztukę dramatyczną napiszę. Potem odwiedziłam drugi szmateks i szczęśliwa, z pełna torbą, powróciłam do domu. Jeszcze tylko zakup pieczywa w jednym z czterech sklepów spożywczych pod moimi oknami i człowiek z życia zadowolony.

Następnego dnia też miałam zaplanowane dzianie się. Mój laptop zaczynał odmawiać posłuszeństwa. Zaniosłam do fachowca. Podałam objawy, drżąc o los sprzętu i własny portfel. Uda się uratować? Za ile? Fachowiec uspokoił mnie. Wystarczy go po prostu wyczyścić. Następnego dnia sprzęt czekał na mnie w punkcie naprawy. I tylko tyle? Żadnej afery? Żadnego wyłudzania pieniędzy?

Spróbowałam jeszcze wyjść „na miasto”, byłam w pubie na piwie, przysiadłam się do starszej pani w parku. „Na mieście” podsłuchałam rozmowę o pani, która zdradziła pana i pan jest bez grosza. W pubie młodzi ludzie prowadzili dyskusję na temat remontów mieszkań. Właśnie kupili i wymieniali się doświadczeniem w sprawie równania i gruntowania ścian, płytek, paneli i mebli kuchennych. Pani w parku karmiła gołębie i cieszyła się, że wiosna nadchodzi, bo wiosną zawsze dobrze się czuje.

Sprawdziłam, czy jakieś inne zmiany nie zaszły w otoczeniu. Nic, po staremu. Przystanki autobusowe miejsca nie zmieniły. Koszy na psie odchody ani nie ubyło, ani nie przybyło. No, jeden lokal do wynajęcia przybył. Sklep odzieżowy okazał się nierentowny. Wiadomo, przy takich wyprzedażach w szmateksach, trudno żeby właściciel odzieżowego zarobił.

Ludzie! Tu się nic nie dzieje!

Włączam swój wyczyszczony laptop i tam rzeczywiście – dzieje się. Choroba, gdyby człowiek nie miał owych mediów, o niczym by nie wiedział i żyłby spokojnie na swym osiedlu z wielkiej płyty w Polsce B.

silent

Potwierdzam. W internecie i telewizji jest trybunał, lotnictwo, aborcja i pięćsetki. Potwierdzam. Mam również swoje własne zdanie na ten temat. Ale zachowam się jak dama. Pierwsza dama. I nic wam nie powiem!

 

Opiekuńcza sieć

jesień na bloga 2

Poniedziałkowy poranek. Ponoć najgorszy w tygodniu. Mus iść do pracy. Kończę swój pobyt u koleżeństwa. Koleżanka już pojechała samochodem. Został kolega i dzielnie mi towarzyszy w piciu porannej kawy. Za pół godziny on rusza do pracy tramwajem, a ja jadę autobusem na dworzec PKS – wracam do domu.

Póki co, pijemy tę kawę i próbujemy rozmawiać. Co jest najważniejsze w niedalekiej przyszłości? Nie, nie kurs Pendolino ze stolicy do Wałbrzycha, nie 500 zł na każde dziecko, nie trybuna honorowa i trybunał…nie, nie to…

Najważniejsi są seniorzy.

Będzie ich coraz więcej.

Będą żyć coraz dłużej.

A.. niestety… natury nie przeskoczysz. Tak jak pewnych zagadnień technologicznych, bo nie wierzę, że można wyremontować zagrzybiały dom w pięć dni.

Zwiększenie długości życia nie oznacza wcale zwiększenie jego komfortu. Takie pierwsze trzydzieści lat w życiu człowieka to przejście od noworodka do dojrzałego osobnika. Ileż w tym czasie następuje zmian… najpierw niemowlę, potem przedszkolak, jeszcze potem czas burzy i naporu, czyli nastolatek… Fascynujący czas w życiu każdego!

A takie trzydzieści lat w przedziale wiekowym 60 – 90 lat…? Co się wówczas z nami dzieje?

I takich ludzi będzie coraz więcej. Obniżenie wieku emerytalnego nie sprawi, że znikną.

Jak twierdzą ekonomiści, żaden system polityczny, gospodarczy, bankowy czy jakikolwiek inny, takiego obciążenia seniorami nie wytrzyma.

Młodzi też nie zdzierżą. Wyobraźmy sobie przeciętną ustabilizowaną rodzinę. On i ona mają ok. 40 lat. Na utrzymaniu dwójka nastoletnich dzieci. Oprócz tego opieka nad rodzicami – seniorami, całą czwórką, bo i mama i tata z obu stron. Każde z młodych pracuje na półtora etatu, bo potrzebne są pieniądze. Dzieci chcą na lekcje tańca i karate, dziadkom potrzeba na lekarstwa i lekarzy, (bezpłatna służba zdrowia to mit), bo emerytury nie wystarczają. Jeśli pracują mniej, mają co prawda czas, żeby zaopiekować się dzieci i rodzicami, ale zaczyna brakować na zaspokojenie potrzeb… taka kwadratura koła. Zagoniony czterdziestolatek ma wielkie szanse, by paść na zawał. Co, straszna wizja przeszłości? Rozejrzyjcie się wokół, czy czasem już nie macie jej blisko siebie.

Cóż więc czynić, by zminimalizować ciężkie zmiany?

Przy poniedziałkowej kawie kolega przedstawił mi pomysł.

Sieciówka. Na zasadzie franczyzy. ( tu jest więcej
https://pl.wikipedia.org/wiki/Franczyza

Trzeba po prostu otworzyć nową „sieciówkę” spokojnej emerytury, które mogą być czymś pośrednim między domem spokojnej starości, lub dziennego pobytu lub hospicjum. Może to być np. „Hades w Edenie”. Wszystko zależy od potrzeb lokalnego rynku. Placówka może oferować chorym seniorom opiekę całodobową, na określony czas. Tym zdrowszym – dzienny pobyt. Jako „sieciówka” taki dom będzie miał niższe koszty utrzymania i pozwoli korzystać z nich znacznie większej ilości seniorów niż dotychczasowe placówki zwane domami opieki społecznej ( moja koleżanka za miesięczny pobyt chorej matki w takim domu zapłaciła 3 000 zł.) Jako zespół ośrodków będzie można np. zawierać umowy na większe dostawy żywności z odpowiednio większą marżą. Ot, tak dostawa do „owadowej” sieci, o którą ponoć biją się wytwórcy.

jesień nA BLOGA 1

Niezwykle ważną sprawą są też ludzie pracujący w tych placówkach. Zacznę inaczej. Czy zauważyliście, że wszystkie kierunki studiów związanych z nauczaniem i wychowaniem młodego pokolenia? Są studia dla przedszkolanek, nauczycieli, pedagogów od trudnej młodzieży, o, jeszcze małżeństwa, zwłaszcza młode, mogą liczyć na wsparcie psychiatrów i psychologów. A im człowiek starszy, tym, że tak powiem zainteresowanie naukowe coraz mniejsze. Sam lekarz – geriatra problemu nie rozwiąże. Senior to nie tylko problem medyczny.     

Czy ktoś wreszcie puknie się w głowę i opracuje program studiów dla osób opiekujących się seniorami? Zamiast produkowaniem kolejnych speców od zarządzania i marketingu?

Dobra, nowy kierunek studiów zatem mamy. Ale to nie koniec. Praca z seniorami do łatwych nie należy. Wiem coś o tym. Staję się coraz bardziej upierdliwa. Dlatego też trzeba zadbać o personel pracujący w seniorskiej sieciówce. Wszyscy – od sprzątaczki począwszy, a na dyrekcji skończywszy powinni być też objęci opieką. Wyjazdy na wczasy, zajęcia odstresujące, spotkania z innymi psychologami, szkolenia… Sama wysoka pensja nie wystarczy..

I tak w poniedziałkowy ranek roztoczyliśmy wizję przyszłości… Różniliśmy się nieco. Ja chciałam placówkę pod lasem, kolega przy autostradzie, żeby dzieci mogły w każdej chwili dojechać (karetka pewnie też). Ja marzyłam o domu z ukochanymi zwierzątkami ( jak rozdzielić mnie z moją Kulką?). Kolega wolał bez zwierząt. Po czym on wsiadł w tramwaj, ja w autobus…

kulka na bloga 

foto moje

 

 

 

Psy, rowery i ludzie

 

Na moim osiedlu, praktycznie w samym jego środku, znajduje się teren rekreacyjny zwany „Skate Parkiem”. Trudniej powiedzieć, czego tu nie ma, niż wymienić szybko to, co jest. Tu spotykają się dzieci, młodzież, dorośli. Od pięciu lat jestem regularnym bywalcem „skejtu”. Tu najczęściej spaceruję z psem. Alejek spacerowych dużo, pojemniki na psie odchody też są, ławki parkowe, a latem nawet „toy toy” przy kortach tenisowych. Ba, kochani – jeśli spadnie śnieg, zima jest gdzie zjeżdżać na sankach. Wszystko czyste, zadbane. Ot, akurat to mieszkańcy osiedla w miarę szanują, bo wszystkim służy.

Są też atrakcje dla rowerzystów i desko rolkarzy: ścieżka rowerowa, rampa, spory teren do rowerowych skoków, a dla najmłodszych – miasteczko ruchu drogowego.

Od razu zapowiadam – nie mam nic przeciwko rowerzystom. Sama na rowerze nie jeżdżę, ale mam znajomych, którzy czynią to w sposób nałogowy. I dobrze. Ja nałogowo oglądam mecze koszykówki. Takie nałogi są cenne. Wspieram budowę ścieżek rowerowych we własnym interesie. Jeśli rower będzie miał wyznaczone miejsce do jazdy, nie będzie mi przeszkadzał na chodniku dla pieszych lub moim dzieciom na jezdni.

Ale na skateparku mam czasami problem z rowerzystami. Rowerowe atrakcje nie służą tu głównie przemieszczaniu się z miejsca na miejsce. Są przeznaczone przede wszystkim do jazdy rekreacyjnej. Jedni zatem rekreacyjnie mają jeździć, inni – np. ja – rekreacyjnie chodzą z pieskami. I tu zaczyna się problem.

Idę sobie z pieskiem na smyczy alejką spacerową. I nagle słyszę za sobą dzwonek rowerowy. Oto cała rodzinka typu 2+2 jedzie za mną całą szerokością alejki spacerowej. No tak, na ścieżce rowerowej mieści się góra dwóch rowerzystów, a rodzinka chce wspólnie, pełną szerokością, a nie wężykiem pokonać wyznaczony przez siebie dystans. Muszę im ustąpić miejsca, bo inaczej staranują mnie i psa. Zdarza mi się nie ustępować, zwłaszcza, kiedy jeźdźcy pojawiają się z naprzeciwka. Wszystko odbywa się jak w dobrym filmie pościgowym. Kto ustąpi? Kiedyś pewien małolat wyłożył się na rowerze tuż za mną. Nie ustąpiłam. Miał do mnie pretensje, że to moja wina. Wskazałam mu ścieżkę rowerową. I wtedy usłyszałam, że się źle prowadzę i powinnam … no powiedzmy w miarę normalnie – spi…ać stąd. Żadna to nowość dla mnie. Młodzież przyjeżdżająca na rampę często trasę do niej pokonuje alejkami spacerowymi nie patrząc, kto się nimi porusza, a jeśli ktoś staje im na przeszkodzie to … jak powyżej.

Kiedyś rodzinie dzwoniącej mi za plecami zwróciłam uwagę, że od jazdy jest ścieżka. „Ale drzewa nad ścieżką za nisko rosną i trudno jechać…” – usłyszałam tłumaczenie. Rzeczywiście głowa rodziny była słusznego wzrostu i wyprostowana dotykała niebezpiecznie gałęzi. „ To proszę zgłosić ten problem do administracji osiedla. Myślę, że „zieloni” nie będą mieli nic przeciwko wycięciu kilku gałęzi” – zaproponowałam. Ludzie wzruszyli ramionami i pojechali alejką spacerową.

tytus02s

Inni zwrócili mi uwagę, że ścieżką rowerową chodzą… starsze panie z pieskami. Nie da się ukryć – ja nie chodzą, ale inne chodzą. Wtedy mówię, żeby właśnie trąbili, dzwonili i przeklinali. Psom i ludziom bez roweru na ścieżkę wstęp wzbroniony!

W czasie jednego ze ostatnich upalnych i wieczornych spacerów spotkałam policyjny patrol. Legitymował przedstawicieli średniego pokolenia, którzy ośmielili się pić piwo na ławce na skateparku, po 22.00, kiedy ciemno i przyjemno (w czasie upałów oczywiście). Nie wytrzymałam. Zwróciłam uwagę patrolowi, że od pięciu lat spacerując tu o różnych porach dnia, nigdy żadne z pijących tu piwo przedstawicieli jakiegokolwiek pokolenia nie używał wobec mnie słów uznawanych za wulgarne, żaden nie próbował wyrządzić mi krzywdy butelką, czasami owszem zdarzały się sytuacje zaczepiania. Tacy samotni starsi panowie czasami proponowali mi „dziaba”. Może więc lepiej, żeby patrol zainteresował się rowerzystami na alejkach spacerowych i pieszymi na ścieżce rowerowej. Większa szansa na mandat!