Nadeszły igrzyska

ja na meczu

Od trzech dni świat wygląda jakby inaczej. Włączam internet. Rety, a co to na pierwszych stronach moich portali? Gdzie podziali się kochani politycy? Gdzie afery? Gdzie wzajemne obszczekiwanie? Gdzie grzebanie w życiorysach w celu znalezienia haka na tego czy tamtego? Niby są, ale tak jakby się wszystko zmniejszyło… Na niektórych samochodach małe chorągiewki. W sąsiednim bloku nawet flaga powiewa. Taka trochę stara, z nazwą piwa. Pytam się sąsiada, czy to z okazji wiadomej miesięcznicy. Puka się w czoło.

Przychodzi do mnie facet. Prosi o poparcie, bo kandyduje do Rady Nadzorczej naszej spółdzielni. Podpisuję. Niech ma. Uśmiecha się zadowolony. „Ogląda pani?”. Oczywiście, że oglądam. Nie musimy mówić, co oglądamy. Na ulicy wiele różnych rozmów. Ale jakieś inne. Młodzież wymienia nazwiska, nazwy państw. Okazuje się, że małolaty znają geografię. Reklamy w telewizji też inne. Takie weselsze.

Oczywiście wszystko to za sprawą Mistrzostw Europy w Piłce Nożnej. Jestem kibicem sportowym. Kocham przede wszystkim koszykówkę, ale innymi dyscyplinami sportowymi nie gardzę. Z radością daje się ponieść euforii sportowej z okazji różnych ważnych imprez. Jednym słowem lubię igrzyska. Im większe tym lepsze, bo dziennikarze mają czym się zająć. Odpuszczają sobie wówczas politykę lub szukanie na siłę afer społeczno – obyczajowych. Wiedzą, że lud częściej będzie szukał wiadomości z boisk niż informacji o mamach, które piją za 500+.

Z czasów, kiedy sama byłam dziennikarzem, pamiętam niedzielne kłótnie w redakcji. Dział sportowy zawsze miał za dużo materiału na jedną stronę. Walczyliśmy o dodatkowe kolumny.

Sięgając jeszcze dalej wstecz… Moja rodzina zaczynała czytanie gazet zawsze od ostatniej strony – tam były wiadomości sportowe. Niedziele wyglądały zawsze tak samo – idziemy na mecz. Kiedy w 1969 roku Górnik Zabrze walczył z AS Romą, w moim domu, przy 14-calowym telewizorze, siedziała grupa kumpli taty. Do dziś pamiętam słynne słowa komentatora Janka Ciszewskiego „Sprawiedliwości stało się zadość” wypowiedziane w niezwykłych okolicznościach…. Po rzucie monetą…Obejrzyjcie igrzyska mojego dzieciństwa….  

Tak, wtedy ulice wyludniały się, większość Polaków siadała przed telewizorami i nic poza piłką nie istniało. A przecież była to straszna komuna, w której żyli zniewoleni ludzie…. A mnie nawet teraz, oglądając ten fragment, łza się w oku kręci. Wspaniałe mecze, wielkie emocje i cudowny bieg po boisku polskich piłkarzy z biało-czerwoną flagą…

Świat wówczas też wyglądał inaczej. Zupełnie tak samo, kiedy w 1988 roku moi ukochani koszykarze Górnika Wałbrzych zdobyli tytuł Mistrza Polski …


http://www.rok1988.gornik.walbrzych.pl/

I uwierzcie, w tamtym roku miałam na głowie masę trudnych spraw, masę kłopotów, z którymi w pewnym momencie nie chciałam już walczyć. Sportowy sukces moich sportowców dodał mi wiary i siły. Pozwolił spojrzeć na wszystko spokojniej. I wygrać. W życiu. 

„Chleba i igrzysk” krzyknął kiedyś rzymski poeta Juwenalis. Oto rzymskie pospólstwo domagało się pożywienia i rozrywek. Organizowano więc nie tylko zabójcze walki gladiatorów. Były też publiczne uczty dla tysięcy osób, rozdawano chleb, zboże… Bo igrzyska – czytaj zabawa – są ludziom potrzebne. Może i nie rozwiązują problemów, ale pozwalają od nich na moment odpocząć, dodają sił, by je właśnie rozwiązać. Niech zatem igrzyska trwają!

Dla wielu osób, zwłaszcza młodych, międzynarodowe sportowe zmagania, w których bierze udział reprezentacja Polski, to coś więcej niż igrzyska. To ważny akcent patriotyzmu. Dziś moi młodzi kibice przywitali dzień na wiadomym portalu tym oto utworem:



Ale… jak to u mnie bywa… to temat na osobny felieton…

 

Tylko dla VIP

16-vip

foto – internet

Kto to VIP, chyba wszyscy wiemy. Gdyby jednak ktoś nie wiedział, wyjaśniam VIP z angielskiego „Very Important Person – bardzo ważna osoba”. Początkowo były to rzeczywiście osoby publiczne, siedzące zwykle na wysokich stołkach w ważnych instytucjach lub gwiazdy filmu, estrady…. Ostatnio jednak skrót zmienił swe znaczenie.

Napis „Tylko dla VIP” lub sam „VIP” pojawia się praktycznie wszędzie, gdzie się coś dzieje. Zastąpił on rzeczowniki „rezerwacja” i „goście”.

Opiszę to zjawisko na przykładach związanych ze sportem, gdyż to środowisko jest mi najbardziej znane. Oczywiście na meczach w hali lub na stadionie była kiedyś „trybuna honorowa”, na której zasiadali zaproszeni goście. Dziś jest trybuna „Tylko dla VIPów”. Kiedyś gośćmi były nie tylko ważne figury w wiadomym komitecie na szczeblu np. powiatowym lub centralnym. Zapraszano innych, zwanych „zasłużonymi dla…” klubu, sportu, koszykówki. Taki gość dostawał z reguły zaproszenie imienne, wysyłane pocztą i okazując je w wejściu, był od razu kierowany był na trybunę honorową. Takowa wyraźnie różniła się od pozostałych miejsc. Czasami kolorem drewnianych ławek, czasami były tam pojedyncze krzesełka przymocowane do betonu. Inni pewnie pamiętają lepiej, jak to wyglądało, może podzielą się wiedzą. Na trybunę zwykli śmiertelnicy patrzyli z zazdrością. „Zasłużeni” mieli najlepszy widok, bo trybuna była umieszczana w najlepszym miejscu na stadionie. Oglądać stamtąd mecz… marzenie… W każdym razie ja będąc dzieckiem bardzo zazdrościłam siedzącym w tamtym miejscu.

Zatem do rzeczy…

Wiosną wybrałam się na mecz piłki nożnej. Idąc na stadion spotkałam kumpla. Zapytał, czy mam bilet. Jasne, że nie mam. Dał mi bezpłatną wejściówkę swego z kolei kumpla, który zrezygnował z przybycia. To była wejściówka „dla VIP”. Rety, wejście na miejsca vipowskie chyba mi się nie zdarzyło…

Klapnęłam na krzesełkach innego koloru. Pierwszą połowę meczu obejrzałam grzecznie, podziwiając wyczyny sportowców. W przerwie uświadomiłam sobie, że jeśli jestem w strefie dla ważnych, to przecież mogę skorzystać z…

Tajemnicze miejsce znajdowała się piętro wyżej. Był to obiekt, na środku stadionowych trybun, gdzie siedział komentator, było miejsce dla dziennikarzy i oczywiście wielka sala dla VIP. Od strony stadionu – oszklona. Stadion widoczny był jak na dłoni, można było go oglądać nie wychodząc z ciepłego pomieszczenia. A w nim… ludzie…już meczu nie chciało się oglądać… smakołyki, przekąski, zakąski, ciasta, ciasteczka, kanapki, kanapeczki, sałateczki, chlebki różnego rodzaju. I piwo. Nie, alkoholu wysokoprocentowego  nie było. Mimo tego braku powiało mi wielkim światem. Zaczęłam od piwa, żeby pobudzić organizm do wzbudzenia apetytu. W czasie drugiej połowy meczu postępowałam prawie jak zgromadzeni w sali vipowie – jadłam, piłam i zerkałam na tablicę z wynikiem meczu. Nie rozmawiałam jedynie, bo nie miałam z kim.  Wokół mnie toczyły się natomiast dyskusje z meczem niemające nic wspólnego. Tematykę przemilczę.

Do domu wróciłam w wesołym nastroju, bo kanapek w sali VIP zabrakło, ale piwo było w bród (chyba tak się pisze, bo laptop nie zareagował).

Pod koniec lata znalazłam się na turnieju koszykówki. Strefa VIP oczywiście była. Osobne wejście, krzesełka pomalowane na żółto, jak za dawnych czasów na trybunie honorowej. Pierwszego dnia można nawet było przejść obok tych krzesełek i skrytego za nimi tajnego wejścia do sali VIP. Drugiego dnia postawiono barierki, rozwinięto taśmę, postawiono dwóch ludzi i ni… ch… nie można było kroku zrobić za tę taśmę barwy biało-czerwonej. Ale mnie los pomógł. W czasie przerwy na środku boiska odbyło się wręczenie ważnych certyfikatów trenerskich. Wśród trenerów ujrzałam znajomego. Szybko przeanalizowałam sytuację: jestem starszą, dużą panią, której strach się bać, miedzy barierkami mego sektora a boiskiem jest spora szpara, przecisnę się, a jak nie – odsunę barierkę, stamtąd tylko kilka metrów do boiska, a potem strefy VIP… Wszystko trzeba zrobić szybko, żeby ochrona się nie zorientowała. Do boju emerytko! I tak znalazłam się najpierw na parkiecie, potem wraz ze znajomym trenerem na trybunie honorowej. Czy było stamtąd lepiej widać? Akurat nie… Może dlatego na żółtych krzesełkach było niewielu ludzi…J No dobrze, wiem, siedzieli w sali VIP-owskiej i być może oglądali mecz na „telebimie”…No dobrze, wiem, jeśli tam było piwo…

blog bydgoszcz

foto własne

A teraz najciekawsze… do takiej strefy VIP może dostać się każdy… każdy, kto ma pieniądze. Po prostu można kupić bilet. Cena – zwykle przekraczająca możliwości zwykłego kibica i wartość butelki, powiedzmy piwa, w owadowym dyskoncie. Tyle tylko, że kibic przychodzi na mecz, VIP na… ja już nie wiem, po co…