Rap na ludowo, czyli w rytmie disco

11144972-playing-rock-music-Stock-Photo-metal

Dziś będzie o gustach muzycznych, o których rzecz jasna się nie dyskutuje, ale swoje zdanie można mieć. W przeciwieństwie do polityki, w której albo się rządzi, albo jest się tym złym.

Na moim przystanku zawieszono ogłoszenie o majówce dla seniorów. Blisko, coraz bliżej mi do tego wieku, zatem przeczytałam z zainteresowaniem. Program, nie powiem, zacny. Jest grill, jest zwiedzanie, jest przewidziana zabawa taneczna w godzinach 12-20.00. Godziny się nie czepiam, chociaż ciągle wolę tańce wieczorem i nocą. Czepnę się czegoś innego. „Do tańca przygrywa kapela ludowa”.

No właśnie… zauważyłam, że jeśli coś dla starszych, to albo muzyka ludowa, albo poważna. Proszę mi nie mówić, że wraz z wkroczeniem w wiek senioralny 60+ zmienię swe gusta muzyczne na ludowe lub poważne.  Taka zaczarowana granica? Jak ulgi w zakupie biletu, to na koncert kapel śpiewających „Krakowiaczek jeden” lub na spotkanie z Bachem. Nie, nie mam nic przeciwko tej muzyce, ale dlaczego od niepamiętnych czasów emerytów utożsamia się z tym?

Przecież to właśnie moje pokolenie rozsławiło rocka. „Rolling Stones” – mówi wam to coś? Panowie są zdecydowanie ode mnie starsi. I dają czadu do dziś. Cała wielka fala polskiego rocka z lat osiemdziesiątych. Lombard, IRA, TSA…. Co ja mówię… Czesław Niemen… Mówi wam to coś? Jeśli za młodu słuchało się czegoś takiego, to oznacza, że na starość trzeba się od swej młodości odciąć?

Bo co? Seniorowi nie wypada słuchać Pink Floydów? (Też starsi ode mnie, a dwóch nawet nie żyje).

Właśnie niedawno poszłam do zacnej filharmonii po bilet na koncert coverów liderów progresywnego rocka, bo tam koncert miał być. Wchodzę do budynku i pytam pana ( mniej więcej w moim wieku albo życie go zniszczyło) w dyżurce lub recepcji ( jak kto woli) ,którędy po bilet. Wskazał drogę po schodach. Wchodzę do pokoju, mówię, a pani na to, że bilety na tych Floydów to na dyżurce. Wracam do pana. Mówię, po co przyszłam i dziwię się, że odesłał mnie tam, po schodach. A pan zdziwiony, że ja na rocka „Myślałem, że pani na koncert muzyki poważnej…” Niby dlaczego? – pytam. „Bo pani poważnie (pewnie chciał powiedzieć za staro na rocka) wygląda”. No to mu dałam popalić wymieniając kilka dat sprzed potopu. „Ciemna strona Księżyca” – 1973, „The Wall” – 1979, Gilmur urodzony w 1946 roku, Waters – 1943… Moje dzieciństwo i młodość. Dlaczego mam nie wyglądać na miłośniczkę rocka?

Z młodymi łatwiej porozumieć się w sprawie muzyki. Oni teraz nie śpiewają, oni rapują. Nie moja branża, nie moja bajka, ale warto wiedzieć, co w młodych piszczy. Zwłaszcza, że to moi uczniowie. Kiedy poszłam po raz pierwszy na koncert rapowy, miałam przysłowiową duszę na ramieniu. Jak nic, wywalą mnie na zbity pysk. Niektórym nieźle dałam w szkole popalić… Nic z tego. Hymnów na moją cześć co prawda nie rapowano, ale przyjęcie było super. Nawet drinka do stolika mi przyniesiono! Młodzi zarzucili mnie masą informacji o lokalnym rapie, pierwszych składach, historii. Tak jak ja przed laty, oni mają swoją muzę, swój przekaz, swoje protest songi. Wierzą w to, co robią, rapują o swoich sprawach, oceniają rzeczywistość. Są tacy jak ja, tyle tylko, że przy innym rytmie.



I jeszcze jedna historia. Ustka, wrzesień, czyli czas geriatrii nad morzem. Pogoda wspaniała. Wieczorem na promenadzie dyskoteka. Młodzian (coś ponad trzydziestka) puszcza stare dobre disco. Boney M., ABBA, Bee Gees… radocha na betonie. Ludzie tańczą, śpiewają. W pewnym momencie DJ włącza

 

I pyta, kto wie, co oznacza tytuł? Tyknij kogoś? Dotknij? – bawi się z nami udając, że nie wie. Chórem odpowiadają seniorzy i nieco młodsi 50+ – „Bilet w jedną stronę”! I chcemy „Rasputina”, „Angie”, Stayin’ Alive”! Dwie młode dziewczyny, które przyjechały nad morze, by spacerować przy zachodzie słońca, patrzą z niedowierzaniem. Wreszcie wydobywają z siebie szczerą wypowiedź: „Nie wiedziałyśmy, że starsi ludzie mogą tak się bawić…”

Jasne, bo starsi to tylko tańczą oberka lub siedząc w miękkich fotelach, słuchają Mozarta…

I tak na zakończenie jeszcze jedna refleksja. Jak muzyka ma towarzyszyć mi w ostatniej drodze? Może „Bema pamięci żałobny rapsod” Niemena, albo „Wszystko ma swój czas” w wykonaniu Markowskiego… W każdym razie nie chcę „Marszu żałobnego” Chopina.    

Przy pisaniu tego tekstu towarzyszył mi Mick Jagger.  

 

Cegłą w mur

wall30th_big

 

Pod choinkę Mikołaj przyniósł mi winylową reedycję słynnego albumu grupy Pink Floyd „The wall”. Podczas słuchania odżyły wspomnienia. Zwłaszcza słynny kawałek „Another brick in the wall” – tylko cegła w murze… Klasyczny protest song przeciwko …. szkole.

“Hey, Teacher, leave us kids alone !” czyli “Hej nauczycielu, zostaw nas dzieci w spokoju!”

„My nie chcemy edukacji i kontroli naszych serc!” – krzyczało pokolenie lat 80-tych…

Ja też sobie kiedyś pokrzyczałam… Bunt przeciwko szkole wyraziłam, kiedy byłam już nauczycielem. Doświadczonym. Ze stażem. W gimnazjum. A było to tak:

W ramach uroczystości szkolnych przydzielono mi przygotowanie tzw. części artystycznej na uroczystość zakończenia roku szkolnego przez  uczniów klas trzecich.

Wymyśliłam kolejną z rzędu inscenizację. W oparciu o „Zemstę” Fredry. Nauczyciele to Cześnik, uczniowie Rejent, czy odwrotnie, nie pamiętam. Naczelne miejsce na scenie zajął mur graniczny. Wiadomo, taka barykada między uczniami a nauczycielami. Przerobiłam tekst fredrowski na uczniowski, wybrałam „aktorów” i rozpoczęliśmy próby.  W sumie inscenizacja nie wymagała oprawy muzycznej. Ale kiedy ujrzałam wykonany ze styropianowych cegieł mur – olśniło mnie. Mur, ściana, the wall, Pink Floyd… W głowie pojawił się iście diabelski pomysł. A gdyby tak zacząć przedstawienie słynnym protest songiem? Powiedziałam o tym uczniom. „Nie przejdzie ten numer. Cenzura zatrzyma. Pani zna tekst?” Oczywiście, że znam. Wszak płyta pochodzi z 1979 roku, a ja już wówczas na świecie byłam. Ale jest jedna szansa, żeby cenzura, znaczy się inni nauczyciele nie wstrzymali emisji przeboju na szkolnej imprezie.

Najpierw uczniowie musieli walnąć się w piersi i przyrzec, że wszystko, co powiem, zostanie utrzymane w największej tajemnicy. Otóż kochana gimbazo, oni mogą po prostu nie znać utworu, filmu z przerażająca wizją utworu lub tłumaczenia tekstu. Fanami Pink Floyd byli ongiś tacy ludzie jak ja, klasyczna rockwoman. Trzeba więc zaryzykować. Cenzura, czyli dyrekcja na rockową nie wygląda. Raczej taka klasyczna. A plan B, czyli jakiś inny utwór będziemy mieć w zapasie.

Dyrekcja scenariusz zatwierdziła. Nawet nie zapytała o utwór muzyczny, którego tytuł widniał na pierwszej stronie jako wstęp.

Nadszedł dzień występu. Najpierw przyjechała ekipa ze sprzętem nagłaśniającym. Wśród fachowców – były uczeń. Kiedy porozstawiano wszystkie głośniki i mikrofony, poprosiłam o przesłuchanie płyty z ową  cegłą w murze. Wytłumaczyłam, że chodzi o odpowiedni poziom głośności. Chłopak włączył, a ja spacerowałam po sali gimnastycznej udając przysłowiowego wariata, że niby tu za cicho, tu za głośno. W gruncie rzeczy chodziło mi o „puszczenie” utworu w obecności zbierających się na uroczystość nauczycieli. Zakumają czy nie zakumają? Żadnej reakcji. Z wyjątkiem byłego ucznia: „Pani to puści?” – zapytał z niedowierzaniem. „Jasne, to początek części artystycznej”. „I szkoła pozwoliła na taki utwór?” Uśmiechnęłam się.

I tak oto po nudnej części oficjalnej, w murach szacownego gimnazjum zabrzmiał rock w najlepszym wydaniu.

 

Uczniowie byli zachwyceni. Większość znała utwór. Zacne grono pedagogiczne też znało, ale chyba nie wiedziało, o co tak naprawdę biega w tym tekście. Jedynie pani od muzyki, młoda dziewczyna, pokiwała głową, a potem pogratulowała mi … odwagi.

I tak zrealizowałam swój bunt przeciwko szkole. Właśnie wówczas rozpoczynała się epoka „innej” szkoły. Od nauczycieli zaczęto wymagać setek programów, opisów, słynnych procedur. Pracowałam głównie w klasach integracyjnych. Tutaj papierologia sięgnęła szczytu. Na początku roku szkolnego dyrekcja zarządziła dostarczenie przez nauczycieli w wersji papierowej wszystkich w/w dokumentów plus kilku innych. Przyniosłam dyskietkę i oznajmiłam, że oczywiście mogę to wszystko wydrukować, ale to 170 stron… W owych stronach i programach zaczynał ginąć uczeń…

Zbuntowałam się również przeciwko swym kolegom – nauczycielom. Nieświadomi niczego wysłuchali szkolnego protest songu. Ot, taka zemsta polonistki, która słucha rocka i jest kibolem, zamiast wzdychać do poezji romantycznej…

I tak mi już zostało… Chłopak, który ustawiał mi wówczas „głośność” na sali gimnastycznej, jest dziś raperem. Bywam na koncertach PsG Kliki. Właśnie nagrali płytę. Premiera już wkrótce. Będę tam.

12371106_478105469066157_2445643663470029937_o