Poradnik emerytowanego wczasowicza

P1230311

Człowiek na emeryturze ma permanentny weekend – zwykła mawiać moja córka. Zgadza się. Można sobie zrobić niedzielę w środku tygodnia, a środę w niedzielę. Ale emeryt może również wziąć wolne od owego weekendu i wyjechać na urlop.

Właśnie przebywam na takim urlopie i przygotowałam kilka praktycznych porad dla każdego urlopowanego stypendysty ZUS-u. Moje porady będą dotyczyć człowieka bez samochodu, preferującego urlop bez ograniczeń czasowych, czyli nie w domu wczasowym z dzwonkiem na obiad, kolację i śniadanie, do tego we własnym kraju.

Pierwsza sprawa związana z urlopem to wybór daty. Jeśli nie jesteśmy zwolennikami dzikiego tłumu, sportów wodnych czy smażenia się na słońcu, wybierzmy miesiące wiosenne lub jesienne. Szczególnie jesienne są cenne. W takim wrześniu w atrakcyjnych miejscowościach nadmorskich są jeszcze ślady sezonu, ale znacznie tańsze ceny wynajmy kwatery. Towarzystwo też odpowiednie – w naszym wieku. Stare kości można jeszcze wystawić od czasu do czasu na słońce i produkować witaminę D3, jak to ja czynię obecnie nad morzem. W kwietniu natomiast czasami pada śnieg.

Kolejny etap to wybór miejsca – powinno znajdować się w odległości co najmniej 200 km od miejsca zamieszkania. Do miejscowości oddalonych bliżej, możemy pojechać z soboty na niedzielę. Następnie sprawdzamy dojazd do wybranej miejscowości. Może się bowiem okazać, iż najlepszy dojazd będzie do miasta najbardziej od nas oddalonego. Pamiętajmy również, że w trakcie podróży najbardziej męczą nas przesiadki. Ważna informacja – większość biletów możemy kupić poprzez internet (skoro czytacie ten tekst, to jesteście zinternetowani, a zobaczycie jak w przypadku organizacji wyjazdu internet pomaga!). Kupione wcześniej bywają tańsze, co jest nie bez znaczenia dla portfela emeryta. Zaoszczędzone w ten sposób nawet 50 zł można przeznaczyć na przykład na piwo w pubie, a to może zaprocentować ciekawą wakacyjną znajomością.

Kolejna faza przygotowania do urlopu to wybór kwatery. Ja preferuję prywatne. Właściciele pensjonatów lub tzw. pokoi gościnnych często udzielają rabatów, zwłaszcza przy dłuższych pobytach. Niezastąpiony jest tu oczywiście internet. I znowu pamiętajmy – z reguły im niższa cena, tym komfort mniejszy oraz – na zdjęciach wszystko ładniej wygląda. Jeśli nikt nas nie prosi o zaliczkę, mamy pewność, że kwatera istnieje. Oczywiście na planie miasta sprawdzamy, gdzie się znajduje, jak daleko do morza, jeziora, kościoła czy knajpy. Żeby potem rozczarowań nie było, że dom jest w lesie, chyba że ktoś tak chce.

Teraz bagaż. Są oczywiście osoby, które jadą na rewię mody do sanatorium lub kupują na wyjazd wszystko nowe. Ja preferuję starą zasadę harcerską – wszystkiego po dwie sztuki. Do tego jeden zestaw „do kościoła” oraz dwa zestawy do Nordic Walking. I tu uwaga – część z tych ubrań już do domu nie wraca. Po codziennym intensywnym marszu z kijkami, ubrania są przepocone i trzeba je przeprać, z reguły w umywalce. Po dwóch tygodniach treningów naprawdę nie ma już czego zabierać z powrotem. Często dotyczy to również pozostałych części garderoby. A jeśli czegoś mi zabraknie, zawsze są sklepy z nową i używaną odzieżą.

Nieodłącznym moim elementem odzieży są dresy. Nad morze zabieram ortalionowe z bawełnianą podszewką. Ochronią od wiatru i ogrzeją w razie potrzeby.

Pozostałe moje wyposażenie to kubek i grzałka. Bardzo często w pensjonatach, w których jest kuchnia, znajduje się tylko jeden czajnik, właśnie w tej kuchni. Nie zawsze chce się nam ubierać, by iść do kuchni i parzyć poranna kawę. Jeśli będziemy mieć swoją grzałkę, sprawa załatwiona.

Zabieram też ze sobą zawsze tzw. rozgałęziacz do prądu. Bo to i ładowarkę trzeba włączyć, i laptopa, i grzałkę… w pokojach turystycznych ilość gniazdek nie zawsze jest zadowalająca.

Pamiętajmy, że bagaż będziemy nosić ze sobą podczas podróży. Nie zawsze znajdzie się ktoś, kto pomoże nam go wsadzić do pociągu czy autobusu. Jest jeszcze jedna rada – wysłać ciuchy w postaci paczki do miejsca przeznaczenia. Jeśli mamy zaufanie do właściciela pensjonatu, czemu nie. Właśnie teraz wysłałam „się” i na miejsce dotarłam z małą podręczną walizeczką. Ale… przyznaję się…. jestem tu już po raz szósty, znam ludzi, znam miejsce.

Kolejna sprawa to organizacja czasu. Skoro nie uczestniczymy w wypoczynku zorganizowanym, mamy szerokie możliwości. Przed przyjazdem sprawdzamy, co w danej okolicy się znajduje, gdzie możemy spędzić czas, w przypadku braku pogody, czy jest kino, teatr czy inne miejsca warte naszego zainteresowania. Do tego oczywiście służy nam internet.

Jeszcze tylko sprawdzenie stanu konta i tak zaopatrzeni w wiedzę, ruszajmy patriotycznie na podbój naszego kraju! Przyjemnego wypoczynku!

Pech maksymalny czyli komunikacja zastępcza

skm-450

Zaczęło się od tego, że na znanym portalu nie było żadnych sensownych ofert przejazdu na trasie od mego miejsca zamieszkania do Ustki. Nie miałam wyjścia. Zostałam więc zmuszona do jazdy naszym ukochanym PKS-em. Syn postanowił osobiście wsadzić mnie do autobusu. Żeby mieć pewność, iż ma wolną chatę oczywiście. Na dworcu ujrzeliśmy spory tłumek. Czyżby wszyscy do Ustki? „Nie, większość to odprowadzający” – machnął ręką. Ale mina mu zrzedła, kiedy na dworcu pojawił się autobus relacji Białystok – Kołobrzeg. Był praktycznie pełny. Kierowca od razu krzyknął „Zabieram tylko bilety internetowe!”. Syn spojrzał z wyrzutem na mnie. Ja pokornie opuściłam uszy. Nie mam, nie kupiłam. Dlaczego? Nie wiem. Kto przypuszczał, że akurat wtedy kiedy ja, to i inni chcą nad morze?

Wróciliśmy do domu. Szybko internet, sprawdzanie połączeń. Najpierw znany portal. Jest oferta do Gdańska, ale z małym bagażem. No właśnie, po co mi duży bagaż – prawie zapytał syn. Człowieku, ja nad morze na dwa tygodnie! Pozostał PKS… Tym razem bilet przez internet. Żadnego ryzyka.

Pobudka skoro świt. Autobus odjeżdża punktualnie. Potem normalka czyli toaleta w autobusie jest, dostępu do niej brak. Pierwszy dłuższy postój w Olsztynie, drugi w okolicach Elbląga.

Wreszcie Gdańsk. Szybko wysiadam, chwytam duży bagaż i pytam jak na perony słynnej trójmiejskiej SKM-ki. Wpadam do holu i nagle …. schody. Ruchome. Jazda w dół. Niespotykaną w siebie siłą woli pokonuję lęk wysokości i zjeżdżam. Wszak za piętnaście minut mam pociąg do Słupska. Nie mam. Pani w kasie mówi, że dopiero o 16-tej, bo są jakieś roboty na trasie, ale mogę spróbować na normalnym, znaczy się dalekobieżnym dworcu, może coś jest. Schody ruchome w górę. Nie ma nic w stronę Słupska. Może jednak PKS? Ciągnę duży bagaż w stronę holu autobusowego. Też nic.

Spoko, w porzo, do szesnastej zwiedzę dworzec. Nie ma co zwiedzać. W holu głównym są takie druciane krzesła. Kto wypatrzy wolne – szybko siada. Odpuszczam. Kupuję kawę z automatu i korzystam z prawa wyboru – jedna sieciówka czy druga, obie z fast foodem…. I tu i tam tłum tych, co się nie załapali na druciane krzesełka. Trudny wybór. Prawie taki jak ten polityczny, co niedługo będzie. Dokonuje głosowania. Teraz kolejna karta – co wybrać z oferty, żeby jak najmniej się struć? Stojący obok mnie facet też ma taki sam problem. Nie wolno podpowiadać. Podczas głosowania trzeba decyzje podejmować samodzielnie. W końcu siadam, konsumuję, notuję, sprawdzam pocztę w „komórce”.

Potem ruszam na oznaczony peron. Podjeżdża SKM-ka z napisem „Słupsk”. Czuję się już jak bym była w pensjonacie w usteckim porcie…

I to był mój błąd.

W pociągu dowiaduję się, że na trasie jest komunikacja zastępca, bo rzeczywiście ktoś coś na tych torach robi, a połączenie ze Słupskiem wskazane mi przez internet rzeczywiście było, tyle tylko, że pod nazwą Wejherowo, bo tam jest ta zastępcza. Po jakiego… ja ciągałam się z dużym bagażem po gdańskim dworcu? A tak w ogóle to skąd ludzie wiedzą, że coś zastępuje drugie coś, skoro na dworcu nikt nic nie wie? A jednak pasażerowie wiedzą, chociaż nikt niczego przez dworcowe megafony nie ogłaszał.

Ruszamy. W Wejherowie dziki tłum wyskakuje z pociągu i szturmuje autobusy stojące przed dworcem. Wszyscy wsiadają do pierwszego z brzegu. Ja też. Bagaż zaczyna mi coraz bardziej ciążyć. I wtedy kierowca wrzeszczy, że wszyscy mają usiąść, bo on na stojąco nie zabiera. Przeciskam się na wolne miejsce prawie taranując ludzi wokół swoją torbą.

Docieramy do celu, ludziska klną na mnie, bo tym razem, wolno przemieszczając się, tarasuję wyjście, a ludziska chcą jak najszybciej do pociągu.

W końcu jedziemy. Jest Słupsk! Wysiadam, jeszcze kilkanaście metrów i przystanek autobusów do Ustki. No nie, tak dobrze nie ma. Ulica, przy której od niepamiętnych czasów był przystanek, jest w remoncie. Trzeba pokonać trasę dwóch przystanków.

Łapię oddech i klnąc na prezydenta miasta, że robi jakieś remonty właśnie wtedy, kiedy ja przyjeżdżam do Ustki, ruszam. Dochodzę. Zerkam na rozkład. Od razu widzę, że liczba kursów do Ustki została znacznie ograniczona. Rozumiem, że po sezonie, ale ….cholerny duży bagaż!

Wreszcie po dwunastu godzinach docieram do swojej kwatery. Oglądam jeszcze nieszczęsną czwartą kwartę meczu naszych koszykarzy z Hiszpanią. Przegrywamy. To było do przewidzenia. Jak pech to pech.

Stać mnie jeszcze na jedno…. Schodzę w kapciach do tawerny, będącej elementem „mego” pensjonatu.

Ostatkiem sił przy barze składam zamówienie: „Podwójną wódkę z lodem i cytryną proszę”

baltyk-wodka

Wolny Czas w PKS-ie

Kto z Was podróżuje autobusami dalekobieżnymi? Po co pytam i tak nie policzę. Zatem ja podróżuję. Odkąd PKP zaczęły ograniczać ilość pociągów w dalekie strony, nasza komunikacja samochodowa postanowiła je zwiększyć. Pojawiły się nocne kursy na dalekich trasach np. Suwałki -Wrocław, Białystok – Kołobrzeg….. Zaczęłam zatem korzystać z regularnych rejsów i dziś jestem w pełni doświadczonym podróżnikiem. Wsiadam w taki dalekobieżny o północy i po kilku minutach mam pierwszy wolny czas czyli postój. Tak się bowiem składa, że autobus jest w drodze już trzy godziny i postój być musi. Stajemy zatem na stacji benzynowej, w dzień tętniącej ruchem, z dobrą kuchnią w restauracji, w nocy uśpionej i niemrawej. Ktoś wychodzi zapalić, reszta biegnie w miejsce wiadome. Przybytki rozkoszy są dwa damski i męski. Zawsze korzysta z nich więcej kobiet. Aby wyrobić się w wolnym czasie, panie zawsze postanawiają korzystać również z męskiego, skoro tam nikogo nie ma.

Włączenie silnika oznacza, że trzeba szybko wsiadać, bo rozkładu jazdy należy przestrzegać, a na trzech kolejnych przystankach czekają pasażerowie.

 

Jedziemy kolejne trzy godziny. wolny czas dostajemy o trzeciej w nocy (lub nad ranem – w zależności od pory roku) na przystanku Warszawa – Okęcie.  „Postój 10 minut, toalety w hali przylotów”- informuje kierowca. Mnie nie musi. Trafiam prawie na ślepo. Tu już mamy Europę. W hali przylotów ludzie drzemią, kiedyś drzemała policja. Schody ruchome ruszają się, działa w środku bar. Toalety czyste, nawet porządnie ręce można umyć. Ale czas nagli. Silnik włączony, ruszamy dalej.

Po dwóch godzinach docieramy do Łodzi Kaliskiej. Oczywiście wolny czas. O nie, tu nie wysiadam. Wiem, że toalety otwierane poprzez wrzucenie monety to też Europa, ale sama tam nie wejdę. Moja koleżanka zatrzasnęła się kiedyś w takich przybytku w pewnym mieście. Nie, nie chodzi o klaustrofobię. Biedaczka po prostu nie mogła wyjść. Waliła od środka w drzwi. Wreszcie ktoś usłyszał. Sprowadzony ślusarza z łomem w ręku, drzwi otworzył. Wszystko trwało blisko godzinę. Gdybym tak się zatrzasnęła, ciekawe, czy autobus by na mnie poczekał, skoro rozkład jazdy obowiązuje?

W Łodzi Kaliskiej z wolnego czasu o dziwo nikt nie korzysta (może kiedyś już się zatrzasnęli?). Czekam do Sieradza. W niewielkim budynku poczekalni toaleta jak pokoik. Są żywe i sztuczne kwiatki, obrazki na ścianach, dywanik. Obsługa w postaci pana pilnuje, aby do pań korzystających z toalety męskiej, nie wdarł się żaden pan. Bo oczywiście pań jest więcej w kolejce niż panów.

I tak docieramy do Wrocławia. Tu mam przesiadkę. wolny czas wykorzystuję w celu wiadomym. Przy okazji zwiedzam dworzec kolejowy po remoncie. Fajnie jest, niewiele się zmienił. Tylko jakiś taki czysty i pachnie kawą z automatu. O, jest jedna zmiana. Tu była kaplica…. teraz jest …. posterunek policji. Wiadomo, co ludziom bardziej potrzebne.

Już słyszę wasze pytanie. Czyżby podróż autobusem dalekobieżnym polegała głównie na oczekiwaniu na wolny czas? A gdzie podziwianie Polski nocą, zerkanie ludziom do okien, zachwycanie się wschodem słońca? Przecież w autobusach są toalety! Oczywiście, że są. Zamknięte. I to jest największa tajemnica polskiego PKS-u. Są, a jednak ich nie ma. Pytałam wielokrotnie kierowców, dlaczego samochodowe toy toyki nie są udostępnione.  Odpowiedź zawsze była taka sama: „A po co je  otwierać? Jest przecież wolny czas na postojach, a jak kogoś przyciśnie i poprosi, to i w pustym polu się zatrzymamy.”

No tak, gdyby były udostępnione, to po każdym kursie trzeba by wymieniać płyn w pojemnikach w wc. Wyobrażacie sobie, jak wzrosłyby koszty kursu z takich Suwałk do Wrocławia? Podwyżka cen biletów gwarantowana.

Po co więc są toalety w autobusach PKS?

W filmie „Galimatias czyli kogel-mogel II” rodzice Kasi też mieli łazienkę w domu, z której nie korzystali. Mieli, bo inni też mieli i nie wypadało nie mieć.

 

moja twórczość literacka na www.czarownice.kosz.pl