Rzadko na moich wargach…

x

Przez dwa dni w roku – 10 oraz 11 listopada – słowo patriotyzm odmieniane jest we wszystkich deklinacjach, koniugacjach w wyniku stosowania wszelkich wyrazów pokrewnych i bliskoznacznych z wiadomym słowem połączonych. Znakomity materiał do przeprowadzenia super lekcji polskiego uwzględniającej gramatykę, ortografię, literaturę, wychowanie w rodzinie, religię… słowem zajęcia zintegrowane. I takie też lekcje przeprowadzałam, kiedy nauczycielem byłam.  

Dziś będzie inaczej. Dziś podejmę próbę odpowiedzi na pytanie czym jest patriotyzm i kto patriotą jest. W listopadzie praktycznie wszyscy próbują na te pytania odpowiedzieć. Nie będę gorsza.

Słowniki tłumaczą prosto i zwięźle – patriotyzm to „szacunek i umiłowanie ojczyzny, gotowość do poświęcenia się dla niej i narodu, stawianie dobra własnego kraju ponad interesy partykularne bądź osobiste. Poczucie silnej więzi emocjonalnej i społecznej z narodem, jego kulturą i tradycją.”

W praktyce tak prosto nie jest.

My, Polacy, przede wszystkim kochamy walkę o wolność Ojczyzny. Najlepiej jeśli wrogowie przychodzą z zewnątrz, nocą „kolbami w drzwi załomocą”. Wtedy „stań u drzwi, bagnet na broń”. Oj, Broniewski, Broniewski, napisałeś i tak już zostało. A sprawa wroga wcale nie jest taka prosta.

Oto II wojna światowa zakończona w 1945 roku przez trzech facetów, co to zaczęli rozmawiać ze sobą w Jałcie, a skończyli w Poczdamie. Do roku ok. 1989 uważano za patriotów tych, co weszli na teren okupowanej Polski od wschodu wraz z wybranymi osobami z formacji zachodnich, za jakie uważano Armię Krajową. Po 1989 wszystko się zmieniło. Bijący hitlerowców członkowie Dywizji im. Tadeusza Kościuszki wcale patriotami nie byli, bo przyciągnęli za sobą „ruskich”. Patriotami stali się wszyscy ci, co z „ruskimi” walczyli. Tacy członkowie armii Andersa, co to walczyli za wolność waszą i naszą u stóp Monte Cassino.

Obecnie sporo jest osób, które uważają, iż pojęcie „żołnierz wyklęty” należy się właśnie tym od Kościuszki, bo dziś nikt o nich już nie pamięta, a wielu wyklina.

Zatem walka z wrogiem nie jest jednoznacznym wykładnikiem patriotyzmu. Do końca nie wiadomo kto wróg, kto przyjaciel.

Po 1945 roku nastał w Polsce ustrój zwany socjalistycznym, dziś uważanym za podporządkowany „ruskim”. I tu dopiero zaczynają się schody w definicji patriotyzmu!

Na pewnej lekcji polskiego, w czasach zaawansowanego Gierka, pani w „ogólniaku” rzuciła temat do dyskusji: „ Jak być patriotą w dzisiejszych czasach?” . „Praktycznie się nie da. Wojny brak” – ryknęliśmy na początku. Okazało się, że można. Trzeba się uczyć i pracować ku chwale Polski Ludowej, bo jest to zgodne z założeniami…. pozytywizmu, epoki sprzed, wówczas, stu lat. Znaczy się pracować, pracować i jeszcze raz pracować. W przypadku uczniów oczywiście uczyć się i budować drugą Polskę – hasło z epoki gierkowskiej.

Po latach okazało się, że ci co tę druga Polskę budowali wcale patriotami nie byli, bo budując wspierali reżimowy system.

Czyżby byli nimi ci, co kradli wszystko ci się dało, ze swych zakładów pracy? W końcu kradnąc z państwowej fabryki reżim osłabiali…

Mam wątpliwości. Ostatnio często korzystam z Centralnej Magistrali Kolejowej wybudowanej w latach 1971-1977 oraz tzw. „gierkówki”- drogi szybkiego ruchu zbudowanej w latach 1972-1976. Do dziś wspieram reżim?

Dobra, zostawmy kolej i drogi, zajmijmy się takim na przykład sportem. Wszak sportowcy to patrioci. Reprezentują Ojczyznę. Szanuję barwy narodowe. Ale … Zapewne wiecie, że ustawa dezubekizacyjna objęła również sportowców, którzy reprezentowali ongiś klubu typu „Gwardia” będące klubami milicyjnymi? Jeśli tylko taki mistrz miał w aktach napisane, że pracował w milicji, choćby nie wiem ile medali zdobył, emeryturę mu zmniejszono. I zupełnie nieważne, że człek tylko kopał piłkę… Kto wie, co będzie z kolejne pięćdziesiąt lat… Może okaże się, że taki piłkarz zostanie patriotą?

Podobnie z aktorami, piosenkarzami… grali w filmach powstających za czasów wstrętnej komuny? Grali. Śpiewali na akademiach ku czci? Śpiewali Są zatem patriotami czy nie?

No i moi drodzy zrobiło mi się gorąco.

Kto dzisiaj jest zatem patriotą?

Ten, co wywiesza flagę na balkonie w Święto Niepodległości?

Ten, co uczestniczy w otaczaniu granic Polski różańcem?

Ten, co krzyczy „Polska dla Polaków”?

Ten, co każdego dnia staje na swoim stanowisku pracy w firmie kapitalisty?

Nie wiem… Ale znam jeden wiersz, kiedyś, za czasów socjalizmu, znajdował się w podręczniku do języka polskiego… napisał go Jan Kasprowicz… dawno temu… w okresie I wojny światowej… Wytrzymacie jeszcze trochę i przeczytajcie… wszak Polska jest tylko jedna….



 

polecam inne swoje blogi:

http://dobranoc2.piszecomysle.pl/

http://belfer59.piszecomysle.pl/
 

 

 

Czas patriotów

14202709_953370414808876_5902896530807472948_n

Hala Mistrzów – Włocławek 

Niedawno kibicowałam polskiej reprezentacji w koszykówce. Nasi grali z Portugalią. Do Włocławka, na zaproszenie kibiców tamtejszego Anwilu,  zjechali kibice z całej Polski. Spotkałam ludzi z Wałbrzycha, Pruszkowa, Starogardu Gdańskiego, Rudy Śląskiej, Koszalina… pewnie nie wszystkich wymieniłam…. Był wielki doping. Było zwycięstwo. I są refleksje. Patriotyczne.

Bo dzisiejszy patriotyzm najmocniej widoczny jest podczas sportowych zmagań. To na meczach reprezentacji narodowej jest zawsze biało – czerwono, to na lekkoatletycznej bieżni zwycięzca biegnie z biało – czerwoną, to podczas wciągania polskiej flagi na olimpijski maszt zwycięzców, łza kręci się w oku – sportowcom i kibicom.    

Biję się w piersi – moja pierwsza flaga biało-czerwona pojawiła się w momencie wyjazdu na mecz Eurobasketu w 2009 do Łodzi. Pamiętam, że szukaliśmy jej dość długo w wielu sklepach. Kupiliśmy w sklepie z odzieżą robotniczą. Dziś wywieszam ją również na balkonie podczas narodowych świąt.

W Łodzi po raz pierwszy poczułam dreszcz na ciele podczas śpiewania polskiego hymnu przez dziesięciotysięczny tłum. Nie, nie słuchania, jak to bywało na poważnych rocznicowych wydarzeniach, w których brałam udział. Bo na meczach kibice śpiewają. We Włocławku odśpiewali całe cztery zwrotki. Na początku i na końcu meczu. Stojąc na baczność z szalikami uniesionymi ku górze. Żeby zrozumieć, jaka siłą tkwi w śpiewie kibiców, okrzykach dopingujących do walki o zwycięstwo, trzeba choć raz znaleźć się wśród nich. Są szczerzy i spontaniczni w swych reakcjach. Kochają narodowe barwy. Nikt nie nakazuje im przynoszenia flag na stadiony i do hal. Wprowadzają je tam sami, w ilościach, jakich nie ujrzy się na żadnej poważnej uroczystości. Przypomnijmy sobie polskie okna i balkony  w czasie piłkarskich mistrzostw Europy w 2012. Porównajmy to z widokiem podczas narodowych świąt… Może lepiej nie…. 

O kibicach napisałam kiedyś wiersz. Został wyróżniony na jednym z konkursów poezji patriotycznej…


http://www.czarownice.kosz.pl/news-8393-Kibice.php

Młodzi mają swych bohaterów narodowych. Rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego uczynili swoim świętem. Czczą po swojemu. Organizują koncerty. Rapują. Odpalają race. Stają na skrzyżowaniach podczas minuty ciszy. Wznoszą okrzyki. Tworzą transparenty. Pamiętają.

Niektórzy zarzucają im, że wykorzystują narodowe elementy w celach komercyjnych i z hołdem dla poległych nie ma to nic wspólnego. Nie, to nie tak. To po prostu znak czasu, inne pokolenie, inna forma okazywania miłości do Ojczyzny. Niech noszą koszulki ze białym orłem, wizerunkami bohaterów, symbolami narodowymi.

„Są ludźmi ulicy – mówi mój warszawski kumpel, który ze sportem nie  ma nic wspólnego – w pozytywnym znaczeniu oczywiście. We wrześniu 1939 wielcy opuścili Warszawę, bronili jej przeciętni mieszkańcy, zwykli żołnierze. W sierpniu 1944 też lud warszawski chwycił za broń…. dlatego młodzi tak cenią sobie powstańczą walkę. Gdyby dziś przyszło zagrożenie, to właśnie ludzie kibicom podobni obroniliby nas” – kontynuuje kumpel. 

Na szczęście nie muszą walczyć. Chcą jednak pokazać, jak wielką wartość ma dla nich Polska.

Oto młoda raperka Sara Konert – „5tka” –  nagrywa utwór o bohaterce wojennej „córce tej samej ziemi, co ona”. Organizuje uroczystą premierę teledysku, podczas której jest też poważny wykład poświęcony młodej Jadzi. „5tka” ma dziś tyle lat, co Jadzia, kiedy oddala życie za Ojczyznę…



To jedna z tysięcy, dziesiątków tysięcy młodych osób, które zginęły w czasie II wojny światowej. Dla młodych ludzi Ziemi Łomżyńskiej właśnie ona staje się symbolem patriotyzmu. Odkrywając jej losy, młodzi uczą się historii swej małej Ojczyzny. W innej części Polski inni robią to samo. Tam jest inny bohater. Dobrze, że szukają ich blisko siebie. Razem uczą się historii narodu. W innej formie niż robiło to moje pokolenie i poprzednie, i jeszcze wcześniejsze. To jest ich forma. Nie zabierajmy im tego. Nie krytykujmy. Cieszmy się, że coś zdołaliśmy im przekazać, a oni to coś ubrali we własny kształt, we własna muzykę, we własną koszulkę.

„Rety, wy znacie wszystkie zwrotki hymnu… myślałam, że dzisiejsza młodzież to już nie taka patriotyczna” – mówię podczas meczu do stojącego obok mnie kibica. „ Ciociu – uśmiechną się bratanek „po szalu”, czyli też kibic Górnika Wałbrzych – teraz właśnie jest czas patriotów!”

Wielkie nagrody

poeta

W pewnym zwykłym (ok. 60 tys. mieszkańców) mieście sportowa drużyna gimnazjalistów zdobyła tytuł „Drużyny Roku”. Za to wyróżnienie otrzymała nagrodę od władz miasta – 10 piłek do uprawianej przez nią dyscypliny sportu. Piłki widoczne na zdjęciu, umieszczonym w miejskim portalu, kosztują od 90 do 120 zł. Łatwo obliczyć, ile „miasto” zainwestowało, przepraszam, ile kosztowało je podziękowanie młodym sportowcom za sukcesy owe miasto promujące.

Kiedyś jedna z polskich pływaczek narobiła szumu w związku z nagroda za miejsce na podium w postaci 200 zł. Opowiadała potem, ile trudu kosztuje ją trening, ile forsy trzeba dać za sprzęt sportowy i co może kupić za nagrodę – okularki do wody.

Moja koleżanka otrzymała nagrodę w konkursie poetyckim – tablet. Identyczny widziała w „Biedronce” za 150 zł.

I właściwie, czego ja chcę się przyczepić?

Piłki z „miasta’ trafiły do szkoły, a jak wiadomo szkolnictwo jest bardzo niedoinwestowane, a taki zastrzyk ponadprogramowy od władz mocno i wyraźnie poprawi stan sprzętu sportowego w szkolnym magazynku. Skorzysta z niej również młodzież, która wcześniej zdobyła kilka znaczących medali na różnych imprezach. Dobrze, nie wszyscy… część już opuściła szkolne mury, bo gimbazę skończyła. Ale ogólnie wszystko gra. Młodzi sportowcy nagród indywidualnych nie dostali, wszak stanowią drużynę. Dla nich, jeszcze niezdeprawowanych komercją i materializmem, najważniejszą nagrodą były zwycięstwa i możliwość uprawiania sportu, stworzona oczywiście przez „miasto”. Gdyby nie sala gimnastyczna, szkolne boisko i zatrudnienie nauczycieli, nic z sukcesów sportowych by nie wyszło. A poza tym młodzież powinna biegać i skakać, to konieczne dla prawidłowego rozwoju. Zamiast siedzieć przy kompie, jak ja teraz, pobiegali trochę po boisku. Aha, szóstki z wuefu też każdy dostał.

I czego ja się czepiam?

Jeśli chodzi o pływaczkę, to ta już powinna znać prawa rynku. Żeby coś zdobyć, trzeba najpierw zainwestować. Ktoś wykłada duże pieniądze, żeby mogła bezpłatnie trenować na basenie. A ile normalnego człowieka kosztuje wejście na basen? Ktoś zatrudnia trenera, ktoś opłaca ową wodę w basenie, prąd w szatni… Ktoś już inwestuje w obiecującego sportowca, a ten marudzi, że kąpielówki nowe musi se kupić… Niech też zainwestuje w siebie, wykorzystuje stworzone mu warunki, walczy, wygrywa, a potem forsa sama mu będzie wpadać do kieszeni. Będą reklamy, będą wywiady, wizyty w zakładach pracy.

I czego ja się czepiam?

Poeci to podobny temat. Siedzi taki w domu, pisze długopisem, ołówkiem lub klika w klawiaturę. Za kołnierz mu nie pada, wysiłku żadnego. Czasami spojrzy w okno, by muza na niego spłynęła… Jaka praca, taka nagroda. Poza tym tablet taki zły nie był. Pożyczyłam od koleżanki w czasie choroby, kiedy laptop był za duży do klikania podczas leżenia w łóżku.

I czego ja się czepiam…

Niby niczego… tu 1000 zł, tu 200, tu 150… Nie widziałam, żeby takie sumy chodziły swobodnie po ulicy. Człek, jak znajdzie na chodniku złotówkę, to się cieszy. Ba, złotówkę… 50 gr też pieniądz!

I dochodzę do sedna sprawy…

Ostatnio zaproszono mnie na oficjalną imprezę z udziałem ważnych ludzi. Wśród wielu tematów pojawił się również wątek wartości pieniądza. Przy szwedzkim stole padały takie sumy, że mój emerytalny umysł nie ogarniał. Ktoś właśnie stwierdził, że jako szef firmy dał sobie podwyżkę i teraz zarabia ponad 10 tys. Prawnik poinformował, że dostał nowa pracę na pół etatu i skosi kolejne 5 patyków. Pani pochwaliła się innej pani, iż kupiła córce mieszkanie, bardzo tanio, bo za 130 tys. No pewnie, że tanio. W Warszawie przedpokój tyle kosztuje. Próbowałam przebić się z tematem wartości pieniądza w wydaniu zusowskim. Szybko mi uświadomiono, że przecież emeryci każdego roku dostają podwyżki i zupełnie nie wiadomo, dlaczego ciągle narzekają. Jak się nie chce pracować, tylko siedzieć na emeryturze, to się nie ma forsy. I tyle.

I tak sobie przeanalizowałam nagrody. Drużyną już nie będę i nie dostanę piłek za całe 1000 zł. Pływaczką też nie. Może zatem skrobnę jakiś wiersz? Może wygram jakiś konkurs, dostanę tablet lub książkę… a potem sprzedam. A co, wolno mi będzie!  

 

Seks, seks, seks! Tylko dla dorosłych

 

Tyle się dzieje. Nie nadążam. Początek dnia jest spokojny i ustalony od dawna. Budzi się człowiek rano, wyprowadza psa, pije wodę z cytryną, czyta o przygodach pana Samochodzika. Potem je śniadanie i włącza laptopa. A tu … rety… ktoś kogoś za coś w celu bez celu dla zasady wbrew zasadom nocą w dzień … Gorąco. Duszno. Pot na całym ciele. Jak w okresie przekwitania. Trzeba chyba wrócić do hormonów.

A olać to wszystko! Pogadajmy o du…Maryni – ryknął mi wczoraj na czacie kumpel. No tak, kiedyś temat seksu i przysłowiowej du… Maryni był  najbezpieczniejszym tematem do rozmów. Zwłaszcza  o intymnym współżyciu mrówek i obcych, o rozmnażaniu poprzez kapustę i za pomocą bociana. Du… była tematem żartów mniej lub bardziej udanych. Nikogo nie obrażała. Nikomu krzywdy nie robiła, bo każdy ją ma. Czasami ktoś się oburzył, bo tematy związane z du… urażały jego uczucia. Dawała sobie jednak z tym radę.  

Ale nie teraz. Oto sprawa w/w części ciała i nawiązujący do niej seks ( a to słowo można pisać w całości?) poruszyła VIPowskie szczyty. Wiecie o co chodzi, o słynny wrocławski teatr i słynny spektakl…

12241404_542501385916821_6968793714121665933_n

Andrzej Pągowski – plakat z 1981 r.

Bywałam już na przedstawieniach, w których po scenie biegali nadzy aktorzy. Raz uznałam, że zupełnie niepotrzebnie, bo niczego istotnego do sensu spektaklu nie wnieśli. Raz – byli mi zupełnie obojętni. Ale dwa razy zdarzyło się, że nagość była w pełni uzasadniona. W tej wyliczance ważne jest jednak, że na widowni byli ludzie o zupełnie odmiennym zdaniu. Komuś się podobało, ktoś znalazł sens.

We wrocławskim teatrze nie byłam i pewnie nie będę. Nie po trasie, a forsy na eksperymentalne wyjazdy nie mam. Wiem jednak, że sztuka jest nieobliczalna, a seks stanowi jej nieodłączny element.

Bez wątpienia prym wiodła zawsze literatura. Kto z nas nie czytał ukradkiem słynnej trzynastej księgi Pana Tadeusza? A pełna niecenzuralnych wyrazów twórczość Fredry? A Leśmian i jego „Malinowy chruśniak”? Lektura obowiązkowa. Bardziej obeznani z poezją znają twórczość Jana Andrzeja Morsztyna, faceta z XVII wieku. A nasz Adaś Narodowy i jego „Świtezianka”? Jako były nauczyciel pamiętam do dziś pytania uczniów na temat tego, jak robił to strzelec z dziewczyną na środku jeziora. Przeca dopuścił się zdrady i został za to strącony w otchłań wodną. Malarstwo…tu można długo i namiętnie. Taki np. „Szał uniesień” Podkowińskiego to czysty s… i to jeszcze dodatkowo na koniu. Akty męskie i kobiece… Adam i Ewa w raju… ba, nagi Adaś w Kaplicy Sykstyńskiej…

szał

 

„Szał uniesień” Władysław Podkowiński

Bo seks to nie tylko jedna wiadoma sprawa…

„Samo słowo wywodzi się z łacińskiego rzeczownika sexus, oznaczającego płeć biologiczną (…)W języku potocznym słowo to w dużym stopniu wyparło częściej dawniej używane w Europie słowo erotyka”.

A jeśli chodzi o erotykę to ludzie są bardziej pobłażliwi. Wydaje im się spokojniejsza i ładniejsza. I tu dochodzimy do sedna sprawy wrocławskiego teatru.

Gdyby na afiszu napisano, że będą „sceny erotyczne”, wrzasku by nie było. Nawet w teatrze elżbietańskim, kiedy scenę erotyczną odgrywało dwóch facetów, z którego jeden grał kobietę, nie uznawano tego za obsceniczne. Ale gdyby wrzasku nie było, nie byłoby reklamy. Spektakl byłyby jednym z wielu spektakli w polskich teatrach. Tymczasem jest jedyny w swym rodzaju. Stał się sławny jeszcze przed premierą. Skłonił ludzi do modlitwy. Poruszył najwyższych VIPów. Interweniowano, proszono, straszono. Niektórzy przypomnieli sobie, że w Polsce są teatry. Dziennikarze mieli pracę. Słowem, wszystko się udało. Oczami wyobraźni widzę ludzi wrocławskiego teatru zacierających z radości dłonie.

Ale do społeczeństwa został wysłany sygnał – o du… Maryni rozmawiać niebezpiecznie, bo jeszcze przyjdą nocą, kolbami w drzwi załomocą…Mogą przyjść. Mogą pobić narzędziem do modlitwy. Mogą nasłać VIPów. Wszystko mogą. Ten blog też mogą usunąć.

Przerzućmy się zatem na inny temat. Właśnie w Wałbrzychu zakończono badanie terenu na słynnym 65 kilometrze. Coś tam w środku jest. Ma całe 150 metrów. Ciekawe, czy ma to związek z seksem?  

A dla tych, co chcą więcej seksu, polecam swoje „Sceny erotyczne z życia emerytów”

http://www.czarownice.kosz.pl/opis-3-Sceny_erotyczne_z_zycia_emerytow.php
 

Na ciemno

foto na bloga 2

Dziś będzie coś o ubieraniu się….Nie, nie o modzie, bo na tym nie znam się w ogóle. A nawet jakbym się znała to i tak żadna moda wpływu na mnie nie ma. Ubieram się po swojemu, stylu swego nie mam. Chociaż… Kiedyś jedna z uczennic powiedziała, że mój styl ubierania się to właśnie brak określonego stylu. Jeśli bym przyszła do szkoły w koszuli nocnej, to i tak nikt by się nie zdziwił. Zatem ustalone – stylu nie mam, aktualna moda mi wisi i powiewa. Skoro nie zwracam uwagi na swój strój, to i nie zauważam, jak ubierają się inni. Zwracam uwagę na to, co człowiek mówi, a czy ma na sobie spodnie w kratkę, czy spódniczkę w paski jest dla mnie sprawą drugo, a nawet trzeciorzędną.

I tak jest u mnie od x lat. Ale niedawno coś mi się w głowie zatliło. Coś z ubiorem związanego…

Na zakończenie roku szkolnego postanowiłam pójść do kościoła na specjalną mszę dla uczniów i nauczycieli. Wszak dobrzy ludzie dali popracować, praca okazała się przyjemnością, trzeba szkołę w kościele wesprzeć. Msza odbywała się przed szkolna uroczystością.

Wchodzę zatem do kościoła. W środku są już uczniowie, a ksiądz wraz z ministrantami zmierza do ołtarza. Wsunęłam się do ławki na samym końcu kościoła, mając beznadziejną nadzieję, że nikt mnie nie zobaczy. Dlaczego?

Przede mną w ławkach siedzieli uczniowie. Wszyscy ubrani przepisowo, w tzw. strojach galowych czyli czarne lub ciemnogranatowe garnitury – chłopcy, dziewczęta – w większości w ciemnych garsonkach. Gdzieniegdzie przebijał się kolor białej koszuli lub bluzki. Nauczyciele też w dopasowanych do gali ciemnych kolorach.

A ja – na lila róż!

Zupełny brak wyczucia czasu i miejsca – pomyślałam o sobie. Ale zaraz przyszła gorsza refleksja. Wybaczcie kochani, ale poczułam się jak na mszy żałobnej. Pewnie dlatego, że przez pięć lat nie uczestniczyłam w uroczystościach szkolnych, natomiast przyszło mi brać udział w kilku pogrzebach. Na mszy żałobnej ludzie są właśnie tak ubrani, na ciemno. Zapomniałam, że tak samo wygląda uczniowski strój galowy, a kościół wypełniony tak ubranymi małolatami to ich wzorowe zachowanie norm szkolnych.

Kiedy msza dobiegła końca, szybko wyszłam z kościoła. Na ulicy wtopiłam się w tłum zwykłych przechodniów i poczułam się normalnie.

Następnego dnia udałam się na spotkanie poetów. Miałam czytać mój wiersz. Była piękna słoneczna pogoda. Ubrałam się stosownie do niej – na niebiesko, jak błękitne niebo nad głową i pogodnie, jak tekst mego wiersza. Wchodzę do sali i ponownie lekkie zaskoczenie. Nie, nie od razu na czarno – biało. Były też kolory inne, ale większość osób miała na sobie ubrania w stonowanych barwach. Jak drobne kwiatki, to ciemne, jak duże to szare. O, jest pani na pomarańczowo, jest na turkusowo, ale dlaczego ta na kolorowo ma białą marynarkę na sobie? Znowu wcisnęłam się w kąt. Tym razem jednak musiałam się wycisnąć, żeby wiersz przeczytać. Tak jak ja wyglądałam odmiennie, tak i mój tekst był inny. Wszyscy czytali poezję ambitną, zaangażowaną, o wielkich ideach i ważnych sprawach. Mój wiersz był o takich nieważnych sprawach ….

tarasy 2

Wracając do domu kupiłam dwa piwa. Jedno wrzuciłam do lodówki, drugie otworzyłam pytając samą siebie – co ze mną jest nie tak?

Oni na ciemno, ja na różowo, oni poważnie, ja wesoło…. Przy drugim piwie pytanie brzmiało już inaczej – czy ze mną jest coś nie tak? Efektem moich rozważań był przegląd garderoby. Usunęłam większość ciemnych bluzek (dwie zostawiłam, na pogrzeby niestety będę chodziła), dwie czarne spódnice też wystarczą. Spodnie niech sobie wiszą spokojnie. Do bielizny się nie przyczepiłam, wszak jest zakryta.

I niech się teraz ze mnie nabijają!

 palmy

foto – Łyse – palmy kurpiowskie

         Tarasy zamku Książ w Wałbrzychu

moja twórczość literacka na www.czarownice.kosz.pl

Stare kino

kino 1

I znów naszło mnie na wspomnienia… Ot, koniec  roku, taki czas…Wszystko przez kino, takie małe, ale jak mówi mój syn – z klimatem. Mieszkam bowiem w miejscowości, gdzie jest co prawda galeria handlowa, ale kina nowoczesnego, z iluś tam salami, po prostu niet. Nadal jednak działa stare kino, oczywiście unowocześnione. 3D można oglądać, dźwięk też jest odpowiedni. Nawet fotele wymieniono.

W święta obejrzeliśmy z synem dwie części „Hobbita”, zatem po świętach poszłam do kina na trzecią.  Wybrałam seans z wersją oryginalną. I nie chodziło tu tylko o to, że umiem czytać. W pierwszej części „Hobbita” zgromadzone w domu Bilba krasnoludy zaśpiewały swą pieśń. Usłyszałam ją w wersji oryginalnej i zrozumiałam ich tęsknotę za domem… A moi znajomi, którzy oglądali wersję z dubbingiem, prawie wcale nie zwrócili uwagi na ten fragment filmu. Utwór oczywiście znali, ale z wykonania Neila Finna  Od dwóch lat więc oglądam filmu w wersjach oryginalnych.

 

Do kina dotarłam dwadzieścia minut przed seansem. Jak zwykle zresztą. I co się okazało?

 

Nie było już biletów!

 

Najpierw zaczął mnie trafiać ten, co to wiecie. Ale po chwili roześmiałam się – rety, kiedy po raz ostatni nie dostałam  się na seans z powodu braku biletów? To musiało być chyba jeszcze przed potopem… Tak, to było jeszcze w moich wałbrzyskich czasach, czyli w „podstawówce” – tej dawniejszej ośmioklasowej.  A jaki to był film? Nie pamiętam… może któraś z części „Winnetou”? W którym kinie? W tym dużym, w centrum miasta czy w tym w mojej dzielnicy, kinie „Oaza” przy Staszica na Nowym Mieście w Wałbrzychu? Nie pamiętam…

 

W grudniu odwiedziłam swoje wałbrzyskie kino. Wejście to samo, sala też ta sama, w ścianie dwa otwory na projektory. Pamiętacie krótką przerwę w trakcie projekcji filmu, kiedy to kończyła się taśma pierwsza i zaczynała taśma druga? Przerwy czasami były dłuższe,  widownia wówczas tupała nogami, gwizdała, dając wyraz swemu niezadowoleniu. W kinie nie wolno było jeść i pić, nie mówiąc już o gadaniu. Do Oazy chodziliśmy często „ze szkołą”. W ten sposób obejrzałam „Gdzie jest generał” i „Polyannę” oraz wiele, wiele innych filmów. I nie wmawiajcie mi, że były to filmy propagandowo-komunistyczne!

 

Do kina chodziłam również ze znajomymi oraz indywidualnie. Na rogu – obecnie Piłsudskiego (dawniej Świerczewskiego) –  i Fredry znajdowała się gablota z repertuarem na cały miesiąc. Informowała o dniach, w których film będzie „grany” i od ilu jest lat. Najważniejsze dla nas ograniczenie wiekowe to „od 16 lat”. Dostać się na taki film bez sprawdzanie legitymacji szkolnej przez panie „bileterki”, to już był sukces. Na filmy „od 18 lat” nawet nie próbowaliśmy wejść. Nie mieliśmy żadnych szans.

 

Gdy rozpoczynał się miesiąc, biegłam na róg ulicy i sprawdzałam, czy jest już repertuar. Potem jeszcze szybko pod kino. Przed wejściem wysiały czarno-białe fotosy. W jednej części gabloty – po jednym z każdego filmu, w drugiej – z filmu akurat wyświetlanego. Jak wybierałam filmy, skoro reklam nie było? Ot, moi drodzy prasę się czytało. Był taki tygodnik „Magazyn Filmowy” i „Film” Człowiek kupował w kiosku, znaczy się zdobywał i czytał o nowościach w kinie.

 

Czasami film polecili koledzy, bo byli „na nim” w innym wałbrzyskim kinie. Ile tych kin było: Barbórka, Mieszko, Zorza, Apollo, Polonia, GDK, „Lalka”. „Victoria”… coś pominęłam? Tradycyjny film fabularny trwał półtorej godziny. Seanse z reguły zaczynały się więc o 16.00. 18.00. 20.00. Przed filmem obowiązkowo Polska Kronika Filmowa.  

 

W niedzielę o 12.00 były jeszcze tzw. poranki – tanie seanse dla małych dzieci. Czasami brałam młodszego brata i szłam z nim do „Oazy” na składankę filmów z Bolkiem i Lolkiem lub Reksiem.

 

Kino na Nowym Mieście padło jak większość kin w Polsce w epoce kaset video. Przez jakiś czas w sali kinowej mieścił się jakiś sklep ze starzyzną. W grudniu tego roku był tam magazyn dla materiałów budowlanych potrzebnych do elewacji budynku. Ktoś szepnął, że ocalały jeszcze projektory, ale kto to wie…

 

Na „Hobbita” wybrałam się następnego dnia. Weszłam do kina i uświadomiłam sobie, że sala jest bardzo podobna do tej w „Oazie”. Siedzę co prawda w fotelu z okularami na nosie, ale fajnie, że stare kina jeszcze żyją…

 

Źródła:

 


http://www.filmweb.pl/film/Pollyanna-1960-36614

 


http://pl.wikipedia.org/wiki/Film_(czasopismo)

 


http://pl.wikipedia.org/wiki/Kina_w_Wa%C5%82brzychu

 


http://pl.wikipedia.org/wiki/Polska_Kronika_Filmowa

 

 kino 2

Mój Mordor

Mój Mordor

    Najpierw moja ulica…Ogińskiego…niby ciągle taka sama. Stojące w pochylonym szeregu kamienice zmieniają kolory. Obok mojej pojawia się seledynowa. Jaki kolor chciałabym widzieć na swojej? Gdybym oczywiście tu nadal mieszkała…Brąz? Będzie pasował do seledynowej?

   Idę dalej, do góry. Tu stały butelki z mlekiem, które rano zjawiały się pod mieszkaniem. A tutaj mieszkała krawcowa. Ciocia mieszka nadal. Wujek właśnie odszedł…[*]

   Teraz wierzba płacząca – bohaterka mego wiersza, miejsce po odkrytym basenie, porośnięte trawą i perzem. Wejście na stadion. A może droga do miejsca, które nim było? Betonowe pozostałości po miejscach do siedzenia nie milczą. Wsłuchuję się w dźwięk grudniowych kropel deszczu uderzających w stare schody. Pamiętają czasy dumy, chwały, zwycięstw i honorowych porażek. Zaraz, zaraz po zielonej murawie biegają ludzie. Trwa trening. Gdzieś napisano, że stadion tu jeszcze będzie. Czekam.

   Szpital ciągle ten sam. Zadbany. Miejsce narodzenia przetrwało wielkie wałbrzyskie tąpnięcie.

   Teraz skręcam w Staszica. Starannie wtopione w starą „szeregówkę”  nowe komunalne kamienice podobają mi się.  Po lewej stronie kino Oaza. Nieśmiało wchodzę do środka. „Dzień dobry. Jak dziś film grają?”. Robotnicy wykonujący elewację budynku, jedzą drugie śniadanie. Uśmiechają się. Też jako dzieci przychodzili tutaj na „poranki”. Nam nie trzeba wyjaśniać, co to. W sali kinowej magazyn materiałów budowlanych. „Ta sala kiedyś wydawała się większa…” „..bo pani była mniejsza”. Z tyłu na górze dwa otwory. To stąd „leciały” filmy. Po prawej stronie drzwi. Tędy  wychodziło się po seansie. Napisy „wejście” i „wyjście” miały swój pierwotny sens.

   Piłsudskiego, dawniej Świerczewskiego. Zaraz będzie poczta. Już nie Urząd Pocztowy numer…, jedynie Filia Urzędu Pocztowego numer…Tuż obok najlepsza ciastkarnia w mieście, kiedyś. Ciastka  były po dwa złote. Jeszcze biblioteka, pierwsza w życiu. Zniknął szyld. Książki przetrwały. Po drugiej stronie sklep „u Lusi”. Nie, już nikt tak nie mówi. Dziś to „okrąglak”.

Przy Piłsudskiego 100 stoi „Polo Market”. Nie ma mojej szkoły. Boisko zmienione w parking. Ludzie są zadowoleni, że mają blisko sklep.

……………………………………………………………………..

Wieczorem spotkanie z poezją. Trochę bałaganu, bo poeci nie organizują imprez, gubią się w konwenansach i formach. Słucham wierszy o moim mieście. Odbieram nagrody za swój. Ktoś chwali, ktoś krytykuje. Nieważne. Mam swój pierścień, który rządzi moim życiem.

Mordor

                                               są tacy, którzy Wałbrzych nazywają Mordorem

Urodziłam się w Mordorze,

kiedy Żywy Ogień Koksowniczych Pieców

rozpalał Wnętrze Miasta.

 

Gimli z Ziomalami

dokopywał się do Jądra Ziemi.

 

Po Ciężkim Ulicznym Bruku

jeździły Czterokołowce przyczepione

do Pajęczej Siatki Szeloby.

 

Dziś gołe oko saurona nie świeci nad mordorem

elfy odpłynęły w głąb pełcznicy

belrog z gollumem  utopili się w ostatnim szybie kopalni

krasnoludy leczą pylicę

aragorn z arweną wyjechali w nieznane

 

Ściskam w dłoni

Pierścień.

Wykułam go w ogniu Góry Przeznaczenia

Z węgla i łez.

 

Zawładnął mą duszą,

poruszył serce,

wbił się w mózg

i trwa.

 

Nie wychodź Frodo z Shire.

Pal z Gandalfem fajkowe ziele.

Nie zabieraj Różyczce ukochanego Sama.

 

Dokończ historię Bilba.

 

Twojej nie będzie…..