Kto ma moją teczkę?

5981135037

 

Zaczynam się bać. Ze wszystkich stron atakują mnie tajne i odtajnione dokumenty. Każdy portal internetowy, każda gazeta, każdy kanał telewizyjny tylko o tajnym świecie tajnych agentów. Tradycyjnie boję się otworzyć lodówkę. I nie chodzi tu o innych, chodzi o mnie. Jak wygląda moja teczka? W czyjej szafie się ukrywa? Kiedy ją ktoś udostępni?

Strach przed odebraniem nauczycielskiej emerytury powoli paraliżuje moje członki twarde i mięśnie miękkie.  

Bo ja jestem z takiego pokolenia, które na sumieniu może mieć wiele, samemu o tym nie wiedząc.

Był taki tygodnik „Na przełaj”, a w nim taka rubryka „Szukam przyjaciela” lub „Chcę korespondować…” , nie pamiętam…Były tam adresy różnych osób, do których można było napisać. Kiedyś opublikowałam swój. Dostałam sporo listów z całej Polski. Z wieloma osobami korespondencja trwała kilka lat. Z większością nie spotkałam się nigdy. Co za lekkomyślność… A wiadomo kim byli moi korespondenci? A wiadomo z kim się zadawali? A wiadomo jakie teczki mieli? A człowiek pisał, co myślał, co czuł, z kim się spotykał, o czym rozmawiał… no normalnie donosił na siebie i innych. I wyobraźmy sobie, że taki esbek czy ubek podszył się pod przystojnego chłopaka z Warszawy, nakłaniał do zwierzeń, a potem notował, że taka (w przyszłości) ciocia Grażynka doniosła na chłopaka z VIII b, bo nie chciał umówić się z nią na randkę. Co doniosła? Mogła wiele.

No więc boję się, bo nie pamiętam  na kogo donosiłam  i co donosiłam. A w takiej teczce tajnego współpracownika może to wszystko być! Masa fotokopii, masa odpisów, kilogramy kart wypełnionych zeznaniami… Zaraz, zaraz, jakimi zeznaniami? Byłam kiedyś na posterunku milicji? Bo policja to już przychodziła do mnie. Kiedy zajmowałam się dziennikarstwem, dzielnicowy uważał mnie za oficjalne źródło informacji o tym, co dzieje się na „dzielni”.

Nie pamiętam zatem, czy byłam kiedykolwiek na milicji, ale bywałam w wielu innych miejscach, niekiedy bardzo podejrzanych. Na meczach i dyskotekach zwłaszcza. Tak mi młodość upłynęła, a to właśnie były owe trudne czasy.

Czy podpisywałam coś? O rety, ile papierów przewinęło się przez moje ręce… Ostatnio zakładając nowe konto w banku od podpisywania zleceń, poleceń, zaświadczeń, oświadczeń rozbolała mnie ręka. Ile zatem takich pism podpisałam w swoim życiu? A jeśli ktoś podsunął mi zobowiązanie do współpracy i podpisałam?

I jak tu teraz spać spokojnie po nocach? Może jestem tajnym agentem? Wszak czasy, w których żyłam temu sprzyjały…

Do tego jeszcze ten apel, aby byli funkcjonariusze udostępnili dokumenty posiadane przez nich w prywatnych szafach… Jeśli byłam tajnym człowiekiem to może i u mnie znajdują się tajne dokumenty…

Stanęłam naprzeciwko szafy. Solidny mebel, zbudowany na zamówienie w 1983 roku. W tzw. „pawlaczu” przechowuję odziedziczoną po rodzicach tekturową walizkę, a w niej dokumenty. Do tej pory byłam pewna, że to pamiątki rodzinne, ale atmosfera wokół starych papierów skłoniła mnie do ponownego przyjrzenia się zawartości.

I już na początku ujrzałam dokument pisany cyrylicą! Zniszczyć! Spalić! Data, gdzie data?! Jest! 1914! Na szczęście wystawiony jeszcze przed rewolucją. Ale może mój prapradziadek był tajnym agentem Lenina, który wysłał go na ziemie polskie, by szerzył komunizm? W takim razie jestem obciążona dziedzicznie i genetycznie. Cyrylica musi być dokładnie sprawdzona.

Kolejna porcja papierów jest sprzed wojny. Też trzeba dokładnie przeanalizować. Dlaczego dziadek tuż przed wybuchem II wojny światowej zmienił miejsce pracy?

Ale najgorsze dopiero przede mną. Najwięcej w walizce jest papierów, zaświadczeń, legitymacji, świadectw z okresu PRL-u! Dotyczą mnie i moich rodziców. Na wszystkich paskudny orzeł bez korony. Można z tego zrobić niezłą teczkę. Moją i moich rodziców. Bo chodziliśmy do komunistycznych szkół, poddawani byliśmy ówczesnej inwigilacji. Na co dzień stykaliśmy się z setkami, a może tysiącami tajnych agentów i współpracowników. Każdy mógł nas opisać i wykorzystać jako osobowe źródło informacji! O, na takiej klasówce na przykład łatwo było uzyskać odręczny podpis. Nauczyciel mógł pod naszymi wypocinami, a zwłaszcza kiedy uczeń nic nie napisał, dopisać coś od siebie i już informacja o nawiązaniu współpracy znalazła się w tajnej teczce. Wszak były to czasy, kiedy każdy na każdego donosił, a agentów było więcej niż nie agentów… Tak przynajmniej niektórzy dziś sądzą…

Oczywiście zauważyłam, że w teczce brak dokumentów z lat późniejszych. Zupełnie tak, jakby współpraca została zakończona lub zawieszona lub agent przeszedł w stan uśpienia.

W sumie więc nie wiem, czy jestem genetycznie obciążona agenturą, czy może agentem uśpionym, czekającym na znak do ataku… I dlatego boję się, boję się…. 

 

Ryzyko posiadania

mała 1

…. kiedy ciocia była niemowlęciem …. foto własne

Przyrostu naturalnego u nas nie ma. Dlaczego? Powodów setka i więcej. Ostatnio modne było hasło, że dzieci to nie problem, to inwestycja. Zatem, kto nie ma co inwestować, nie inwestuje, czyli mówiąc po chamsku – dzieci nie robi.

Kiedyś obowiązywało inne hasło: „Jak Bozia da dzieci, to i na dzieci da”. I o dziwo, społeczeństwo się rozmnażało, chociaż panowała komuna. Największy powojenny przyrost naturalny? W czasie stanu wojennego, czyli w latach osiemdziesiątych. Człowiek martwił się wówczas, żeby tych dzieci za dużo nie było. Opowieści o pani kioskarce, przebijającej igłą prezerwatywy, były niczym środek antykoncepcyjny.

Dziś dziecko się planuje, a najpełniejszy obraz takiego działania mamy w serialu „Ranczo”. Wioletka stosuje kalendarzyk małżeński i mierzy temperaturę. Gdy ta podskakuje o dwie kreski, ściąga do łożnicy męża – posterunkowego Staśka wprost z ulicy, kiedy ten ma policyjną interwencję.

I tak sobie chaotycznie myślę od kilku tygodni o tych dzieciach…. Dlaczego ich nie ma?

Olśnienie! Wiem! Dzieci to nie inwestycja. Dzieci to RYZYKO!

Już uzasadniam.

Moja koleżanka wydała dziecię za mąż. Ma trochę majątku nieruchomego więc postanowiła przekazać go w formie darowizny wnukowi, który ma pojawić się na świecie. Zakomunikowała to przyszłym rodzicom i usłyszała sprzeciw: „Mamo, nigdy! A jak źle wychowamy dziecko i po uzyskaniu pełnoletności przepije lub przećpa twój majątek?”. No właśnie, dziś wychowanie dziecka to ryzyko.

Pomińmy sprawę wychowania na alkoholika czy ćpuna, wszak każdy rodzic chce dla potomka jak najlepiej. Ale jak w obecnych czasach wychować je dobrze?

Zaczyna się od problemów wieku niemowlęcego. Jeśli nasze maleństwo jest ogólnie płaczliwe lub ma tzw. kolkę, to jego ryk zakłóca spokój mieszkańców bloku. Ale żeby tylko spokój… Sąsiad, zatroskany losem płaczącego dziecka, po obejrzeniu kilku programów interwencyjnych, daje znać odpowiednim władzom, że tu i tu dziecko ryczy. W progu mieszkania zjawia się dzielnicowy z przedstawicielem ogólnie pojętej opieki społecznej i dokonuje wizji lokalnej, czy aby niemowlakowi krzywda się nie dzieje. I nawet jak się nie dzieje, odpowiednia notatka zostaje sporządzona, teczka założona, rodzina zapisana.

Kiedy maleństwo trafia do przedszkola, jest obserwowane przez jego pracowników. I nie daj boże, podczas gry w piłkę z tatą, na spacerze z mamą lub podczas zabawy z rówieśnikami dziecko upadnie, nabije sobie guza, nabawi się siniaka, zadrapań i w takim stanie przyjdzie do przedszkola… Przedszkole widząc obrażenia zawiadamia odpowiednie organa. I ponownie w domu zjawia się dzielnicowy i opieka społeczna. Tym razem pada pytanie, czy po wypadku w piaskownicy, na boisku, w parku rodzice byli z pociechą u lekarza. Nie? Skandal! Sami opatrzyli ranę? A są lekarzami, albo przynajmniej pielęgniarkami? Źle wykonują obowiązki rodzica. Jak dziecko wywróci się i skaleczy należy natychmiast… I tak oto kolejna notatka w teczce założonej trzy lata temu. Nie dziwmy się zatem, że rodzice najchętniej sadzają dzieci przed komputerem. Tu się nie skaleczą.

Potem szkoła. Pierwsze lata, podobne do przedszkolnych. Potem następuje okres burzy i naporu, czyli czas dojrzewania potomka. I teraz dopiero zaczyna się. Dziecko ma swoje prawa. Jeśli rodzic każe pomagać w pracach domowych, to znaczy, że wykorzystuje potomstwo do prac fizycznych. Jeśli nie chce kupić najnowszego modelu „komórki”, nie zapewnia dziecku odpowiednich warunków życia. Jeśli każe chodzić do znienawidzonej szkoły, niszczy jego psychikę. Taki nastolatek może złożyć skargę na rodziców z każdego powodu. Stoi za nim cała armia obrońców i odpowiednich przepisów. A co mogą robić rodzice? Nic. Zawsze okaże się, że to oni są winni. Jeśli dziecko nie ma racji oskarżając rodziców – ich wina, jeśli ma – też ich wina. Do tego w założonej naście lat temu teczce są już notatki. Dziecko  już w niemowlęctwie płakało… to jednak nie była kolka… w przedszkolu miało zadrapania i siniaki… nie od przypadkowego upadku… Teraz do akcji wkracza odpowiednia telewizja. Nagłaśnia sprawę męczonego przez lata dziecka. Milionowa widownia współczuje. Rodzicom zostają odebrane prawa rodzicielskie.

I jak tu mieć w dzisiejszych czasach dzieci? Mają je tylko odważni lub nieświadomi ryzyka…

mała 2 

.… szczęśliwe dzieciństwo…. foto własne

Psy, rowery i ludzie

 

Na moim osiedlu, praktycznie w samym jego środku, znajduje się teren rekreacyjny zwany „Skate Parkiem”. Trudniej powiedzieć, czego tu nie ma, niż wymienić szybko to, co jest. Tu spotykają się dzieci, młodzież, dorośli. Od pięciu lat jestem regularnym bywalcem „skejtu”. Tu najczęściej spaceruję z psem. Alejek spacerowych dużo, pojemniki na psie odchody też są, ławki parkowe, a latem nawet „toy toy” przy kortach tenisowych. Ba, kochani – jeśli spadnie śnieg, zima jest gdzie zjeżdżać na sankach. Wszystko czyste, zadbane. Ot, akurat to mieszkańcy osiedla w miarę szanują, bo wszystkim służy.

Są też atrakcje dla rowerzystów i desko rolkarzy: ścieżka rowerowa, rampa, spory teren do rowerowych skoków, a dla najmłodszych – miasteczko ruchu drogowego.

Od razu zapowiadam – nie mam nic przeciwko rowerzystom. Sama na rowerze nie jeżdżę, ale mam znajomych, którzy czynią to w sposób nałogowy. I dobrze. Ja nałogowo oglądam mecze koszykówki. Takie nałogi są cenne. Wspieram budowę ścieżek rowerowych we własnym interesie. Jeśli rower będzie miał wyznaczone miejsce do jazdy, nie będzie mi przeszkadzał na chodniku dla pieszych lub moim dzieciom na jezdni.

Ale na skateparku mam czasami problem z rowerzystami. Rowerowe atrakcje nie służą tu głównie przemieszczaniu się z miejsca na miejsce. Są przeznaczone przede wszystkim do jazdy rekreacyjnej. Jedni zatem rekreacyjnie mają jeździć, inni – np. ja – rekreacyjnie chodzą z pieskami. I tu zaczyna się problem.

Idę sobie z pieskiem na smyczy alejką spacerową. I nagle słyszę za sobą dzwonek rowerowy. Oto cała rodzinka typu 2+2 jedzie za mną całą szerokością alejki spacerowej. No tak, na ścieżce rowerowej mieści się góra dwóch rowerzystów, a rodzinka chce wspólnie, pełną szerokością, a nie wężykiem pokonać wyznaczony przez siebie dystans. Muszę im ustąpić miejsca, bo inaczej staranują mnie i psa. Zdarza mi się nie ustępować, zwłaszcza, kiedy jeźdźcy pojawiają się z naprzeciwka. Wszystko odbywa się jak w dobrym filmie pościgowym. Kto ustąpi? Kiedyś pewien małolat wyłożył się na rowerze tuż za mną. Nie ustąpiłam. Miał do mnie pretensje, że to moja wina. Wskazałam mu ścieżkę rowerową. I wtedy usłyszałam, że się źle prowadzę i powinnam … no powiedzmy w miarę normalnie – spi…ać stąd. Żadna to nowość dla mnie. Młodzież przyjeżdżająca na rampę często trasę do niej pokonuje alejkami spacerowymi nie patrząc, kto się nimi porusza, a jeśli ktoś staje im na przeszkodzie to … jak powyżej.

Kiedyś rodzinie dzwoniącej mi za plecami zwróciłam uwagę, że od jazdy jest ścieżka. „Ale drzewa nad ścieżką za nisko rosną i trudno jechać…” – usłyszałam tłumaczenie. Rzeczywiście głowa rodziny była słusznego wzrostu i wyprostowana dotykała niebezpiecznie gałęzi. „ To proszę zgłosić ten problem do administracji osiedla. Myślę, że „zieloni” nie będą mieli nic przeciwko wycięciu kilku gałęzi” – zaproponowałam. Ludzie wzruszyli ramionami i pojechali alejką spacerową.

tytus02s

Inni zwrócili mi uwagę, że ścieżką rowerową chodzą… starsze panie z pieskami. Nie da się ukryć – ja nie chodzą, ale inne chodzą. Wtedy mówię, żeby właśnie trąbili, dzwonili i przeklinali. Psom i ludziom bez roweru na ścieżkę wstęp wzbroniony!

W czasie jednego ze ostatnich upalnych i wieczornych spacerów spotkałam policyjny patrol. Legitymował przedstawicieli średniego pokolenia, którzy ośmielili się pić piwo na ławce na skateparku, po 22.00, kiedy ciemno i przyjemno (w czasie upałów oczywiście). Nie wytrzymałam. Zwróciłam uwagę patrolowi, że od pięciu lat spacerując tu o różnych porach dnia, nigdy żadne z pijących tu piwo przedstawicieli jakiegokolwiek pokolenia nie używał wobec mnie słów uznawanych za wulgarne, żaden nie próbował wyrządzić mi krzywdy butelką, czasami owszem zdarzały się sytuacje zaczepiania. Tacy samotni starsi panowie czasami proponowali mi „dziaba”. Może więc lepiej, żeby patrol zainteresował się rowerzystami na alejkach spacerowych i pieszymi na ścieżce rowerowej. Większa szansa na mandat! 

Pokolenie geriatryczne

klasa I

 Wałbrzych 1966, Szkoła Podstawowa nr 4

Coraz częściej na różnych portalach pojawiają się wpisy typowo geriatryczne. Oto ktoś wspomina grę w klasy, ktoś w chowanego. Inny zamieszcza zdjęcie trzepaka, jeszcze inny grupę kumpli kopiących piłkę na zarośniętym trawę, chyba, pastwisku…. To znak czasów! Jakich? A takich, w których pokolenie uczące się komputera i tworzące podstawy internetu dorosło do wieku poważnego. Teraz może sobie powspominać oraz ponarzekać na współczesny świat, bo już mu wypada.

w-ch 48

Wałbrzych 1948

Poniekąd zaliczam się do tego pokolenia. Bałam się dotknąć klawiatury komputera. Podobnie było z telefonem komórkowym. Za to pamiętam swoją pierwszą komórkę, pierwszy komputer stacjonarny, pierwszy laptop i pierwszy tablet. Ten ostatni akurat był nagrodą w konkursie poetyckim, w grudniu ubiegłego roku.

Zatem też mam prawo wspominać, jak to ongiś bywało. Do postu wrzuconego przez pewnego dojrzałego o szabrowaniu w pobliskich sadach, dorzuciłam wpis „Zawsze stałam na czatach”. Nie pochwaliłam się jednak, że najlepszy zbiór cudzych owoców  przydarzył mi się na koloniach letnich. Trzeba było wtedy ukradkiem wyjść z zamkniętego budynku (przez okienko w toalecie), po cichu minąć plac apelowy i równie cicho przemknąć do sadu.

Wstyd, hańba, gdzie byli wówczas kolonijni wychowawcy? Dziś za nieupilnowanie młodzieży kryminał jak w banku! O odszkodowaniu dla  sadownika już nie wspomnę.

łeba 61

Łeba 1961

Brnijmy dalej w niepedagogiczne przykłady. Próby wejścia za darmo do kina – zaliczone, na mecze „Zagłębia” Wałbrzych – obowiązkowe, wszak byłam kibicem Górnika i wspomaganie finansowe konkurencji nie leżało w moim interesie. Dlaczego w ogóle chodziłam na „Zagłębie”? Piłkarze grali w ekstraklasie, przyjeżdżały najlepsze drużyny z Polski….

Pierwsze papierosy? Oczywiście, że były. Oczywiście, że …. po treningach sekcji lekkoatletycznej. Oczywiście, że w toalecie. Pozostały na 26 lat, ale od 11 już ich nie ma.

Bójki… były, ale lali się głównie faceci, znaczy się koledzy. Zawsze mieli jakieś honorowe sprawy. Kiedyś jednak jednemu przyłożyłam, bo za bardzo mi podskakiwał. Od tamtej pory rodzaj męski boi się mnie. Tak mu już zostało.

Brnijmy dalej w życiorys pokolenie, które było znacznie lepsze od dzisiejszego.

Literatura wspaniałych czasów:

„Podróż za jeden uśmiech” Bahdaja – nie dopilnowane przez zakochaną ciocię małolaty wyruszają autostopem z Krakowa na Hel. Dziś – sprawa w sądzie o odebranie praw rodzicielskich, a ciocia – wyrok w zawieszeniu.  

„Niewiarygodne przygody Marka Piegusa” Niziurskiego – blisko kontakt dziecka z przestępcami. Dziś – nagłówki gazet „Gdzie była policja?”.

„Pan Samochodzik i….” Nienackiego – dorosły facet zabiera dzieci na tajemnicze wyprawy swym dziwnym autem. Dziś – pedofil!

„Stawiam na Tolka Banana” – dzieci musza zająć się same sobą, tworzą szajkę. (Na szczęście trafia się harcerz). Dziś – patrz do góry – sprawa w sądzie, rodzina zastępcza i tyle.

Wałbrzych 1961, podwórko przy ul. Ogińskiego

Były też późne powroty do domu i niepedagogiczne zachowanie rodziców. Zamiast umoralniającej rozmowy, od razu kara bez próby wyjaśnienia przyczyny spóźnienia, a człowiek zawsze wymyślił jakiś niezły bajer… Totalne łamanie praw człowieka.

Złe oceny w szkole – też były.  Pyskowanie nauczycielom – a jak! Obecne! Wyzywanie kolegów – a dlaczego nie?

I za wszystko odpowiednia kara. Już nie będę pisała jaka, bo to niepedagogicznie. Natychmiastowa. Bezdyskusyjna. Zło zniszczone w zarodku.

Zresztą praktycznie wszyscy wychowywaliśmy się wówczas w rodzinach patologicznych. Rodzice urządzali balangi w domach i obowiązywała zasada – wódka na stół, dzieci od stołu. Kiedy w wieku niemowlęcym ryczeliśmy wniebogłosy, sąsiadka nie dzwoniła po policję. Dziecko musiało się  wypłakać, jeśli alarm nie był spowodowany mokrą pieluchą.

Istne średniowiecze, no nie?

Niedawno ponownie przeczytałam „Bezgrzeszne lata” mistrza Makuszyńskiego. Oto w trakcie zabawy w Indian omal nie spalono żywcem kolegi. Do prawdziwego pojedynku o dziewczynę użyto ukradzionych, starych pistoletów. Jeden nawet wypalił. Na lekcjach uczniowie mieli starannie opracowany system podpowiadania. Wypisywanie obraźliwych wierszyków pod adresem nauczycieli, rety – księdza!- też było obecne.

Jeśli moje pokolenie żyło w średniowieczu, to w jakich czasach żyło pokolenie Makuszyńskiego?

I z tym pytaniem Was zostawiam.      

Przereklamowana GIMBAZA

szkola 1

Właśnie zakończyłam rok szkolny. Dla mnie trwał on tylko cztery miesiące, ale był to czas niezwykle cennych obserwacji, przeżyć, refleksji, zadumy i czego tam jeszcze chcecie. Bo było to tak:

Pięć lat odpoczywałam spokojnie na komunistycznej, nauczycielskiej emeryturze ( takiej po 30 latach pracy). Tymczasem w mojej ostatniej szkole – gimnazjum – nastąpiło klasyczne tąpnięcie – dwie polonistki poważnie rozchorowały się. Na straży czystości języka narodowego stanęła jedna plus dyrektorka. Ta druga, jak wynika z funkcji, miała jeszcze na głowie całą szkołę i fizycznie nie była w stanie pomóc pierwszej.  Nauczanie przedmiotu stanęło pod znakiem zapytania. I wtedy zainterweniował historyk, przypominając historyczną szkolną postać, czyli mnie. Zostałam więc na cito wezwana na dywanik i otrzymałam propozycję nie do odrzucenia. Jako emeryt, przed sześćdziesiątką, wyzwanie podjęłam. Oczami wyobraźni najpierw ujrzałam stan swego konta. Spodobał mi się. A potem przyszła refleksja – czy podołam? Sprawdziłam w sieci program nauczania. Nic nowego. Głoska „a” nadal jest „a”, „góra’ nadal przez „ó”, a Mickiewicz niczego nowego nie napisał. Ale przy obiedzie dopadły mnie wątpliwości.

Jedząc ziemniaki z wody i schabowego z patelni, zerkałam na taki niby serial „Szkoła”, którego akcja rozgrywa się w gimbazie. Podstawowymi problemami uczniów jest seks, narkotyki, alkohol i wredni dorośli. Praktycznie w każdym odcinku jakiś uczeń ląduje w serialu „Szpital”, znaczy się niby to w prawdziwym szpitalu. Albo się naćpał, albo się napił, albo się pobił. W co drugim odcinku interwencja policji, szkolnej higienistki lub dyrektora (jakby ten nie miał nic innego do roboty…). 

Przypomniałam sobie również zestaw informacji, którym raczyła mnie sieć internetowa przez pięć lat emerytury – gimbaza to siedlisko zła, rozpusty, wrednych rodziców i niedouczonych nauczycieli.

Ale co tam, do odważnych świat, znaczy się gimnazjum, należy. Wizja stanu bankowego konta była zbyt silna, żeby z niej zrezygnować.

I tak oto po czterech miesiącach mogę z ręka na sercu i wiarą w duszy powiedzieć, że gimbaza to produkt całkowicie przereklamowany. W ciągu tego czasu nie przyłapałam nikogo na seksie, dopalaczach czy alkoholu w szkole. Ani razu nie podjechała pod budynek karetka pogotowia, nie potrzebna była interwencja policji. Higienistka nie interweniowała, bo takowa funkcja w szkole jest nieznana. Żaden z rodziców nie przyszedł do mnie z pretensjami. Uczeń nie założył mi kosza na głowę. Słowem – nie wydarzyło się nic, co zasługiwałoby na newsa dnia.

Problemy były, oczywiście. Paru uczniów popalało w kiblu, znaczy się toalecie (tradycyjnie centrum szkolnego życia towarzyskiego). Dziewczyny – papierosy tradycyjne, chłopcy – elektroniczne. Od czasu do czasu trzeba było na czas lekcji skonfiskować telefon, a na przerwie zarządzić wyłączenie małych i krzykliwych głośników, włączanych do owych „komórek”.  Czasami uczeń zapyskował i trzeba mu było inteligentnie odpyskować (wyższa szkoła jazdy – słowa nauczyciela muszą „zajść w pięty”, ale równocześnie nie mogą naruszyć tzw. godności osobistej) . Fakt, uczniowie mają większe prawa niż nauczyciele, ale tak już było przed moim przejściem na emeryturę i żadna to dla mnie nowina.

Zdarzyło się też kilka ciekawostek. Moje gimnazjum było zamknięte, czyli jak uczeń wszedł do szkoły, tak mógł wyjść dopiero po skończeniu lekcji. Pilnowała tego pani woźna. W wyniku tego zaobserwowałam ciekawe zjawisko. Kilku uczniów przychodziło do szkoły, ale było tylko na wybranych przez siebie lekcjach. Pozostałe spędzali zamknięci w kabinach szkolnych toalet lub za szkolnymi dekoracjami  w postaci parawanów. Pytałam, gdzie sens, gdzie logika takiego postępowania, jasnej odpowiedzi nie usłyszałam. Było coś o ograniczeniu wolności, więzieniu i wszechwładzy panujących. Zdarzało się również, że chłopcy dla „jaj” wchodzili do toalety dziewcząt i na odwrót. Kiedyś był to obciach, teraz zabawa.

1409_szkola-nieczynna

Ogólnie w szkole było znacznie ciszej niż kiedyś. Proste – mniej uczniów, mniej bieganiny po korytarzu, mniej kłótni między uczniami. Na przerwie większość siadywała pod ścianą z włączoną „komórką” lub tabletem. Czasami ktoś wyciągnął podręcznik.

No dobrze, byli uczniowie z problemami, utrudniający życie sobie, kolegom i nauczycielom. Ale pokażcie mi czasy, kiedy takich nie było…

Rodzice też byli normalni. Nikt mnie błotem nie obrzucił i nie wyzwał od starych sklerotycznych bab. Wprost przeciwnie. Mamy, z którymi rozmawiałam, były konkretne i wręcz prosiły o pomoc w wychowaniu niesfornego nastolatka.

No i była I B… ale to temat na inną opowieść… 

1340178024_przez_alicja_middle