Jest życie w małych miasteczkach…

krowy-na-pastwisku-c7ea484f1c032789e8275c5ea4dd0071

Zacznę może od tego, że jestem w opozycji do obecnego rządu, a do poprzedniego mam wielki żal. Żal o to, że stracił kontakt z polską rzeczywistością, zapomniał o zwyczajnych ludziach, był zbyt mocno zapatrzony sam w siebie.

Co do obecnego to … Ten nie mówi, ten krzyczy, jakby mikrofonów jeszcze nie wynaleziono. Ten cierpi na bezsenność. Ten podzielił obywateli na dwie podstawowe grupy: oni i my.

Zaraz, zaraz, czy rzeczywiście podzielił? A może tylko podział pogłębił?

Kiedyś dzielono nasz kraj na Polskę A i Polskę B. Ta pierwsza była lepsza, bogatsza, bardziej wykształcona, wiadomo – inteligencja i przemył. W drugiej mieszkali ubodzy rolnicy, ba, można ich nawet nazwać ze staropolska chłopami, którzy mieli kiepskie wykształcenie, nie bywali w teatrach i operach. Byli przedmiotem kpin i żartów ze strony wielkomiastowych.

Ponad pół roku pracowałam w miasteczku o charakterze gminnym w Polsce B. Przyglądałam się, rozmawiałam z ludźmi, uczyłam młodzież, jak pisać rozprawki. Nie będę ukrywała, początkowo w duchu uśmiechałam się sama do siebie. Z każdym jednak dniem moja sympatia do miasteczka i okolicznych wiosek rosła.

Tak, rzeczywiście, ludzie tam mają poglądy obecnorządowe. Gotowi są wykrzykiwać wiadome imię w wiadomą męczennicę, sorry miesięcznicę, tyle tylko, że nie mają takiej potrzebny. Żyją sobie spokojnie zajęci swoją pracą i swoimi problemami. Też je mają.

Kiedy rozpoczęłam pracę, udzielono mi podstawowych informacji o uczniach. Ten taki, ta taka… normalna rozmowa. Wskazano mi również „najgorszego” ucznia, z którym są nieustawiczne kłopoty. Po trzech tygodniach poinformowałam grono pedagogiczne, że w szkole żadnych kłopotów nie ma, skoro owego „najgorszego” postawiłam do pionu po trzech rozmowach. W porównaniu z innymi szkołami, ta przypomina sanatorium. Podobnie z problemami miasteczka. Oczywiście, że są. Ludziom z nieco większego świata wydają się małe, proste i śmieszne. Tu nikt nie pójdzie protestować pod sąd, bo sądu nie ma, a poza tym trzeba zadbać o gospodarstwo i blisko setkę krów. Tu nikt nie będzie walczył w obronie demokracji, najwyżej napyskuje burmistrzowi i wójtowi. Więcej może na tym zyskać niż poprzez oflagowanie własnej stodoły. Tu nadal rządzi ksiądz i nieprędko to się zmieni. Zupełnie jak w serii filmów „U Pana Boga ….”.

A ludzie? Jacy są ludzie? Oj, ciężko bym zgrzeszyła, gdybym coś złego powiedziała na ich temat. Przyjęli mnie do swego grona, pomagali w pierwszych tygodniach pracy, uśmiechali się, byli dla mnie życzliwi i sympatyczni. Wszystko wbrew opiniom, jakie o nich słyszałam. I teraz, jeśli ktoś mówi mi o jakiś konfliktach w owej gminie, zaprzeczam. Tam nie ma konfliktów. Tam są normalne ludzie sprawy, różnice zdań, dyskusje, jak w każdym normalnie funkcjonującym społeczeństwie. Praca z nimi była bardzo cennym i jednym z najprzyjemniejszych doświadczeń w moim życiu. Polubiłam miasteczko i mieszkańców całej gminy za prostotę, szczerość i sympatię, jaką mnie darzyli. Spojrzałam również inaczej na Polskę B. Tam też jest życie. Spokojne, normalne. Tam jeszcze woda czysta i trawa zielona. 

Niedawno odwiedziłam znajomych w Warszawie. Opowiedziałam o swojej pracy, o grzecznych uczniach i małomiasteczkowym klimacie. „To jeszcze takie miasteczka są? W dobie internetu i wszechobecnych kanałów telewizyjnych….Myślałem, że tylko w filmach….” – zdziwił się znajomy i załamał ręce. Podczas gdy oni, ludzie z wielkiego miasta walczą o demokrację, wolność i niezawisłość sądów, o dobre imię Polski w świecie, ludzie z małych miasteczek mają to gdzieś? Ważniejsze dla nich są krowy, świnie i pola? Brak świadomości politycznej. Brak wiedzy na temat wolności i demokracji. Święte oburzenie.  

„Mieszkańcy takich miejscowości dzisiaj rządzą” – mówią ci z wielkich miast. Kto jest temu winien? Może właśnie wielka inteligencja, wielcy myśliciele, którzy zapomnieli o Polsce B, o tym, że są ludzie, którzy inaczej myślą i znacznie mniej zarabiają? Jakie poparcie może tu mieć pani prezes twierdząca, że za 10 tysięcy to można przeżyć właśnie jedynie na prowincji? Za takie pieniądze na prowincji to można pytać, ile ta prowincja kosztuje…. Za taką gadkę poprzedni rząd poleciał…

Czas na wniosek – może zamiast żartów i potępienia owej Polski B, warto zauważyć, że tam też jest życie, może warto docenić małe miasteczka, bo jeśli obecna opozycja ich nie doceni, to długo opozycją pozostanie.  

 

 

Gra o tron

13043_-_254

Ten dzień był szczególny. Nawet dla mnie. Prezydent powiedział „veto”, co po staropolsku znaczy „nie pozwalam” i rozpoczęła się narodowa heca. Znaczy się cyrk, co to przebił nawet cyrk występujący dzisiaj w miejscu mego stałego zameldowania. Nie da się jednak ukryć. Tendencje do występów mamy we krwi, a sejm zbudowali okrągły.

Zaczęło się już podejrzanie o wpół do piątej rano, czyli w środku nocy. Jak natura starszej pani przykazała, wstałam po raz drugi do toalety. Moja sunia, zamiast tradycyjnie spojrzeć jednym okiem i przewrócić się na drugi bok, wparowała mi do łóżka i nie zamierzała go opuścić. Tłumaczę jak człowiekowi, że jeszcze wcześnie, że trzeba spać, a ta nic. Przyniosła swego pluszaka, co było znakiem, że spać nie zamierza. Nie miałam wyjścia. Zamknęłam okno, zasunęłam do końca ciemnobrązowe rolety, czego latem praktycznie nie robię, w pokoju zrobiło się ciemno i rozkazującym tonem kazałam pieskowi iść spać, bo noc. Pies dał się nabrać na sztuczną ciemność i jakoś pospał do rana.

Wstałyśmy tradycyjnie ok. 8.30. Szybko toaleta, ja w łazience, sunia na podwórku, lekka kawa – Inka + Jacobs i czytanie. Nie oglądam, bo nie mam wiadomego kanału, ale czytam „Ucztę dla wron”, czwartą część „Gry o tron”, która robi w serialu za piąty sezon. Oj, trup ściele się gęsto, smoki dorastają, ludzie się mszczą, oj mszczą, ten chce być królem, ten jest, a temu przepowiadają, że będzie. Ktoś zmartwychwstaje, ktoś robi za zombi. Nie sposób się oderwać. Ale trzeba. Śniadanie trzeba zjeść, bo wiadomo organizm starszej pani  i jej cukrzyca domagają się regularnych posiłków.

I kiedy tak już posiliłam sferę duchową i fizyczną, postanowiłam włączyć kompa. Było po dziesiątej.

Najpierw czytam. Nie wierzę. No to włączam w internecie relację bezpośrednią. Nadal mam wątpliwości co do swego spojrzenia na rzeczywistość. Patrzę na książkę. Czyżby świat fantasy zawładnął mną?

Włączam telewizor. Oczywiście stacje pozarządowe. Zgadza się. Na wszystkich to samo. Prezydent wetuje. Prezydent kończy przemowę, a ja szybko odkurzam w pamięci, na którym kanale mam telewizję rządową. To, co zaraz powiedzą tamte, jest w miarę jasne. Trzeba zobaczyć, jak zareaguje ta bidna osamotniona telewizja. I to był strzał w dziesiątkę. W studio siedział polityk. Zobaczyć jego minę zaraz po wystąpieniu prezydenta – BEZCENNE.

I tak oto po długim czasie niebytu w moim domu zagościła owa telewizja. Ludzie, ileż to teorii spiskowych, ileż interpretacji i nadinterpretacji, ileż dziwnych min i braków komentarzy do rzeczy oczywistych… słynny czerwony pasek na dole ekranu praktycznie milczący. Ktoś wklepał w kompa słowa prezydenta i tak sobie przez cały dzień leciały.

Oczywiście, że wyszłam z sunią na spacer, nawet dwa spacery, ale otoczenie wokół mnie w żaden sposób nie reagowało na veto. Drobni pijaczkowie nadal uciekali przed policyjnym patrolem, Bruno ponownie zaczepiał moją sunię, a ona olała jego zaloty, na korcie tenisowym rozgrywano kolejne mecze w ramach ligi miejskiej, a dzieci spokojnie uczyły się przepisów ruchu drogowego w osiedlowym „miasteczku”.

Czasami wskakiwałam też do internetu. Wrzało. Niczym w mojej książce. Tutaj też wyczytałam, że będzie orędzie prezydenta. Z przyzwyczajenia włączyłam TVN. Orędzie było. Wróciłam do sieci. I co się okazało? Było również orędzie premier, pani oczywiście. W tym samym czasie. W telewizji rządowej oczywiście. Oczywiście, że nie wysłuchałam, bo mój telewizor nie ma opcji wyświetlania dwóch kanałów równocześnie.

Wyciągnęłam patriotycznie „Soplicę” o smaku orzecha laskowego. Zaraz zabieram się za piąty sezon wiadomej powieści w wersji pisanej.

Gra o tron w naszym kraju właśnie się zaczęła.  

O przywódcach przy wódce

4f7576b86a26f-p

 A miałam nie pisać, a miałam przemilczeć… nie udało się, nie udaje się i pewnie przez jakiś czas się nie uda. Nie przebiję się ze swymi tematami, dopóki dziennikarze i inni piszący nie wycisną ostatniej kropli tekstu, znaczy się nie zarobią ostatniego grosza na wiadomej wizycie wiadomego polityka zza oceanu.

Rozumiem, że facet przyleciał i odwiedził nasz kraj, bo to jedna z ról polityków. Nasi ważni też latają na koszt podatników, ci ze wschodu tak samo…. Każdy polityk lata, jeździ i mówi. Przez ponad pół wieku swego istnienia przyzwyczaiłam się. Ale na starość zaczęłam się wewnętrznie buntować przeciwko propagandzie związanej z wizytami owych panów w towarzystwie pań ubranych modnie lub niemodnie.

Obecny wrzask w zasadzie nie jest niczym nowym. Kiedyś w taki sam sposób fetowało przywódców ze znanej nam części Europy, z która ostatnio jesteśmy na bakier. Były transparenty, tłumy na ulicach, wiwaty, przemówienia i wspomnienia historii naszego kraju ( w tym ostatnim przypadku zmieniły się fakty). Było malowanie trawy na zielono. Teraz się już nie maluje. Teraz przywozi się ją w belach, rozkłada, a jak się podleje, to nawet rośnie. Najczęściej jednak rozkłada się dywany po to, żeby politycy czuli się jak na oscarowej gali, a ich żony wygodnie stąpały po miękkim.

Kiedyś kobiet podczas takich wizyt nie było. Żony albo siedziały w domu, albo udawano, że ich po prostu nie ma. Dawniejsi przywódcy chronili swe życie prywatne i dane osobowe, mimo braku przepisów na ten temat. Dziennikarze nie musieli o nich pisać i skupiali się głównie na politykach.

Wróćmy jednak do obecnej wizyty. A więc człowiek przyleciał. Przespał się. Pewnie z własną żoną, bo ją sobie przywiózł. Potem spotkał się i za szklaną ognio, kulo i jajkoodporną szybą wygłosił przemówienie. Po czym ponownie wsiadł do samolotu i odleciał.

Ludzie mają nieustanną podnietę. Orgazm za orgazmem. Specjaliści od mowy ciała analizują, specjaliści od mody dyskutują, specjaliści od języków tłumaczą z polskiego na partyjny, różny w zależności od partii, która ich wynajęła. Ważny polityk mówi „dom”, a już w świat leci wiadomość, że popiera program „mieszkanie dla młodych”. Ważny polityk mruga oczami, bo słońce świeci mu w twarz, a już w programach informacyjnych trwa analiza do koga i w jakim celu mrugnął. Jedni twierdzą, że do tych ze wschodu, inny, że do człowieka w pierwszym rzędzie. Ktoś odnajduje porażonego mrugnięciem obywatela. Ten twierdzi, że gest był do niego.

Jeszcze większe zainteresowanie wzbudza żona. Babskie pisma, periodyki, kwartalniki, portale i pojedyncze strony mają używanie. Jak sukienka, od kogo, kto szył, kto produkował tkaninę, w ogóle z czego ta tkanina. Dlaczego taki kolor, a nie inny. Dlaczego kwiatki, a nie motylki. Dlaczego midi, a nie mini? A może ma brzydkie nogi? Dochodzenie. Śledztwo. Poszlaki. Dowody. Zaraz będzie proces.

A potem, kiedy ryk silników cichnie, radocha większa niż najwyższy pułap samolotu. Wspaniale. Cudownie. Fantastycznie. Znaczy się my jesteśmy wspaniali, cudowni, fantastyczni, bo ktoś nareszcie nas odwiedził, bo przyleciał, bo był, bo nie zapomniał o nas, wspaniałych, cudownych, fantastycznych…..bo powiedział dobre słowo, bo dziecko po główce pogłaskał, bo uśmiechał się… Jasne, mógł się nie uśmiechać.

Ów, dosyć, bo zaraz sama wpadnę w wir podniety. Jadę na działkę. Trawę trzeba kosić. Normalną. Chwasty powyrywać. Grilla jakiegoś rozpalić, najeść się, napić się, bo bez pół litra o przywódcach ani rusz.

 

 

Co z tą Polską?

stocznia

Odbyłam właśnie podróż po części naszego kraju, która odwiedzam raz do roku. Z ludźmi pogadałam, wymieniłam poglądy na wszelkie możliwe tematy. Królował oczywiście temat zdrowia czyli co, kiedy i komu się popsuło. Pozornie wydawać by się mogło, że było narzekanie. Tylko pozornie. Moi bliscy z reguły nie narzekali. Większość stwierdziła, że komputery się psują, to co dopiero człowiek…. Oczywiście z wyjątkiem rencistki Zofii. Ta narzeka zawsze i gdyby przestała, to byłaby wtedy chora.

Podczas rozmów o wyciętych pęcherzykach żółciowych, guzach i udarach, nikt też złego słowa o służbie zdrowia nie powiedział. Większość z usług miejscowych szpitali była zadowolona. No, oczywiście z wyjątkiem rencistki Zofii, bo tej wszędzie źle.

Temat kultury, sztuki i sportu też przeszedł raczej spokojnie, chociaż było kilka niezłych rodzynków (rodzynek?) w tym cieście, ale to może przy innej okazji.

I była oczywiście polityka! Jak się prawdziwy Polak z prawdziwym Polakiem spotka to polityka być musi! Nie ma lekko… trzeba dyskutować. Moi bliscy to cały przekrój obecnej sceny politycznej, dlatego też dyskusje były chwilami ostre. Zacznijmy od przeciwników obecnej władzy.

Nie da się ukryć, w moim otoczeniu niezależnie od części Polski jest ich najwięcej. Ludzie porządzili sobie osiem lat i teraz mają prawo narzekać na dzisiejsze rządy. Taka rola opozycji. Tak więc opozycja krytykuje praktycznie wszystko: imprezy w Białymstoku, powiększenie Warszawy, reformę oświatową, brak reformy zdrowia, dziurę w budżecie, stan oblodzonych chodników i opóźnienie pociągu na trasie Kudowa Zdrój – Wałbrzych o całe 20 minut z powodu obfitych opadów śniegu. Na to opóźnienie, które mnie bezpośrednio dotyczyło, ja akurat nie narzekałam. Na dworcu PKP, na którym oczekiwałam na pociąg, było ciepło i znakomicie chodziło wi-fi. Do tego w poczekalni działały gniazdka do prądu, zatem podłączyłam się i było w porzo i spoko.

Znacznie trudniejsze było pytanie, co opozycja, z którą ja się zetknęłam, robi, by było lepiej. Czy ktoś ze znajomych był na jakimś marszu protestacyjnym, ba może sam zorganizował jakąś pikietę, czy zna lepsze rozwiązanie niż proponują obecnie rządzący? I tu z reguły rozlegała się …. cisza. Okazało się bowiem, że znaczna część ludzi w ogóle na wybory nie poszła! W czas wyborów stwierdzili, że i tak i tak nie ma na kogo głosować, że jedni drugich warci, że i tak i tak każdy zrobi, co będzie chciał, jeden głos niewiele znaczy, zatem nie warto w ogóle zabierać głosu w wiadomej sprawie. I teraz macie, co chcieliście. Bo ci, co teraz rządzą, na wybory poszli!

I wygrali. Pewnie nie dlatego, że popierali w całej rozciągłości program wiadomej partii, bo go zapewne nie znali, ale dlatego, że posłuchali być może księdza, być może szwagra, być może babcię i głosowali. Wygrał naród posłuszny. I teraz se rządzi.

Ci, co poszli na wybory cieszą się. Nie martwią się dziurą budżetową, bo w końcu kiedyś przestaną rządzić i ewentualne skutki braku forsy w kasie zwalą na wówczas rządzących. Biorą swoje 500+, a przede wszystkim cieszą się, że stare wróciło.

Zaraz, zaraz, inaczej miało być…

Młodzi zwolennicy dzisiejszej władzy nie wierzą starszej opozycji, że część z rozwiązań obecnej polityki to powrót do przeszłości, że kiedyś już tak było… taka telewizja na przykład. Też była kiedyś tubą propagandową władzy. Taki najważniejszy człowiek w państwie na przykład….

Młodzi nie wierzą, a starsi zwolennicy cieszą się, że stare wróciło. Bo nie wszystko kiedyś złe było. Taka ośmioklasowa szkoła na przykład. Taka wizyta wojsk obcych na terytorium Polski na przykład. Kiedyś była taka armia, co chroniła nas przed zgniłym zachodem. Jak widać, nie udało się jej. Teraz inna chroni nas od wiatru ze wschodu. Pewnie też jej się nie uda….

Jeszcze inni są przeciwnikami wszystkich opcji politycznych. Ale los Polski jest im bliski i chcą Polski dla Polaków. Z tymi się jednak najtrudniej rozmawia….

I oczywiście jeszcze jedna grupa – ta, której wszystko dynda i powiewa. Najwspanialsi ludzie do balangowania! Wśród tych nie sposób się nudzić. Śmieją się ze wszystkich i wszystkiego. Twierdzą, że mają ważniejsze problemy na głowie. Dzieci trzeba ubrać i wyżywić, kredyt spłacić, auto naprawić, dobrze pracować, by dobrej pracy nie stracić, a do tego raz w tygodniu, przy sobocie zaprosić znajomych i po prostu poszaleć. Na miarę swych możliwości oczywiście!

A co z tą Polską?

Nie zginęła i nie zginie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Słowa, słowa, słowa….

Kaftan1

Technika poszła ostro do przodu. No, nie dzisiaj, nie wczoraj, ale w ciągu całego mojego dotychczasowego życia, czyli tak 50+ … W pamiętnym filmie o aferze Watergate – „Wszyscy ludzie prezydenta” – dowodem na wypowiedziane przez kogoś słowa, były notatki dziennikarzy. Dziś taka metoda dokumentowania budzi śmiech. Kto uwierzy w bazgroły? Każdy może coś zapisać, napisać i przypisać komuś wymyślone wypowiedzi. Dziś się nagrywa. Każdy telefon ma dyktafon i możliwość nagrywania filmów.

Ale i nagrania nie są wiarygodne. Można je przecież odpowiednio na potrzebę chwili zmontować, rozmontować, przekształcić, dodać, ująć. A wszystko to w zwykłym, domowym laptopie…

Nie próbowałam tego, bo i potrzeby nie miałam. Natomiast czytając, oglądając i słuchając wypowiedzi niektórych osób, odnoszę wrażenie, iż ich wypowiedzi są po prostu zmanipulowane. Bo w głowie, żołądku, wątrobie, płucach i w całym ciele normalnie funkcjonującego człowieka niektóre wypowiedzi się nie mieszczą, wywołują biegunkę, zapalenie płuc, oczopląs i co tam jeszcze chcecie.

Zatem zaczynajmy – proszę przed każdym akapitem dodać sobie „prawdopodobnie, przypuszczalnie”:

1. Pewien prezes powiedział, że kobiety mają rodzić zdeformowane (czytaj niezdolne do życia) dzieci, żeby można je było ochrzcić. Zdrowo myślący człowiek od razu pomyśli, że przecież nie wszyscy jesteśmy katolikami, co to świeżo narodzone polewają wodą. Niektórzy chrzczą dopiero starszych, inni nie robią tego w ogóle. Jeśli ktoś myśli inaczej to znaczy tkwi w mrokach średniowiecza, albo jest chory…. albo  słowa zmanipulowano.

2. Pewien profesor – pewnie mniemanologii stosowanej – powiedział, że kobiety o poglądach lewicowych rzadziej zachodzą  w ciążę, bo myślą tylko o zachowaniu szczupłej sylwetki. Gdybym nie znała wieku owego „stosowanego”, pomyślałabym, że to taki współczesny facet, wychowany na programie „Top model”. Tymczasem facet starszy ode mnie…. Czyżby zapomniał, że za komuny dzieci rodziły się hurtowo i problemem rodziny było, by było ich jak najmniej? Czyżby wtedy wszyscy mieli poglądy prawicowe? No i wtedy ludzie statystycznie byli  szczuplejsi niż dziś. Wypowiedź profesora najbardziej pada na skurczony żołądek. Można się nabawić od niej anoreksji lub bulimii. Jeden z komentarzy pod cytowanymi słowami brzmiał „W Tworkach  udostępniono internet”. Ja tam taka ostra nie będę. Wracając do wieku wiadomej osoby wysunę inną teorię – demencja starcza, schizofrenia… albo wypowiedź przekształcono. Zdroworozsądkowy człowiek takiego tekstu z ust by nie wypuścił.

3. Pewien duchowny w randze biskupa powiedział, że podczas gwałtu rzadko kiedy kobieta zachodzi w ciążę, bo stres coś tam takiego robi, że nie zachodzi. Spowalnia plemniki? Zamyka jajeczko? Wydala plemniki? Chyba nie zabija, bo wtedy to już pewnie aborcja. Kto wie, ręka w górę. W każdym razie, gdyby ta oczywista oczywistość była wiadoma wcześniej, nie potrzebna byłaby antykoncepcja. Wystarczy babę przestraszyć i tyle. W taki Halloween na przykład. I ponownie moment na refleksję – kto przy zdrowych zmysłach wymyśliłby taką antykoncepcję? I ponownie – albo ktoś chory, albo …. wypowiedź  zmanipulowana.

4. Pewna osoba powiedziała, że będzie święto rodziny, czyli małżeństw z dziećmi. Wniosek z tego taki, że inne układy typu samotny rodzic, dwoje rodziców bez ślubu i czwórka ich dzieci to już nie rodziny. I tu bym się poważniej zastanowiła… Kiedy moje dzieci dorosły, byłam zmuszana do podawania ich dochodów przy wypełnianiu formularzy związanych z funduszem socjalnym. Buntowałam się, gdyż dochody owszem podawać musiałam, ale z funduszu moje dzieci nie korzystały. Korzystali natomiast mężowie i żony pracowników, praktycznie obce osoby bez żadnych więzów krwi! A dzieci to przecież krew z krwi! No więc w końcu kto jest tą rodziną? Do tej pory wydawało mi się, że jestem dla swoich dzieci matką, czyli najbliższą rodziną. Okazuje się, że ktoś uznaje inaczej. Fundusz socjalny i jakaś osoba. Kolejne zaburzenie w matriksie, czy manipulacja wypowiedzią?

5.  I dziś rano przeczytałam, że pewien tłum  krzyczał w stronę pewnego prezydenta pewnego państwa środkowoeuropejskiego „Dyktator!”.  Ten człowiek dyktatorem? Potulny, spokojny, głosu nie zabiera, posłusznie wykonuje polecenia, uśmiecha się, mieszka sobie spokojnie, nawet żonę na cichutką, ta też nigdzie nie wychodzi, jakby jej nie było… ten prezydent dyktatorem? Komuś coś się popier… znaczy się pomieszało, albo marzy na jawie… albo wypowiedź manipulowano.

W końcu Hamlet powiedział, że to słowa, słowa, słowa… 

CZARNY PROTEST

http://www.dreamstime.com/stock-photography-mother-baby-illustration-pregnant-image39426602

Jestem przeciwko aborcji i chodzę dziś po mieście na czarno.

Kocham dzieci, swoje i cudze, dlatego chodzę dziś po mieście na czarno.

Popieram czarny protest kobiet w Polsce w dniu 3 października 2016 roku, bo jestem za życiem, godnym życiem każdego człowieka. Popieram czarny protest, bo jestem przerażona i porażona słowami tych, co protestu nie popierają.

Czy zauważyliście, w jaki sposób pokazują oni polską kobietę? To już nie dzielna matka Polka, co to synów na barykady wysyłała. To kobieta pozbawiona wszelkich uczuć, myśląca tylko o sobie, mająca gdzieś dobro innych.

Taka kobieta puszcza się z byle kim i byle gdzie, bo jej się chce bzykać na potęgę. A jeśli zajdzie w ciążę, to szybko biegnie do lekarza i każe robić sobie skrobankę. I po problemie. Kobiety robią to nałogowo, ciągle, nieustannie, trzeba je potępiać, a najlepiej palić na stosach na każdym placu w każdym mieście.

Taki obraz widnieje na licznych forach dyskusyjnych. Taki wizerunek Polki przekazywany jest przez tych, co kobiety uważają za wszelkie zło. Aborcja w naszym kraju jest przecież na porządku dziennym. Codziennie setki kobiet usuwają setki ciąż w setkach gabinetów! Tak nas przedstawiają ci, którzy twierdzą, że ludzi kochają! 

W ciągu całego swego życia nie spotkałam osobiście kobiety, która przyznałaby się do usunięcia ciąży. Poznałam jedną, która chciała to uczynić.

Była uczennicą ostatniej klasy liceum w czasach, kiedy „brzuchate” nie miały prawa chodzić do normalnej szkoły, bo siały zgorszenie. Do tego ojciec dziecka wyparł się utrzymywania jakichkolwiek stosunków z dziewczyną, a były to czasy, kiedy ojcostwo udowodnić było trudno. Wystarczyło postawić kilku świadków, że dziewczyna puszczała się na potęgę i sprawa załatwiona. Moja znajoma nie mogła również liczyć na pomoc rodziców. Panna z dzieckiem to przecież wielki wstyd. Pamiętam ile łez wypłakała, ile rozmów odbyłyśmy, ile było za, ile było przeciw. Tym razem obyło się bez interwencji lekarza. Chłopak się nawrócił.

Decyzja o aborcji to nie decyzja chwili. Za każdą kryje się dramat. Wielki dramat, o którym nie mają pojęcia ci, którzy kobiety chcą wsadzać do więzień. Decyzja o aborcji jest ostatnim wołaniem o pomoc!

Dziś protestuję również przeciwko obarczaniu kobiet pełną odpowiedzialnością za potomstwo. Jedynie one mają być karane, nawet w przypadku poronienia, bo ono w założeniu wrogów kobiet zawsze może być zamierzone. O litości…. Wy, którzy nazywacie się obrońcami życia, czy wiecie jaką tragedią jest poronienie? Nie, nie wiecie. Zakładacie, że kobieta planuje i plan wykonuje, bo  jest zła. Taka sobie przyjęliście tezę.

Popieram czarny protest ponieważ nie zauważyłam, żeby w naszym kraju kobiety zapładniały się poprzez partenogenezę. Dzieworództwo jeszcze nie w modzie. Zatem gdzie są mężczyźni, którzy kobiety zapładniają? Gdzie są ojcowie nienarodzonych dzieci? Gdzie byli, kiedy kobieta potrzebowała ich najbardziej?

Uwierzcie samotnej matce – jeśli obok kobiety jest kochający facet żadna bieda im nie straszna, każda choroba jest do przeżycia. Każde dziecko da się wychować.

Tymczasem poproszę o dane, jaka w Polsce jest ściągalność alimentów. Ilu tatusiów ucieka od obowiązku utrzymywania dzieci? Ile kobiet musi walczyć w sądach o prawo do forsy ze strony ojca?  Bo o miłość nie da się walczyć… 

Mówiąc o aborcji jej przeciwnicy palcami wytykają tylko kobiety! Tylko one są winne przestępstwa! Facet, niczym Piłat, obmywa ręce i twierdzi, że o niczym nie wiedział.

 Dlatego popieram czarny protest!

 A czy wiecie, że ograniczenie lub zlikwidowanie badań prenatalnych to również ograniczenie lub zlikwidowanie możliwości leczenia dziecka jeszcze w łonie matki?

Bo oczywiście kobieta wykonująca takie badania chce tylko i wyłącznie dowiedzieć się, czy urodzi zdrowe dziecko. Jeśli chore to od razu, na skrobankę! To kolejny punkt do tworzenia wizerunku polskiej kobiety prezentowany przez  owych obrońców życia.  Żadnemu z nich nie wpadnie do łba, że badanie może ujawnić wady, które da się wspaniale wyleczyć w łonie matki! A może o tym nie słyszeli? Może tkwią nadal w mrokach średniowiecza, kiedy stosunek płciowy można było odbyć jedynie w ramach reprodukcji. Przyjemność była zakazana. No, chyba że jakiś niewielki gwałt na jakiejś przypadkowo spotkanej kobiecie… w końcu to tylko czyn zabroniony…

Jestem przeciwko aborcji, bo jej być nie powinno. Powinna być odpowiednia edukacja seksualna, odpowiedzialni ludzie – mężczyźni i kobiety, równouprawnienie w wychowywaniu dzieci, stojąca na wysokim poziomie i dostępna dla wszystkich medycyna, odpowiednia opieka nad rodziną, poszanowanie każdego życia, a nie strach, nienawiść i potępienie.  

Parasolki, parasolki dla dorosłych i dla dzieci….

Niedawno wpadło mi do sieci coś ciekawego…14100308_438440342997771_7959531681847648492_n

 Spojrzałam i zaśmiałam się. Najpierw po cichu, żeby nie obrażać uczuć religijnych, a potem zupełnie głośno. Kiedy się wyśmiałam, a pod ilustracją pojawiły się komentarze, zaczęłam się zastanawiać, znaczy się myśleć… i uznałam, że sprawa jest poważna. Odnalazłam starą piosenkę o parasolkach. Wysłuchałam. Wy też posłuchajcie. 

Choroba, też poważna, a w dzieciństwie wydawała się taka skoczna, do tańca… Taki oto splot okoliczności sprawił, że postanowiłam zająć stanowisko w wyżej prezentowanej akcji parasolkowej.

Na początek od razu zaznaczam, że pomijam fakt, iż Jezusowi nie przypisano żadnej roli na obrzeżach parasolki. To zagadnienie teologiczne, a z teologią nie mam żadnego związku.

Kolejna parasolka prezentuje męża, który ma zapewniać byt i chronić rodzinę. Każdy patrzy na życie poprzez własne doświadczenia. Ja też spojrzałam. Ba, moje koleżanki też spojrzały. I co się okazało? Otóż dla nas facet co byt zapewnia, a szczególnie ten co chroni, to jakieś fantasy lub inne  science fiction. Tak się bowiem złożyło, że byłyśmy samotnymi matkami (dzieci już dorosły) i owego męskiego parasola nad nami w ogóle nie było! Mało tego, ten największy, na samym szczycie chyba nas nie ochraniał, bo jego pracownicy nieustannie wmawiali nam, że nie żyjąc z mężem, żyjemy w grzechu. Oczywiście kiedyś, a było to przed potopem, marzyłyśmy, żeby spotkać faceta swego życia, dobrego, opiekuńczego, zaradnego… Każda wychodząc za mąż wierzyła, że ten to właśnie ten… I gdybyśmy tak nie skończyły studiów i nie podjęły pracy, obudziłybyśmy się  z przysłowiową ręką w nocniku. Nasi wymarzeni zdradzili, olali, okradli, pobili i poszli. Może to i dobrze. Miałyśmy wreszcie spokój i swoim dzieciom zapewniłyśmy ochronę i byt.

Dzisiejsze dziewczyny nie są takie naiwne. Biorą pod uwagę wszelkie możliwości. Uczą się, pracują, obejmują odpowiedzialne stanowiska. Tak na wszelki wypadek, gdyby facet okazał się …. Bez przekleństw. Czegoś na naszych doświadczeniach się nauczyły.

Przejdźmy teraz do tego bytu… I tu odezwał się głos polityczny, że do sytuacji, w której mąż nie może zapewnić bytu rodzinie doprowadzili i doprowadzają rządzący, znaczy się władza.

Zacznę ten wątek inaczej.

Co potrzeba człowiekowi do życia, oprócz drugiego człowieka?  Jedzenia, ubrania i dachu nad głową. Tak sobie żył człowiek w epokach przed naszą erą i jak widać przeżył. Pieniędzy nie zarabiał, bo nie znał. Kiedyś wybudowanie domu nie było problemem. Biedni chłopi pańszczyźniani też mieli chałupy, a w nich przewód kominowy i glinianą kuchnię. Spali na „materacach” z  siana. Wodę czerpali ze studni. Moja mama wróciła do pracy, kiedy miałam 12 lat. Przez ten czas rodzinę utrzymywał ojciec. Kto pamięta, ile rachunków było miesięcznie do opłacenia w przeciętnym gospodarstwie domowym w latach sześćdziesiątych? Cztery – czynsz, telewizja, prąd i gaz. Ile mamy dziś? Gdyby nie zlecenia stałe w banku, pewnie bym się pogubiła.

Ile mamy telewizorów w domu? Ile tabletów, laptopów? A samochodów w rodzinie? Popatrzcie na parkingi… Dziś na moim podwórku  stoi ich tyle, że się nie mieszczą, a za moich czasów były… dwa.

I tak moglibyśmy sobie wyliczać bez końca. Zatem należy sobie uświadomić, iż ktoś musi na te wszystkie cuda techniki zarobić, ktoś musi płacić rachunki, wlewać tę benzyną do baku… Wyobraźcie sobie tylko powrót do mego dzieciństwa… weźcie kalkulator i policzcie, o ile obniżyłyby się wam koszty utrzymania. Wtedy taki mąż zapewniłby rodzinie byt!

To, że oboje rodziców musi pracować wymusiła nasza rozwinięta cywilizacja, nasze zdobycze techniki, nasz styl życia. Zawsze można zrezygnować z internetu, telewizji, auta, nowych mebli. To kwestia wyboru. Czasami można w telewizji zobaczyć reportaże o ludziach, którzy zrezygnowali z dobrodziejstw technicznych i żyją jak za dawnych czasów. Potrafilibyście? Bo ja nie.

A polityka nie ma z tym nic wspólnego. Takie czasy kochani…

Aha, została jeszcze jedna parasolka – żona, a pod nią napis „dzieci” i „zarządza domem”. Początkowo oburzyłam się, ale po kilku godzinach myślenia twierdziłam, że to nic groźnego. Każda kobieta zarządza domem, czy to mężatka, czy samotna. Najmniej jasno brzmi w kontekście parasolek słowo DZIECI. Jasne, że to ona je rodzi, ale co potem? Ojciec nie uczestniczy w procesie wychowania? Jest tak jak w starożytnej Sparcie – dzieci najpierw pod opieką tylko mamy, a potem tylko taty? I jeszcze jedno – co oznaczają te krople deszczu  płynące od męża i żony? Ta parasolka nie jest dopracowana. 

I chyba na dzisiaj tyle. Trzymajcie się matki, żony i kochanki!

 

Sierpień 16

ja

Znajomi zaprosili mnie na oglądanie sportu w telewizji, czyli igrzysk olimpijskich. Zrobili imprezę w stylu strefy kibica. Każda okazja do dobrej zabawy jest dobra. Tym bardziej dla mnie – sportowego kibica. Wzięłam więc zgrzewkę piwa ze sobą i poszłam. Nieźle się zapowiadało. Na balkonie stanął grill – elektryczny oczywiście. Obsługiwał go małolat – ze względu na obecność rodziców – abstynent. Na ścianie zawisł wielki telewizor. Na ławie gromadziły się różne zgrzewki, butelki i puszki.

No i to był nasz błąd. Za dużo tego było.

Kiedy mięsiwo na grillu doszło do stanu spożywania, zasiedliśmy przed telebimem i rozpoczęliśmy sportową ucztę. Wraz z likwidacją kolekcji na ławie, coraz mniejszym zainteresowaniem cieszył się sport. Zwłaszcza, że siatkarzom szło kiepsko. My, Polacy, jak to narodowa tradycja nakazuje, kochamy politykę.

Zaczęły się wspomnienia geriatryczne z czasów minionych. Większość z obecnych rozpoczęła wspomnienia o tym, jak to w latach osiemdziesiątych  walczyła o wolność i demokrację. Ktoś zrywał plakaty, ktoś pyskował milicjantom, ktoś machał biało-czerwoną. Słowem – przy telewizorze spotkali się weterani walk. Sprzeciwiali się, buntowali, walczyli.

Po co? – zapytałam w trakcie pierwszego seta podnosząc …. kieliszek? Butelkę?  Puszkę?

Zaległo milczenie. Jak to – po co?

W jakim celu? Dla jakiej idei? – podałam pytania bliskoznaczne. Żeby Polska rosłą w siłę i ludzie żyli dostatniej? – przypomniałam standardowe hasło epoki Gierka.

Wybuchło oburzenie. Siatkarzom nadal szło kiepsko. No, było dwadzieścia jeden postulatów i o nie walczyliśmy! Fajnie. Co wywalczyliście?

Przedtem rządziła jedna partia, teraz też… Aha, chodziło o wolne związki zawodowe – co obecnie robią? Najwięcej widać je w czasie wyborów. W miarę funkcjonują w przedsiębiorstwach państwowych, których coraz mniej. Obecny wśród nas kolega dyrektor w prywatnej firmie przyznał, że u niego związków nie ma… widocznie u niego dobrze… Nawet strajków nie ma. A do tego pracownicy mają prawo. A niech by tylko spróbowali…

Cenzura? Jest, a jakże! Nawet jak ktoś ma własną telewizję, taki rząd na przykład… wtedy może sobie wprowadzać cenz… sorry, interpretować rzeczywistość według własnych przekonań, poglądów i idei. Małolat poniósł głowę znad grilla i oznajmił, że najgorsza cenzura jest w szkołach. Nic nie można powiedzieć, co jest niezgodne ze zdaniem nauczyciela,  księdza i dyrektora. Na szczęście obecnie jest internet. Tego wynalazku w sierpniu 80 nie przewidziano. Dziś są tacy, co ani z radia, ani z telewizji, ani tym bardziej z prasy nie korzystają. I postulat cenzury, sorry poglądów, ich nie dotyczy.

W sierpniu 80 walczono o zniesienie represji za przekonania. Jasne, dziś każdy może mieć przekonania, jakie chce, a najlepiej takie jak ten, co płaci za pracę. Wtedy pracę się ma. Przy kontrowersjach różnie bywa.

O, teraz to co mi się najbardziej podoba:” Zagwarantować automatyczny wzrost płac do wzrostu cen i spadku wartości pieniądza”. W tym roku moja emerytura wzrosła o 2, 80 zł. Oczywiście minimalna stawka godzinna też wzrosła, w związku z czym koleżanka, posiadająca kilka prywatnych sklepów, jeden zlikwidowała. I dobrze, problemów ma mniej, a urlop będzie teraz spędzać w Polsce. Gorzej z czwórką jej pracowników.

Kolejny postulat: „Realizować pełne zaopatrzenie rynku wewnętrznego w artykuły żywnościowe, a eksportować tylko i wyłącznie nadwyżki” – dziś rozbawia… No to pod ten eksport! Kieliszeczek! Buteleczka. Pal licho siatkarzy, przegrali kolejnego seta…

„Obniżyć wiek emerytalny dla kobiet do 50 lat, a dla mężczyzn do lat 55 lub zaliczyć przepracowanie w PRL 30 lat dla kobiet i 35 lat dla mężczyzn bez względu na wiek” … jak te czasy się zmieniły… dziś prezydent walczy o 60 i 65. Może poczuć się jak ci z sierpnia 80.

No dobrze, nie wspomnę zatem o poprawie warunków pracy służby zdrowia, zrównaniu rent i emerytur, zapewnieniu miejsc w żłobkach (co to jest żłobek? – zapytał małolat obsługujący grilla) i przedszkolach. Urlop macierzyński mamy – zatem sukces. Czas oczekiwania na mieszkania też został skrócony. Kto ma forsę i zdolność kredytową, ma mieszkanie.  Wolne soboty też są, a teraz walczymy o wolne niedziele. Ani słowa w postulatach o walce z bezrobociem.

„Dlaczego?” – odezwał się znowu małolat. Cóż, moje nastoletnie dziecko, wtedy bezrobocia nie było… Jak ktoś chciał pracować, to pracował. Kiedy po maturze nie dostałam się na studia, wiejskie szkółki otwierały przede mną swoje podwoje… bo dzieci było dużo, bo szkół też było dużo, a nauczycieli brakowało…

Siatkarze przegrali. Smutno się zrobiło.     

 

Jak to ze zjednoczeniem Europy bywało…

Unia_Europejska_przyciaga_6803420

 

Siedzę sobie w domu, za oknem wiatr o charakterze afrykańskim, czyli upalny, będzie burza, piję sobie wodę gazowaną (na złość wszystkim zalecającym niegazowaną) i tak myślę o tej naszej Unii… Europa zawsze chciała się zjednoczyć. Od dawien dawna byli ludzie, co to chcieli pod jednym sztandarem integrować wszystko i wszystkich. Poczytałam trochę, porobiłam notatki metodą „kopiuj, wklej” i pomyślałam sobie, że Wam je przedstawię.

Zacznijmy od takiego Aleksandra Wielkiego, zwanego Macedońskim. W 334 roku p.n.e pokonał Persów, następnie podbił Tyr w Fenicji, a później Egipt, gdzie kapłani ogłosili go faraonem. Marzył on o stworzeniu wielonarodowościowego grecko-perskiego imperium. W ramach integracji zachęcał swych żołnierzy, aby poślubiali perskie kobiety. Sam pojął za żonę księżniczkę perską – Roksanę. Marzył o zjednoczeniu całego ówczesnego, znanego mu świata. Ale w wieku zaledwie 33 lat zmarł w Babilonie i ze zjednoczenia nic nie wyszło…

Potem był drugi facet, zwał się Juliusz Cezar. Zjednoczenie rozpoczął od połączenia ludów półwyspu apenińskiego. A potem to już wiemy, był nawet Egipt i Kleopatra. Julek życie stracił w Rzymie, a jego imperium nadal trwało, ale wreszcie, w wyniku picia z naczyń z brązu i przedostawania się trujących związków do organizmów oraz rozwiązłości seksualnej poszczególnych cezarów, cesarstwo padło.

Nadeszło chrześcijaństwo, które też miało ambicje połączenia ludów Europy. Bo religia ta narodziła się, jak wiemy, w Azji graniczącej z Afryką, ale do potęgi doszła dopiero w Europie. Dążenia duchownych wyższego szczebla nawet miały szanse powodzenia, ale najpierw jedna schizma, potem druga, Marcin Luter i z jednego pnia wyrosło wiele gałęzi, znaczy się religii. A te jakoś nie dały się ponownie zjednoczyć.

W międzyczasie zjednoczenia Europy próbowali Karol Wielki i Otton III.

Teoretykiem – prekursorem naszej UNII był Pierre Dubois (ok.1250-ok.1312). Swe poglądy zawarł w dziele „O odzyskaniu Ziemi Świętej”. Przedstawił w nim koncepcję ustanowienia respublicae christianae (republiki chrześcijańskiej), federacji suwerennych państw europejskich pod przywództwem Francji. Ta ponadnarodowa organizacja rozstrzygałaby spory wewnętrzne w Europie oraz stanowiła obronę przed wrogami z zewnątrz (pewnie Arabami i Azjatami). Konflikty miał rozstrzygać międzynarodowy trybunał rozjemczy składający się z sędziów duchownych i świeckich. W ideologii połączonej Europy grzebał się też król Czech Jerzy z Podiebradu (1420-1471). Opracował projekt utworzenia Ligi Pokoju, związku chrześcijańskich państw Europy. Na początek w Lidze miały znaleźć się Burgundia, Bawaria, Czechy, Francja, Polska, Wenecja i Węgry.  

Można również wspomnieć o Stanisławie Leszczyński (1677-1766), który postulował utworzenie Ligi Narodów, związku państw europejskich, stojącego na straży pokoju i współpracy na kontynencie.

Wreszcie docieramy do prawdziwego asa europejskiego – Napoleona.  Opanował praktycznie całą Europę. Nawet dał Polsce jakąś namiastkę państwowości – Księstwo Warszawskie. I gdyby na tej mini Polsce się zatrzymał, może dziś wszyscy bylibyśmy mieszkańcami państwa warszawskiego, zarządzanego z Paryża. Ale zachciało mu się Rosji. I to był błąd. Tego błędu nie popełniają dzisiejsi zarządzający UNIĄ. Oni Rosji nie chcą, bo boją się, że wszystko może skończyć się jak w XIX wieku.

Potem była idea komunistyczna – „Proletariusze wszystkich krajów łączcie się” przeciwko wyzyskowi. Koniec znamy. Nie ma komuny, nie ma zjednoczenia Europy przeciwko wyzyskowi.

Ciekawą postacią w teoretycznych wizjach jednoczenia starego kontynentu jest  Richard Coudenhove-Kalergi (1894-1972). Ten urodzony w Tokio syn austriackiego dyplomaty (matką była Japonka) miał swoje polskie korzenie. Jego prababką była Polka Maria Kalergis, ukochana Norwida, ulubiona uczennica Chopina. Coudenhove-Kalergi był zwolennikiem XIX-wiecznej koncepcji Stanów Zjednoczonych Europy. Widział on Europę zjednoczoną „od Polski po Portugalię” Również nie było tu miejsca dla Rosji oraz uwaga! dla Wielkiej Brytanii.

A w XX idee jednoczenia rozwinęły się tak szybko, jak ówczesna technika. Najpierw była Liga Narodów – powstała 28 czerwca 1919 roku.  Celem Ligi Narodów było utrzymanie pokoju i współpracy na świecie. Wszyscy mieli się jednoczyć, pokojowo rozmawiać, nawiązywać wszelaką współpracę. Tacy wysocy urzędnicy tej Ligi mieli pilnować na przykład takiego Gdańska, żeby ani Polacy, ani Niemcy nie ograbili. Nie udało się.

Potem było ONZ, choroba jeszcze jest…

Aha, w Europie powstały dwie rady: w 1958 Europejska Wspólnota Gospodarcza – skupiała państwa bloku zachodnio-kapitalistycznego oraz od 1949 r. Rada Wzajemnej Pomocy Gospodarczej blok wschodni-komunistyczny. I te też się skończyły, bo nadeszły inne czasy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dzisiaj mamy UE… Ciekawe, jak to się skończy… Jak na upalny wieczór – wystarczy. Zaczyna grzmieć…

 

 

Nadeszły igrzyska

ja na meczu

Od trzech dni świat wygląda jakby inaczej. Włączam internet. Rety, a co to na pierwszych stronach moich portali? Gdzie podziali się kochani politycy? Gdzie afery? Gdzie wzajemne obszczekiwanie? Gdzie grzebanie w życiorysach w celu znalezienia haka na tego czy tamtego? Niby są, ale tak jakby się wszystko zmniejszyło… Na niektórych samochodach małe chorągiewki. W sąsiednim bloku nawet flaga powiewa. Taka trochę stara, z nazwą piwa. Pytam się sąsiada, czy to z okazji wiadomej miesięcznicy. Puka się w czoło.

Przychodzi do mnie facet. Prosi o poparcie, bo kandyduje do Rady Nadzorczej naszej spółdzielni. Podpisuję. Niech ma. Uśmiecha się zadowolony. „Ogląda pani?”. Oczywiście, że oglądam. Nie musimy mówić, co oglądamy. Na ulicy wiele różnych rozmów. Ale jakieś inne. Młodzież wymienia nazwiska, nazwy państw. Okazuje się, że małolaty znają geografię. Reklamy w telewizji też inne. Takie weselsze.

Oczywiście wszystko to za sprawą Mistrzostw Europy w Piłce Nożnej. Jestem kibicem sportowym. Kocham przede wszystkim koszykówkę, ale innymi dyscyplinami sportowymi nie gardzę. Z radością daje się ponieść euforii sportowej z okazji różnych ważnych imprez. Jednym słowem lubię igrzyska. Im większe tym lepsze, bo dziennikarze mają czym się zająć. Odpuszczają sobie wówczas politykę lub szukanie na siłę afer społeczno – obyczajowych. Wiedzą, że lud częściej będzie szukał wiadomości z boisk niż informacji o mamach, które piją za 500+.

Z czasów, kiedy sama byłam dziennikarzem, pamiętam niedzielne kłótnie w redakcji. Dział sportowy zawsze miał za dużo materiału na jedną stronę. Walczyliśmy o dodatkowe kolumny.

Sięgając jeszcze dalej wstecz… Moja rodzina zaczynała czytanie gazet zawsze od ostatniej strony – tam były wiadomości sportowe. Niedziele wyglądały zawsze tak samo – idziemy na mecz. Kiedy w 1969 roku Górnik Zabrze walczył z AS Romą, w moim domu, przy 14-calowym telewizorze, siedziała grupa kumpli taty. Do dziś pamiętam słynne słowa komentatora Janka Ciszewskiego „Sprawiedliwości stało się zadość” wypowiedziane w niezwykłych okolicznościach…. Po rzucie monetą…Obejrzyjcie igrzyska mojego dzieciństwa….  

Tak, wtedy ulice wyludniały się, większość Polaków siadała przed telewizorami i nic poza piłką nie istniało. A przecież była to straszna komuna, w której żyli zniewoleni ludzie…. A mnie nawet teraz, oglądając ten fragment, łza się w oku kręci. Wspaniałe mecze, wielkie emocje i cudowny bieg po boisku polskich piłkarzy z biało-czerwoną flagą…

Świat wówczas też wyglądał inaczej. Zupełnie tak samo, kiedy w 1988 roku moi ukochani koszykarze Górnika Wałbrzych zdobyli tytuł Mistrza Polski …


http://www.rok1988.gornik.walbrzych.pl/

I uwierzcie, w tamtym roku miałam na głowie masę trudnych spraw, masę kłopotów, z którymi w pewnym momencie nie chciałam już walczyć. Sportowy sukces moich sportowców dodał mi wiary i siły. Pozwolił spojrzeć na wszystko spokojniej. I wygrać. W życiu. 

„Chleba i igrzysk” krzyknął kiedyś rzymski poeta Juwenalis. Oto rzymskie pospólstwo domagało się pożywienia i rozrywek. Organizowano więc nie tylko zabójcze walki gladiatorów. Były też publiczne uczty dla tysięcy osób, rozdawano chleb, zboże… Bo igrzyska – czytaj zabawa – są ludziom potrzebne. Może i nie rozwiązują problemów, ale pozwalają od nich na moment odpocząć, dodają sił, by je właśnie rozwiązać. Niech zatem igrzyska trwają!

Dla wielu osób, zwłaszcza młodych, międzynarodowe sportowe zmagania, w których bierze udział reprezentacja Polski, to coś więcej niż igrzyska. To ważny akcent patriotyzmu. Dziś moi młodzi kibice przywitali dzień na wiadomym portalu tym oto utworem:



Ale… jak to u mnie bywa… to temat na osobny felieton…