Budżet obywatelski …. ściema?

12048503_877259995683185_1338722726_n

 Ostatnio ponownie otaczają mnie, w realu i wirtualu, reklamy budżetu obywatelskiego. Są projekty, są pomysły, „miasta” mają forsę. Według założeń trzeba taki pomysł zaprojektować, zgłosić, potem rozpromować, tak żeby ludzie na niego głosowali i jeśli pomysł załapie się na premiowane miejsce, będzie można go realizować. Tak być powinno. Ale bywa również inaczej.

Są sytuacje, w których budżet obywatelski to zwykła ściema. Z najbardziej znanym mi przykładem zetknęłam się osobiście.

W 2016 roku ktoś wpadł na pomysł, aby w miejscu mego stałego zameldowania zrobić Psi Park, znaczy się taki wielkomiejski wybieg dla psów. Wyliczył, że według oficjalnych danych w mieście na stałe zameldowanych jest 1800 piesków (drugie tyle pewnie nie) , zatem mieszkańcy zwierzęta lubią.

Wskazano lokalizację miejsca, w którym pieski mogłyby spotykać się na plotkach i pogadać ze sobą – pusty, zarośnięty plac przy bardzo ruchliwym skrzyżowaniu: wylotówka z miasta i wjazd na osiedle wielkopłytowe. Wybudować tam nie można nawet parkingu, bo pod spodem są rury centralnego ogrzewania, kable, przewody i tego typu różne rzeczy, które łączę osiedle z cywilizacją. Opracowano zatem plan, zrobiono projekt Parku (ogrodzenia, drzewka, pojemniki na odchody, ba, nawet dwa place dla piesków: jeden do swobodnego biegania, drugi z ławeczkami piesków na smyczy). Projekt uzyskał akceptację odpowiednich władz i został poddany głosowaniu. Ósmego kwietnia 2016 roku po podliczeniu głosów – 1297 – Psi Park znalazł się na liście zwycięzców.

We wrześniu Wydział Inwestycji Miasta poinformował, że prace rozpoczną się w październiku. Tymczasem w połowie października dotarły wieści, że Park i Psy to podejrzana inwestycja i ludzie przeciwko temu protestują. Ustnie oczywiście. I się zaczęło.

Protestujący ustnie zabrali się za zbieranie podpisów. Stwierdzili, że nie chcą w pobliżu swego miejsca zamieszkania smrodu psich gówien, wrzasku psiej dyskusji, bo zjadą się tu psy z całego miasta (pewnie owe całe 1800 plus te niezameldowane) i w ogóle co to za pomysł, żeby psy trzymać w blokach. Miejsce psów jest przy stodole na łańcuchu. Dobra, tak nie powiedzieli, ale klimat wokół wybiegu tak właśnie wyglądał. Obraziłam się na nich. Sprzątam po swoim psie. Wraz z innymi spacerujemy pod blokami owych protestujących. Teraz chodzilibyśmy na wybieg znacznie dalej…

Odbyło się nawet spotkanie 16 listopada 2016, na którym ok. dwudziestu osób wykrzykiwało swoje racje. Nie chcieli podjąć żadnych rozmów o jakiejkolwiek modyfikacji projektu. Krzyczeli, wrzeszczeli. Na pytanie, dlaczego protestują dopiero pięć miesięcy po głosowaniu, odpowiadali, że ….. o niczym nie wiedzieli. Cóż, jak widać ich zainteresowanie budżetem obywatelskim było żadne…. Mało tego, niektórzy zaproponowali wykonanie w tym samym miejscu parku dla seniorów, aby mogli tu wypoczywać. Wiadomo, senior zawsze przygłuchy, jadące bez przerwy auta mu nie przeszkodzą. Gorzej ze spalinami…. mogą zaszkodzić, jeśli babcia będzie siedziała przez cały dzień w ich otoczeniu…. A może tę propozycję wysunął wysłannik ZUS w wiadomym celu?

I tak oto niewielka grupa storpedowała cały pomysł. Nieważne, że blisko 1300 osób chciało Park, ważne, że 20 nie chciało.

Próbowano zmienić lokalizację miejsca dla psów. Dyskusja trwała do …. siódmego marca 2017 roku. Najciekawszą propozycją było wyznaczenie jej na terenach, które każdego roku wiosną obficie zalewa miejscowa rzeka, a jesienią jest to teren bagienny. Do tego miejsce to znajduje się poza miastem, gdzie i tak latem można spokojnie wypuścić psa bez smyczy.

Potem Zespół Koordynujący po prostu odstąpił od wykonania zadania …. Było oprotestowane, wątpliwe i zasiało rozłam we wspólnocie. Budżet obywatelski okazał się w tym wypadku całkowitą ściemą.

I nieważne, czy chodziło tu o psi wybieg, o plac zabaw dla dzieci, czy o miejsce dla palaczy. Projekt wygrał i nie został zrealizowany, bo ktoś się sprzeciwił po głosowaniu. Tak może być z każdym projektem. Nawet najlepszym, mającym największe poparcie. Dlatego w ramach protestu nie głosuję na żaden projekt z budżetu.   

Hajże na Warszawę!

_DSC0211

Od tygodnia przeglądam dokładnie internet, słucham wiadomości w radio i telewizji na wszystkich możliwych programach. Chcę bowiem udać się na weekend do stolicy, odwiedzić koleżankę, obejrzeć przedstawienie w teatrze i mecz koszykówki. Obserwuję zatem czy na trasach, którymi będę się przemieszczała, nie odbędzie się kolejna manifestacja protestująca albo nie rozbije się kolejne kolorowe miasteczko. Jeśli wyczuję, że coś się szykuje, muszę opracować alternatywne trasy z uwzględnieniem dłuższego czasu na przemieszczanie się z miejsca na miejsce. W moim przypadku najbardziej zagrożona jest droga na mecz. Warszawscy koszykarze grają w hali przy Wiertniczej, na Wilanowie. Jadąc tam autobusem mijam Pałac, ambasady, Łazienki, Belwedery… (sorka, jeden Belweder) i oczywiście „Sowę i Przyjaciół”. To teren sprzyjający pochodom, marszom i budowie miasteczek w mieście. A mam już pewne doświadczenie, że osobom niezainteresowanym konfliktem na linii wypłata-stolica przebywanie wśród zainteresowanych na dobre nie wychodzi. Kiedyś chciałam przespacerować się z Placu Zamkowego do Alei Jerozolimskich. Szedł jakiś tłum, a że w stolicy tłumy są zawsze, wcale mnie to nie zdziwiło. Tymczasem tłum okazał się być manifestacją ogólnie mówiąc PRZECIWKO. Neutralnych nie tolerował. Na ucieczkę było za późno. Aby ocalić życie i dojść do Alei, musiałam trochę pokrzyczeć. Po przymusowym udziale w walce przeciwko, bolało mnie gardło, a w kieszeni znalazłam podejrzane ulotki.

Wolę zatem nie spotkać na trasie górników z oponami, rolników na traktorach, lekarzy ze stetoskopami czy nauczycieli z kredą i tablicami.

Bo tak w ogóle każdy wyjazd do Warszawy  jest obecnie ryzykowny. Kiedyś jeździło się tam, by obejrzeć zabytki, odwiedzić teatry, stojąc pod Sheratonem posmakować wielkiego świata, spotkać na ulicy znanego aktora… ech, kiedyś stolica to była stolica…

wawa hotel

 

Teraz jest inaczej, obowiązuje hasło „Hajże na Warszawę”. Do stolicy jeździ się głównie, żeby ją zablokować i coś załatwić.  Czasami zastanawiam się, dlaczego np. górnicy ze Śląska nie blokują swoich miast (na Śląsku przecież ich sporo), a rolnicy dojazdu do swoich wsi. Koszt dla organizatorów tego typu akcji protestacyjnych byłby znacznie mniejszy… Czyżby Warszawa jednak swym urokiem przyciągała?

Nie znam się,  nie wiem, zarobiona jestem. Nadsłuchuję czy przez przypadek na Warszawę nie ruszają właściciele małych sklepów pod przywództwem mego kolegi. Kiedy rolnicy z ciągników krzyczeli, że watahy dzików niszczą im uprawy i należy się za to odszkodowanie, kolega wystąpił z podobnym postulatem. Jako właściciel (początkowo dwóch, obecnie ostał się ino jeden), sklepiku typu osiedlowego, zażądał odszkodowania za niszczenie drobnego handlu przez panoszące się biedronki. Ten sympatyczny owad obcy kapitał zrzuca na nasz kraj, jak ongiś zrzucał stonkę. „Hajże na Warszawę” – krzykną niedługo właściciele sklepików. Pomaszerują pod Belweder z hasłem „Biedroneczki to dup…, i nie chwalę ich sobie”! Kupcy rozbiją miasteczko w kropki. Natomiast protestacyjne miasteczko emerytów będzie siwe czyli szare. Emeryci też mogą przecież zorganizować marsz przeciwko ZUS-owi, oczywiście w Warszawie. „Hajże na Warszawę” w każdej chwili mogą krzyknąć chude anorektyczne modelki, bo ostatnio robi się moda na prawdziwe kobiety. Oczywiście dziewczyny będą mogły rozbić swoje miasteczko, powiedzmy takie różowe. Można się również spodziewać marszu sprzątaczek przeciwko zbyt silnym detergentom w środkach czystości. Gdyby rozbiły miasteczko, zapewne mogłyby liczyć na przychylność Greenpeace – wiadomo ekologia. O, ekolodzy też mogą ruszyć na Warszawę, oczywiście pieszo lub rowerem. Stolarze, marynarze, dekarze, elektrycy, magicy, kierowcy, rajdowcy … każdy może ruszyć na Warszawę. Po co? Głównie po to, żeby takiej osobie jak ja, szukającej w stolicy kultury i rozrywki, utrudnić przejazd do teatru i na mecz.

Póki jednak co, hasła „Hajże na Warszawę!” nie słyszę. Muszę zatem przyśpieszyć wyjazd. Wiosna w pełni, potem sezon letni. Lud może w każdej chwili ruszyć na Warszawę. Zwłaszcza przed wyborami.