Wiara czy przyzwyczajenie?

d944d06b1a7ceadbecf0b08f725696c1

Temat trudny. Złożony. Kontrowersyjny. Ale może czas go poruszyć…

Oto umiera ktoś znany, taki na przykład ksiądz, który przez wiele lat dawał się mocno we znaki swym barankom. Baranki były grzeczne, posłuszne i w obawie przed wykrzyczeniem ich nazwisk z ambony, dawały na tacę, nie sprzeciwiały się. Uznawały, że władza proboszcza z samej góry pochodzi i zgodnie z założeniami religii trzeba ją szanować. Po cichu każdy mówił co innego. Większość miała pretensje. Część potępiała. Ale nikt nie odważył się sprzeciwić. Strach. Nie ma to nic wspólnego z szacunkiem.

Ludzie mają prawo tak myśleć i postępować. Wolny kraj.

Tak więc nowa plebania została wybudowana, nowy kościół też. Wszystko to oczywiście zasługa nikogo innego, tylko owego księdza.

Wierni wiernie w to wierzą, zapominając, że nowe budynki zostały wybudowane za ich pieniądze.

Kiedy kapłan umiera również podkreśla się jego zasługi w budowaniu miejsc kultu. I przede wszystkim jego. Zmarły staje się zasłużony dla całego regionu. Jego postawa staje się godna naśladowania. O forsie ściąganej z parafian już nikt nie pamięta.

Rodzina od dawna nie chodzi do kościoła. Dziadek stał się ateistą, babcia kilka lat temu pozbyła się różańca i dostaje drgawek na hasło „Radio Maryja”. Córka jak córka. Zięć jak zięć. Ślub kościelny wzięli, oczywiście. Bo jest uroczysty. Ładny. Kościół kwiatkami przybrany. I dużo światła. I taka magia. I panna młoda mogła się pięknie ubrać. Do cywilnego to nie wypada w długiej białej sukni i z wiankiem na głowie. O ślubie i małżeństwie jako o sakramencie pewnie nie mieli pojęcia.

Na kilka lat zapomnieli o kościele.

Urodziło im się dziecko. Oczywiście, że będzie chrzest. Tak wypada. Tak trzeba. W środowisku wszyscy chrzczą. A do tego kolejna rodzinne impreza! Aha, ksiądz każe iść do spowiedzi… Spoko, w porzo. Mama i tata pogadają sobie przez kratę z kapłanem. Wyznanie grzechów? Jakich grzechów? To tylko formalność. Jest więc chrzest, jest impreza, są prezenty. Wszyscy są happy. Łącznie z parafią, bo chrzest został opłacony i forsa wpłynęła na konta… nie, nie na konto… do kieszeni księdza.

W której parafii wpłaca się opłatę za sakramenty na konto? Chyba zapytam o to na facebooku…

Dziecko w naszej rodzinie rośnie. Niedługo pójdzie do przedszkola. A tam – zajęcia z religii. Młoda mama w internecie odszukuje kilka modlitw i przygotowuje maleństwo do przedszkola. Uczy na pamięć tekstów religijnych. Oczywiście mogłaby nie posyłać dziecięcia na owe zajęcia, ale wówczas będzie problem. Pani wychowawczyni zamiast mieć „wolne”, bo zajęcia religijne prowadzi odpowiednio do tego przygotowana osoba, będzie musiała zająć się ateistycznym dzieckiem. Po co pani życie utrudniać? Po co ma krzywo patrzeć na całą rodzinę? A tak w ogóle dlaczego dziecko ma być inne niż wszyscy?

Księdza po kolędzie też trzeba przyjąć. Dla dziecka. Dawno go w tym domu nie była, trzeba zatem pilnować, żeby, tradycyjnie jak co roku, nie ominął drzwi. Dziadek ateista i babcia bez różańca nie wiedzą – śmiać się czy płakać?

Z wychowywania dziecka w duchu religii najbardziej zadowolony jest ojciec. Nie musi tłumaczyć maleństwu dlaczego nie wolno robić tego czy tamtego. Wystarczy, że oznajmi: „Bozia nie pozwala” i koniec dyskusji. Zanim dziecko zrozumie, o co tak naprawdę chodzi, rodzice będą mieli kilka lat spokoju.

Parę lat temu mój znajomy opowiedział historię pewnego ślubu. Otóż niewierzący postanowił wziąć ślub kościelny z wierzącą i praktykującą. To oczywiście jest możliwe i dozwolone. Siła miłości jest tak wielka, że nigdy nie wiadomo, kto kiedy kogo przekona. Kościół nieustannie wierzy, że wierzący da radę niewierzącemu. Młodzi stanęli przed ołtarzem. Wszystko odbywało się zgodnie z protokołem. Doszło do momentu komunii świętej. Kapłan podszedł z opłatkiem do młodych. Panna przyjęła, a pan po cichu przypomniał, że nie wierzy. Wiedział, iż dla wierzących komunia jest wielkim symbolem. Chciał wiarę uszanować i nie przyjmować tego, co mu się nie należy. Przecież to profanacja, żeby ateista przyjmował komunię świętą… Usłyszał od księdza: „ Bierz, bo ludzie patrzą”. I wziął.

Bycie człowiekiem praktykującym niewiarę jest bardzo trudne.

500+ czyli rodzice, dzieci i długi

plac zabaw

Wreszcie padło na mnie. Jak długo można być neutralnym… Wypowiem się dziś na temat programu 500+. Oczywiście jestem za, a nawet przeciw – jak powiedział klasyk.

Zwolennicy programu uważają, że forsa pomoże rodzicom.  Oczywiście, że tak. Czy ktoś z was widział, żeby przypływ gotówki, w wysokości nie przekraczającej miliona, komuś zaszkodził? Ja nie. Gdyby tak powstał program dla emerytów 500+, to wiele osób by wzmocniło swe modły za rządzących, a ile by się nawróciło!

Wraz z programem wspierającym małolaty, powstał program promujący rodzinę jako dobro najwyższe. Nie powiem, reklamy  podobały mi się. Za moich czasów ich nie było… za to rodzina była i nie trzeba było jej promować. Ale nie czepiam się obecnej sytuacji. Jest jak jest. Rodzinę wspierać trzeba. Może właśnie jakiś tatuś (lub mamusia), który porzucił (-a) mamusię (lub tatusia) na rzecz nowszego modelu, pod wpływem bilbordu, opamięta się i wróci, by wspólnie wychowywać maleństwo? Zawsze jakaś szansa jest.

I teraz już przechodzimy do prezentowanych przez media negatywnych skutków programu dla rodziców + powyżej jedno. Głównie chodzi o mamusie.

Otóż takim mamusiom, które forsę na dzieci biorą, nie chce się pracować. Jasne, lenie patentowane i tyle. Bo przecież praca w domu to nie praca, to odpoczynek. Stop. Zaraz zabrnę w inny temat. Chodzi o coś innego. Taka „siedząca” w domu mama wyleci z rynku pracy i zatrudnienia potem nie znajdzie. Chwila, moment… Jeśli na rynku pracy nie ma zatrudnienia dla kobiet 30+ ( bo w taki wieku kobiety wracają do pracy), to chyba coś z tym rynkiem jest nie tak!

Moja mama do pracy wróciła w wieku 40+… ale sorry, to było za komuny…

Ponadto, jeśli rodzic decyduje się na pozostanie z dziećmi w domu, to albo zarabia niewiele, albo ma bardzo dobrze zarabiającego współmałżonka. Oczywiście należy uświadamiać ludzi, że nie pracując, nie będzie emerytury. Ale o tym, to chyba każdy wie… Warto również przyjrzeć  się sprawie owej pracy. Pracujemy, bo chcemy czy musimy? Może by tak ankietę społeczną? Nie trzeba. Kiedy poprzedni rząd wydłużył wiek emerytalny, wybuchła fala protestów. Nie wszystkie dotyczyły spraw finansowych, że niby na emeryturze zabraknie na chleb. Ludzie po prostu wcale nie uważali, że praca uchroni ich od starości, że niby aktywność zawodowa obroni przed Alzheimerem. Może więc ludzie posiadający dzieci też nie chcą pracować, uważając, że ich wychowanie to jednak jest praca? Nie dla każdego praca zawodowa to marzenie życia…

Kolejny argument przeciwko 500+ wypłynął przy okazji truskawek, znaczy się ich zbioru. Okazuje się, że nie ma komu zbierać, bo jeszcze rok temu zbierali je bezrobotni i ubodzy, a teraz naród dostał forsę za dzieci i ani myśli harować.

A teraz już z premedytacją wrócę do czasów komuny. Kto zbierał wtedy owoce? W moim powiecie – młodzież. Gdy tylko kończył się rok szkolny i akademicki, zasuwaliśmy po dwanaście godzin na dobę, z niedzielami i wolnymi sobotami, bo owoc świąt nie uznawał. Czasami nawet trzy tygodnie. A potem, z własną forsą, ruszaliśmy w Polskę! Czasami ktoś sobie coś kupował. Kumpel przez dwa lata zbierał na motocykl i kupił sobie MZ (czytaj emzetkę). Dlaczego teraz młodzież nie zbiera? Rodzice dają na wakacje owe 500+?

Następny punkt programu – jeśli rodzic będzie w domu, nie wyśle dziecka do przedszkola i wtedy maleństwo nie rozwinie się. Trudno mi się z tym pogodzić… Przebywanie w towarzystwie rodzica opóźnia rozwój dziecka… no kochani, tak to brzmi. Tylko fachowcy po pedagogice potrafią rozwijać, inspirować, pobudzać, stymulować… „Takie czasy…” powiedziała mi niedawno kuzynka, która prowadziła wnuczkę niepracującej córki do przedszkola. Kiedyś rodzic to był rodzic, matka to matka, ojciec to ojciec. Oni odpowiadali za wychowanie i rozwój dziecka… Dobra, już się nie czepiam. Taka rzeczywistość. Taki klimat.

Ekonomiści uważają również, że teraz dziecko dostaje pięć stów, czyli zaciąga dług, a za ileś tam lat będzie musiało zwrócić do kasy państwa znacznie więcej… Argument totalnie abstrakcyjny. Za ileś lat… to będzie ileś razy zmieniał się rząd, a każdy będzie coś zmieniał… ileś razy wybuchnie kryzys gospodarczy… mogą nadejść kataklizmy… epidemie… medycyna może zdziałać cuda i wyeliminować choroby… w ogóle świat może stanąć do góry nogami…

Długi miał towarzysz Gierek, długi ma nasze państwo i pozostałe, każde miasto jest na minusie, młodzi, którzy kupili mieszkania, spłacają. Nawet ja mam dług.  W kasie zapomogowo-pożyczkowej. Pieniądz musi krążyć. 500+ też.

 

Gdzie się podziały tamte podwórka?

podworko

moje podwórko z okna mojego mieszkania – 1969 r.

Dziś za oknem piękna, wiosenna pogoda…Spacerując z psem, zauważyłam gromadki dzieci bawiące się przed blokiem. Mamy, babcie i opiekunki przyprowadziły je ze szkoły i nauczanie zintegrowane wyszło „na dwór”. Bo, czy wyszło na podwórko, to już mam wątpliwości…

Akurat na moim osiedlu dzieci i młodzież mają sporo miejsca do spędzania czasu na świeżym powietrzu (o ile nie powieje wiatr od oczyszczalni ścieków rzecz jasna). Jest „skate park” z boiskami, ławkami, trawnikami, plenerową siłownią, są liczne place zabaw, o jakich mi w wieku wczesnoszkolnym nawet się nie śniło, bo nie wiedziałam, że takie coś w ogóle mogło istnieć. Ale czy to jest podwórko?

Moje podwórko było ogromne! Mieszkałam w Wałbrzychu na poniemieckim osiedlu z lat trzydziestych, które do dziś zachwyca architektów. Sposób ustawienia kamienic, rozplanowania ulic godny naśladowania. Moje podwórko znajdowało się w kwadracie czterech ulic. Jedynie z dwóch stron można było wjechać samochodem. Pozostałe dwie były tylko dla „ruchu” pieszego. To zapewniało nam bezpieczeństwo, chociaż, tak na dobrą sprawę, ruch kołowy na „jezdni” był wówczas niewielki. Natomiast poza podwórkiem byla ruchliwa ulica z bardzo niebezpiecznym skrzyżowaniem. Mówiło się potocznie „po drugiej stronie” i właśnie na ową „drugą stronę” młodocianym wychodzić nie było wolno. Tak nakazali rodzice. Tak, moi drodzy, tylko nakazali, nie wyjaśniali, nie tłumaczyli, nie stosowali żadnej metody pedagogiczno-wychowawczej. „Nie wolno i koniec!” – do dziś pamiętam te słowa jako odpowiedź na pytanie „A dlaczego nie wolno?”. O dziwo, tak rodzic budował sobie autorytet. Zakaz był łamany sporadycznie.

Na podwórku spędzaliśmy masę czasu. Większość z nas miała niepracujące mamy i do przedszkola nie chodziliśmy. Tak, tak moi drodzy… przedszkola były taką fajną przechowalnią, a nie miejscem edukacji. Edukowało nas podwórko. Nikt również zabaw nam nie organizował. Jakoś tak same do głowy przychodziły. Takie na przykład zabawy tematyczne, opisywane w podręcznikach psychologii rozwojowej, były bardzo często przez nas realizowane. Ja, z racji wzrostu i z powodu braku odpowiednich chłopaków w grupie, grałam zawsze rolę ojca. Mój młodszy brat – młodszego płaczliwego brata. Wiesia była mamą, Krysia chyba ciocią, a potem, kiedy poszła do szkoły, została panią nauczycielką podczas zabawy w szkołę. To na podwórku nauczyłam się czytać i pisać bazgrząc pierwsze litery na brudnej ziemi.

O właśnie brud… Wałbrzyska ziemia była wówczas brudna w sensie dosłownym. Sprawiała to obecność koksowni, z których pył spadał na miasto (kopalnie nie zanieczyszczają atmosfery). Będąc latem praktycznie cały dzień na podwórku, też byliśmy brudni. Grzebiąc się w brudnej ziemi (piasek kojarzył się nam najwyżej z Bałtykiem), ręce myjąc głównie przed obiadem i wieczorem, nie zapadaliśmy na żadne choroby przenoszone drogą „ręczną”. Czasami wpadaliśmy do domu po pajdę chleba z masłem i cukrem. Ręce wycierało się o sukienkę lub bluzkę i jadło, jadło tę smaczną kanapkę wytartymi dłońmi. Do dziś nie mogę zrozumieć fenomenu braku zakażeń, biegunek, niestrawności. O zabawie w błocie po deszczu już wspominać nie będę. Za pozwolenie na coś takiego, dzisiaj pewnie rodzicom groziłoby odebranie praw  rodzicielskich.

Kiedy dorastaliśmy, zmieniały się nasze zabawy. Chłopaki kopali piłkę, dziewczyny skakały na skakance, odbijały piłkę o ściany kamienicy. Była gra w „palanta”, „wyścig pokoju”, rysowało się „klasy” i „chłopka”. W wieku blisko młodzieżowym, co niektórzy ukrywali się wśród krzaków i drzew, by zapalić lub pościskać się z osobą płci przeciwnej. A było gdzie się na naszym podwórku poukrywać! Zabawa „w chowanego” dotyczyła każdego rocznika.  

Zima też byliśmy na podwórku. Nasze miało swoją górkę do zjeżdżania na sankach. Kiedy towarzystwo wracało ze swych szkół, brało sanki i szło na górkę. Panował wrzask, który nikomu nie przeszkadzał.

Czy ktoś nas na podwórku pilnował? Oczywiście, że tak! Pilnowali rodzice, ale nie wszyscy naraz. Czasami wystarczyły dwie mamy siedzące w oknach wychodzących na podwórko. Ogarniały je całe i pilnowały wszystkich dzieci. Uwaga zwrócona przez sąsiadkę miała nawet większą wartość niż „mamusiowa”. Potem czekała jeszcze riposta od mamy, bo oczywiście sąsiadka informacji mamie udzieliła. Tak, tak moi drodzy… sąsiad miał prawo zwrócić uwagę każdemu dziecku.  

W mojej klatce schodowej mieszkała starsza pani posiadająca lornetkę. Była postrachem podwórka. Jeśli chciało się coś na diabła zrobić, najpierw zerkało się na jej okno. Jest czy nie ma? Wtedy nie wiedzieliśmy, że takie coś nazywa się monitoring, bo pani pamięć do złych wyczynów miała znakomitą.

A gdy zapadały ciemności, z okien rozlegały się okrzyki nawołujące do powrotu:

„Grażyna do domu!”

„Jeszcze chwileczkę!”

„Natychmiast!”

„Jeszcze pięć minut!”

„Natychmiast!”

Nikt nie chciał podwórka opuszczać.

Gdzie się podziały tamte podwórka?  Są nadal. Moje też jest. Ale jakieś inne. Nie ma sąsiadów pilnujących rozbawionych dzieci, nie ma nakazów, zakazów bez wyjaśnień, zabaw  w brudnym piachu i kanapek z cukrem…

ogińskiego

moje podwórko – 2010 r.

Nie ma i już nie będzie… I nie ma już mapy do tamtego świata…    

Ryzyko posiadania

mała 1

…. kiedy ciocia była niemowlęciem …. foto własne

Przyrostu naturalnego u nas nie ma. Dlaczego? Powodów setka i więcej. Ostatnio modne było hasło, że dzieci to nie problem, to inwestycja. Zatem, kto nie ma co inwestować, nie inwestuje, czyli mówiąc po chamsku – dzieci nie robi.

Kiedyś obowiązywało inne hasło: „Jak Bozia da dzieci, to i na dzieci da”. I o dziwo, społeczeństwo się rozmnażało, chociaż panowała komuna. Największy powojenny przyrost naturalny? W czasie stanu wojennego, czyli w latach osiemdziesiątych. Człowiek martwił się wówczas, żeby tych dzieci za dużo nie było. Opowieści o pani kioskarce, przebijającej igłą prezerwatywy, były niczym środek antykoncepcyjny.

Dziś dziecko się planuje, a najpełniejszy obraz takiego działania mamy w serialu „Ranczo”. Wioletka stosuje kalendarzyk małżeński i mierzy temperaturę. Gdy ta podskakuje o dwie kreski, ściąga do łożnicy męża – posterunkowego Staśka wprost z ulicy, kiedy ten ma policyjną interwencję.

I tak sobie chaotycznie myślę od kilku tygodni o tych dzieciach…. Dlaczego ich nie ma?

Olśnienie! Wiem! Dzieci to nie inwestycja. Dzieci to RYZYKO!

Już uzasadniam.

Moja koleżanka wydała dziecię za mąż. Ma trochę majątku nieruchomego więc postanowiła przekazać go w formie darowizny wnukowi, który ma pojawić się na świecie. Zakomunikowała to przyszłym rodzicom i usłyszała sprzeciw: „Mamo, nigdy! A jak źle wychowamy dziecko i po uzyskaniu pełnoletności przepije lub przećpa twój majątek?”. No właśnie, dziś wychowanie dziecka to ryzyko.

Pomińmy sprawę wychowania na alkoholika czy ćpuna, wszak każdy rodzic chce dla potomka jak najlepiej. Ale jak w obecnych czasach wychować je dobrze?

Zaczyna się od problemów wieku niemowlęcego. Jeśli nasze maleństwo jest ogólnie płaczliwe lub ma tzw. kolkę, to jego ryk zakłóca spokój mieszkańców bloku. Ale żeby tylko spokój… Sąsiad, zatroskany losem płaczącego dziecka, po obejrzeniu kilku programów interwencyjnych, daje znać odpowiednim władzom, że tu i tu dziecko ryczy. W progu mieszkania zjawia się dzielnicowy z przedstawicielem ogólnie pojętej opieki społecznej i dokonuje wizji lokalnej, czy aby niemowlakowi krzywda się nie dzieje. I nawet jak się nie dzieje, odpowiednia notatka zostaje sporządzona, teczka założona, rodzina zapisana.

Kiedy maleństwo trafia do przedszkola, jest obserwowane przez jego pracowników. I nie daj boże, podczas gry w piłkę z tatą, na spacerze z mamą lub podczas zabawy z rówieśnikami dziecko upadnie, nabije sobie guza, nabawi się siniaka, zadrapań i w takim stanie przyjdzie do przedszkola… Przedszkole widząc obrażenia zawiadamia odpowiednie organa. I ponownie w domu zjawia się dzielnicowy i opieka społeczna. Tym razem pada pytanie, czy po wypadku w piaskownicy, na boisku, w parku rodzice byli z pociechą u lekarza. Nie? Skandal! Sami opatrzyli ranę? A są lekarzami, albo przynajmniej pielęgniarkami? Źle wykonują obowiązki rodzica. Jak dziecko wywróci się i skaleczy należy natychmiast… I tak oto kolejna notatka w teczce założonej trzy lata temu. Nie dziwmy się zatem, że rodzice najchętniej sadzają dzieci przed komputerem. Tu się nie skaleczą.

Potem szkoła. Pierwsze lata, podobne do przedszkolnych. Potem następuje okres burzy i naporu, czyli czas dojrzewania potomka. I teraz dopiero zaczyna się. Dziecko ma swoje prawa. Jeśli rodzic każe pomagać w pracach domowych, to znaczy, że wykorzystuje potomstwo do prac fizycznych. Jeśli nie chce kupić najnowszego modelu „komórki”, nie zapewnia dziecku odpowiednich warunków życia. Jeśli każe chodzić do znienawidzonej szkoły, niszczy jego psychikę. Taki nastolatek może złożyć skargę na rodziców z każdego powodu. Stoi za nim cała armia obrońców i odpowiednich przepisów. A co mogą robić rodzice? Nic. Zawsze okaże się, że to oni są winni. Jeśli dziecko nie ma racji oskarżając rodziców – ich wina, jeśli ma – też ich wina. Do tego w założonej naście lat temu teczce są już notatki. Dziecko  już w niemowlęctwie płakało… to jednak nie była kolka… w przedszkolu miało zadrapania i siniaki… nie od przypadkowego upadku… Teraz do akcji wkracza odpowiednia telewizja. Nagłaśnia sprawę męczonego przez lata dziecka. Milionowa widownia współczuje. Rodzicom zostają odebrane prawa rodzicielskie.

I jak tu mieć w dzisiejszych czasach dzieci? Mają je tylko odważni lub nieświadomi ryzyka…

mała 2 

.… szczęśliwe dzieciństwo…. foto własne

Sześciolatki a sprawa większej ławki

szesciolatek

 foto – internet

Już dawno miałam napisać o sześciolatkach, ale nie miałam zgody sześciolatka. W wyniku licznych nalegań, próśb, krzyków, błagań czyli ogólnie pojętej upierdliwości, takową zgodę uzyskałam. Bo mój sześciolatek nie chciał być wplatany w wielką wyborczą politykę. Bo mój sześciolatek uważa, że nie powinnam wywlekać spraw prywatnych na forum blogowym. Na szczęście mój sześciolatek, podobnie jak i ja, uważa, że szum wokół sześciolatków od początku ma podłoże polityczno-gospodarcze. W wyniku czego zgodę na tekst blogowy wyraził. Bo jest tak:

W szkołach powiało pustką z powodu niżu demograficznego. Trzeba szkoły zapełnić, nauczycielom i personelowi pomocniczemu dać pracę. Dlaczego nie zwiększono ilości przedszkoli? Łatwiej bowiem przenieść panią przedszkolankę do pracy w szkolnej świetlicy niż nauczyciela matematyki nauczyć piosenek i zabaw dla przedszkolaków. Koszt niewielki. Co, uważacie, że przygotowanie sal lekcyjnych na przyjęcie maluchów to taki wielki wydatek? Nie przeginajmy. Sześciolatek aż tak bardzo nie różni się od siedmiolatka. W szkole podstawowej, w której pracowałam dawno temu, na parterze były niższe „toalety” dla nauczania początkowego. W klasach – niższe ławki i oczywiście dywan, na którym owe najmłodsze nauczanie siadało podczas niektórych lekcji. Budowa placów zabaw? Na moim osiedlu jest ich tyle, że tutejsza „podstawówka” nie musi budować własnego. Poza tym szkoły miały już w swoich progach sześciolatki w postaci tzw. „zerówki”. Doświadczenie jest? Jest!

Drugi powód, polityczny, chyba komentarza nie potrzebuje. Rząd wprowadza obowiązek szkolny, opozycja zgodnie z faktem, że jest opozycją mówi „Nie”. Jedni powołują się na Europę, bo tam większość rozpoczyna edukację w wieku sześciu lat. Drudzy odwołują się do pojęć związanych z wolnością (wyboru przez rodziców) i swobodą (takie jest dzieciństwo). Jedni i drudzy walczą o władzę. Mamy czas wyborów. Część rodziców macha ręką, bo im obojętne, czy poprowadzi dziecię do przedszkola, czy do szkoły. Uważa, że potomstwo jest zdolne i da sobie radę w szkole. Druga część protestuje. Uważa, że jego potomstwo nie dorosło jeszcze do nauki. Ma do tego prawo.

I teraz czas na mego sześciolatka. Leży na kanapie z laptopem na kolanach. Odpoczywa po powrocie z pracy. Ma trzydzieści lat i dwadzieścia cztery lata temu był sześciolatkiem rozpoczynającym naukę w szkole.

Było to w czasach, kiedy obowiązku dla takich jak on nie było. To ja zadecydowałam za synka. Po prostu – mam dwoje dzieci rok po roku i dla własnej, egoistycznej wygody stwierdziłam, że wygodniej będzie posiadać dwoje dzieci w jednej klasie niż każde w osobnej. Zgłosiłam chęć wysłania syna do szkoły, razem ze starszą o rok córką, do poradni pedagogiczno-psychologicznej. Tam psycholog i pedagog „przebadali” moje dziecko, potem pogadali ze mną. Problem był, bo syn do tzw. „zerówki” nie chodził. Tymczasem całkiem nieźle czytał, dobrze liczył, posiadał sporo wiedzy. Czy uczyłam go? „Nie, dziecko uczyło się samo poprzez zabawę, pytając siostrę lub mnie. Ot, taki samouk”.

I tak synek-sześciolatek wylądował w szkole. Żaden geniusz, żaden odkrywca. Normalny chłopiec. Tyle tylko, że wyrośnięty… już w drugiej klasie nie mieścił się w małej ławce… I problem był odwrotny, potrzebna była większa ławka…

Dziś, leżąc na kanapie, dorosły mężczyzna o wzroście 195 cm, nie bardzo może zrozumieć, dlaczego współczesne sześciolatki są, no delikatnie, nieco mniej mądre niż on. Potwierdzam. Przecież świat idzie do przodu i kolejne pokolenie powinno posiadać większą wiedzę i umiejętności niż poprzednie. Następna sprawa: odraczanie obowiązku szkolnego przez rodziców, którzy to uważają, że ich potomstwo do szkoły nie dorosło… Mój sześciolatek, otrzymując papier uprawniający go do pójścia do szkoły, był niezwykle dumny, że jest …. mądrzejszy niż koledzy z grupy przedszkolnej. O sobie nie wspomnę. Wiele lat temu był to dla mnie powód do dumy. Patrzcie, mój chłopiec idzie już do szkoły!

A teraz… odroczenie… dziecko nie dorosło… rety, jak los spotka to maleństwo, jak złośliwi koledzy odkryją, że miał odroczenie i jest o rok starsze… Chyba że teraz dzieci sobie nie dokuczają.

A co ze straconym dzieciństwem? „Synku, nie żal ci straconego roku w przedszkolu?” – zapytałam swego sześciolatka. Podniósł wzrok znad laptopa, spojrzał i pokiwał głową. Wszystko zgodnie z kultowym twierdzeniem: ”Zmień dealera lub bierz połowę.”

I tym akcentem kończę osobisty zapis na moim blogu. Wezmę całość.