Czas patriotów

14202709_953370414808876_5902896530807472948_n

Hala Mistrzów – Włocławek 

Niedawno kibicowałam polskiej reprezentacji w koszykówce. Nasi grali z Portugalią. Do Włocławka, na zaproszenie kibiców tamtejszego Anwilu,  zjechali kibice z całej Polski. Spotkałam ludzi z Wałbrzycha, Pruszkowa, Starogardu Gdańskiego, Rudy Śląskiej, Koszalina… pewnie nie wszystkich wymieniłam…. Był wielki doping. Było zwycięstwo. I są refleksje. Patriotyczne.

Bo dzisiejszy patriotyzm najmocniej widoczny jest podczas sportowych zmagań. To na meczach reprezentacji narodowej jest zawsze biało – czerwono, to na lekkoatletycznej bieżni zwycięzca biegnie z biało – czerwoną, to podczas wciągania polskiej flagi na olimpijski maszt zwycięzców, łza kręci się w oku – sportowcom i kibicom.    

Biję się w piersi – moja pierwsza flaga biało-czerwona pojawiła się w momencie wyjazdu na mecz Eurobasketu w 2009 do Łodzi. Pamiętam, że szukaliśmy jej dość długo w wielu sklepach. Kupiliśmy w sklepie z odzieżą robotniczą. Dziś wywieszam ją również na balkonie podczas narodowych świąt.

W Łodzi po raz pierwszy poczułam dreszcz na ciele podczas śpiewania polskiego hymnu przez dziesięciotysięczny tłum. Nie, nie słuchania, jak to bywało na poważnych rocznicowych wydarzeniach, w których brałam udział. Bo na meczach kibice śpiewają. We Włocławku odśpiewali całe cztery zwrotki. Na początku i na końcu meczu. Stojąc na baczność z szalikami uniesionymi ku górze. Żeby zrozumieć, jaka siłą tkwi w śpiewie kibiców, okrzykach dopingujących do walki o zwycięstwo, trzeba choć raz znaleźć się wśród nich. Są szczerzy i spontaniczni w swych reakcjach. Kochają narodowe barwy. Nikt nie nakazuje im przynoszenia flag na stadiony i do hal. Wprowadzają je tam sami, w ilościach, jakich nie ujrzy się na żadnej poważnej uroczystości. Przypomnijmy sobie polskie okna i balkony  w czasie piłkarskich mistrzostw Europy w 2012. Porównajmy to z widokiem podczas narodowych świąt… Może lepiej nie…. 

O kibicach napisałam kiedyś wiersz. Został wyróżniony na jednym z konkursów poezji patriotycznej…


http://www.czarownice.kosz.pl/news-8393-Kibice.php

Młodzi mają swych bohaterów narodowych. Rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego uczynili swoim świętem. Czczą po swojemu. Organizują koncerty. Rapują. Odpalają race. Stają na skrzyżowaniach podczas minuty ciszy. Wznoszą okrzyki. Tworzą transparenty. Pamiętają.

Niektórzy zarzucają im, że wykorzystują narodowe elementy w celach komercyjnych i z hołdem dla poległych nie ma to nic wspólnego. Nie, to nie tak. To po prostu znak czasu, inne pokolenie, inna forma okazywania miłości do Ojczyzny. Niech noszą koszulki ze białym orłem, wizerunkami bohaterów, symbolami narodowymi.

„Są ludźmi ulicy – mówi mój warszawski kumpel, który ze sportem nie  ma nic wspólnego – w pozytywnym znaczeniu oczywiście. We wrześniu 1939 wielcy opuścili Warszawę, bronili jej przeciętni mieszkańcy, zwykli żołnierze. W sierpniu 1944 też lud warszawski chwycił za broń…. dlatego młodzi tak cenią sobie powstańczą walkę. Gdyby dziś przyszło zagrożenie, to właśnie ludzie kibicom podobni obroniliby nas” – kontynuuje kumpel. 

Na szczęście nie muszą walczyć. Chcą jednak pokazać, jak wielką wartość ma dla nich Polska.

Oto młoda raperka Sara Konert – „5tka” –  nagrywa utwór o bohaterce wojennej „córce tej samej ziemi, co ona”. Organizuje uroczystą premierę teledysku, podczas której jest też poważny wykład poświęcony młodej Jadzi. „5tka” ma dziś tyle lat, co Jadzia, kiedy oddala życie za Ojczyznę…



To jedna z tysięcy, dziesiątków tysięcy młodych osób, które zginęły w czasie II wojny światowej. Dla młodych ludzi Ziemi Łomżyńskiej właśnie ona staje się symbolem patriotyzmu. Odkrywając jej losy, młodzi uczą się historii swej małej Ojczyzny. W innej części Polski inni robią to samo. Tam jest inny bohater. Dobrze, że szukają ich blisko siebie. Razem uczą się historii narodu. W innej formie niż robiło to moje pokolenie i poprzednie, i jeszcze wcześniejsze. To jest ich forma. Nie zabierajmy im tego. Nie krytykujmy. Cieszmy się, że coś zdołaliśmy im przekazać, a oni to coś ubrali we własny kształt, we własna muzykę, we własną koszulkę.

„Rety, wy znacie wszystkie zwrotki hymnu… myślałam, że dzisiejsza młodzież to już nie taka patriotyczna” – mówię podczas meczu do stojącego obok mnie kibica. „ Ciociu – uśmiechną się bratanek „po szalu”, czyli też kibic Górnika Wałbrzych – teraz właśnie jest czas patriotów!”

Sierpień 16

ja

Znajomi zaprosili mnie na oglądanie sportu w telewizji, czyli igrzysk olimpijskich. Zrobili imprezę w stylu strefy kibica. Każda okazja do dobrej zabawy jest dobra. Tym bardziej dla mnie – sportowego kibica. Wzięłam więc zgrzewkę piwa ze sobą i poszłam. Nieźle się zapowiadało. Na balkonie stanął grill – elektryczny oczywiście. Obsługiwał go małolat – ze względu na obecność rodziców – abstynent. Na ścianie zawisł wielki telewizor. Na ławie gromadziły się różne zgrzewki, butelki i puszki.

No i to był nasz błąd. Za dużo tego było.

Kiedy mięsiwo na grillu doszło do stanu spożywania, zasiedliśmy przed telebimem i rozpoczęliśmy sportową ucztę. Wraz z likwidacją kolekcji na ławie, coraz mniejszym zainteresowaniem cieszył się sport. Zwłaszcza, że siatkarzom szło kiepsko. My, Polacy, jak to narodowa tradycja nakazuje, kochamy politykę.

Zaczęły się wspomnienia geriatryczne z czasów minionych. Większość z obecnych rozpoczęła wspomnienia o tym, jak to w latach osiemdziesiątych  walczyła o wolność i demokrację. Ktoś zrywał plakaty, ktoś pyskował milicjantom, ktoś machał biało-czerwoną. Słowem – przy telewizorze spotkali się weterani walk. Sprzeciwiali się, buntowali, walczyli.

Po co? – zapytałam w trakcie pierwszego seta podnosząc …. kieliszek? Butelkę?  Puszkę?

Zaległo milczenie. Jak to – po co?

W jakim celu? Dla jakiej idei? – podałam pytania bliskoznaczne. Żeby Polska rosłą w siłę i ludzie żyli dostatniej? – przypomniałam standardowe hasło epoki Gierka.

Wybuchło oburzenie. Siatkarzom nadal szło kiepsko. No, było dwadzieścia jeden postulatów i o nie walczyliśmy! Fajnie. Co wywalczyliście?

Przedtem rządziła jedna partia, teraz też… Aha, chodziło o wolne związki zawodowe – co obecnie robią? Najwięcej widać je w czasie wyborów. W miarę funkcjonują w przedsiębiorstwach państwowych, których coraz mniej. Obecny wśród nas kolega dyrektor w prywatnej firmie przyznał, że u niego związków nie ma… widocznie u niego dobrze… Nawet strajków nie ma. A do tego pracownicy mają prawo. A niech by tylko spróbowali…

Cenzura? Jest, a jakże! Nawet jak ktoś ma własną telewizję, taki rząd na przykład… wtedy może sobie wprowadzać cenz… sorry, interpretować rzeczywistość według własnych przekonań, poglądów i idei. Małolat poniósł głowę znad grilla i oznajmił, że najgorsza cenzura jest w szkołach. Nic nie można powiedzieć, co jest niezgodne ze zdaniem nauczyciela,  księdza i dyrektora. Na szczęście obecnie jest internet. Tego wynalazku w sierpniu 80 nie przewidziano. Dziś są tacy, co ani z radia, ani z telewizji, ani tym bardziej z prasy nie korzystają. I postulat cenzury, sorry poglądów, ich nie dotyczy.

W sierpniu 80 walczono o zniesienie represji za przekonania. Jasne, dziś każdy może mieć przekonania, jakie chce, a najlepiej takie jak ten, co płaci za pracę. Wtedy pracę się ma. Przy kontrowersjach różnie bywa.

O, teraz to co mi się najbardziej podoba:” Zagwarantować automatyczny wzrost płac do wzrostu cen i spadku wartości pieniądza”. W tym roku moja emerytura wzrosła o 2, 80 zł. Oczywiście minimalna stawka godzinna też wzrosła, w związku z czym koleżanka, posiadająca kilka prywatnych sklepów, jeden zlikwidowała. I dobrze, problemów ma mniej, a urlop będzie teraz spędzać w Polsce. Gorzej z czwórką jej pracowników.

Kolejny postulat: „Realizować pełne zaopatrzenie rynku wewnętrznego w artykuły żywnościowe, a eksportować tylko i wyłącznie nadwyżki” – dziś rozbawia… No to pod ten eksport! Kieliszeczek! Buteleczka. Pal licho siatkarzy, przegrali kolejnego seta…

„Obniżyć wiek emerytalny dla kobiet do 50 lat, a dla mężczyzn do lat 55 lub zaliczyć przepracowanie w PRL 30 lat dla kobiet i 35 lat dla mężczyzn bez względu na wiek” … jak te czasy się zmieniły… dziś prezydent walczy o 60 i 65. Może poczuć się jak ci z sierpnia 80.

No dobrze, nie wspomnę zatem o poprawie warunków pracy służby zdrowia, zrównaniu rent i emerytur, zapewnieniu miejsc w żłobkach (co to jest żłobek? – zapytał małolat obsługujący grilla) i przedszkolach. Urlop macierzyński mamy – zatem sukces. Czas oczekiwania na mieszkania też został skrócony. Kto ma forsę i zdolność kredytową, ma mieszkanie.  Wolne soboty też są, a teraz walczymy o wolne niedziele. Ani słowa w postulatach o walce z bezrobociem.

„Dlaczego?” – odezwał się znowu małolat. Cóż, moje nastoletnie dziecko, wtedy bezrobocia nie było… Jak ktoś chciał pracować, to pracował. Kiedy po maturze nie dostałam się na studia, wiejskie szkółki otwierały przede mną swoje podwoje… bo dzieci było dużo, bo szkół też było dużo, a nauczycieli brakowało…

Siatkarze przegrali. Smutno się zrobiło.     

 

Świat mnie zadziwia….

400_F_35540819_pmZLWLRPO11YHXriocVegaQ8K11HStz7

Wiem, że stara już jestem. Wiem, że niektóre poglądy mam geriatryczne. Wiem, że świat się zmienia. Wiem, że nie nadążę za nim. I bardzo dobrze. Nie będę się na siłę odmładzać. Nie będę na siłę akceptować wszelkich nowości, po to tylko, by się młodym przypodobać. Jestem, jaka jestem. Mnie jest ze sobą dobrze. A jak komuś nie odpowiadam, to niech spada.

Współczesny świat wywołuje we mnie masę różnych nastrojów. Czasami jest to zachwyt. Kocham wszelkie nowinki techniczne. Taki telewizor 50 cali w domu… toż to kino! Taki telefon komórkowy … rety, moja mama pracowała na centrali międzymiastowej i nie myślała nawet o tym, iż jej zawód odejdzie do niebytu… O taki internecie już nawet nie wspomnę. Mając naście lat podziwiałam komputer marki Odra, który mieścił się w kilku pokojach. Dziś w domu nam … zaraz…ile takich cudeniek? Laptop, tablet, komórka… coś jeszcze by się znalazło? Aha, takie pudełko, co się zowie „ruter”. Nawet w kiblu, znaczy się w toalecie mogę „fejsować”.

Czasami świat jest cudowny. Młodzi ludzie zapraszają na swoje imprezy. Traktują z szacunkiem. Na urodziny przysyłają kwiaty. Życzą powrotu do zdrowia, jeśli ono szwankuje. Mówią „dzień dobry” na ulicy, chociaż człowiek był wrednym nauczycielem polskiego.

12642874_1095249063839279_3677035296562241037_n

Kibice i drużyna koszykówki Górnika Wałbrzych dla mnie… styczeń 2016

Czasami współczesność daje do myślenia. Mamy wolność. Pod każdą postacią. Wolne związki, nie tylko zawodowe, wolność słowa, wolność wyboru. I wybieramy, jakże często fatalnie, źle… Potem płaczemy, ubolewamy sami nad sobą. Obojętnie czy to w polityce, czy w związku erotyczno-miłosnym.

Czasami nie zgadzam się z rzeczywistością. Po tekście o przedszkolach i moim proteście, jakoby matka nie była w stanie dobrze przygotować malucha do życia, oberwałam od znajomych. Praktycznie wszyscy powiedzieli mi, że racji nie mam. Współczesny świat wymaga od człowieka, by jak najszybciej zaczął się uczyć pod okiem fachowców. W porzo, spoko. Jak mus to mus. Ale czy musi mi się to podobać?

Czasami świat mnie zadziwia. Spaceruję spokojnie z psem. Na alejce i na terenie miasteczka drogowego masa dzieciaków z rowerami, takimi z pedałami i takim bez. Radocha. Wrzask triumfujących okrzyków. Słowem – dziatwa bawi się. I wtem jeden malec przewraca się. Rowerek biegowy pod nim. Noga zablokowana. Ale co tam! Szybko wstaje, otrząsa się, pociera kolano i biegnie dalej. Kto pierwszy, ten lepszy! Ale oto na trasę wyścigu wpada babcia. Zatrzymuje malca i zaczyna wrzask: „ O Boże! Nic ci się nie stało? Nie biegaj tak szybko! Daj ten rowerek, bo się zabijesz przez niego!” Chłopczyk schodzi z trasy i zaczyna wrzeszczeć tym razem nie dla zabawy. Spazmatyczny płacz doprowadza babcię do wniosku, że jednak dziecku coś się stało. Zabiera go z placu zabaw. Pewnie do lekarza. Odchodzą, a dziecko wrzeszczy na całe osiedle: „ Ja chcie na lowelek! Daj lowelek!”. Cóż, babcia wie swoje.

Na jedno z osiedlowych drzew wdrapał się kolejny chłopak, tak ok. 10 lat. I oczywiście radośnie krzyczy z tego drzewa do kumpli pod drzewem. Jest prawdziwym bohaterem. Siedzi na gałęzi niczym Tarzan. Odważył się. Kumple biją brawo. Wraz z sąsiadem szybko oceniamy stan drzewa. Nie jest zbyt wysokie i ma solidne gałęzie. Dzieciak bez problemu sam zejdzie. Na wszelki wypadek dyskretnie idziemy w stronę drzewa. I wtedy dostrzega go mama. Wrzask na całe osiedle: „Siedź i nie ruszaj się! Zaraz przyjdę!” Przybiega pod drzewo i załamuje ręce. Co tu robić, co tu robić? Uspakajamy ją. Sam zejdzie, nie będzie problemu. Ale sytuacja robi się groźna. Mama wyciąga „komórkę”. Chce dzwonić na pogotowie – bo co będzie jak synek spadnie. Mało tego, do straży pożarnej też – trzeba wóz z drabiną, żeby dziecko zdjąć. A co dzieje się z dzieckiem? Siedzi teraz na gałęzi biedne i wystraszone. Nie wiadomo, czy z powodu strachu wywołanego siedzeniem na wysokości, czy z powodu histerii mamy. Na szczęście wraz z sąsiadem opanowujemy sytuację. Dajemy dziecku instrukcję, jak ma z tego drzewa zejść. Chłopak schodzi, ale już nie jest bohaterem na własnym podwórku.

Na trawniku leżą zwłoki kotka. Nie wiadomo, w jakich okolicznościach zginął. Dorośli omijają je ze wstrętem i odciągają dzieci. „Nie dotykajcie go. Może był chory” – informują. Są oburzeni, że ciałka nikt nie sprzątnął. Dzieci patrzą litościwie. „Tego kotka ktoś kochał. Może za nim tęskni?” – mówi mała dziewczynka. Starsza dodaje: „Narwijmy gałęzi i przykryjmy go…”. Dzieci przynoszą kilka gałęzi urwanych z okolicznych krzewów. Przykrywają kotka.  

Dorośli milczą.

Świat mnie zadziwia….  

Nadeszły igrzyska

ja na meczu

Od trzech dni świat wygląda jakby inaczej. Włączam internet. Rety, a co to na pierwszych stronach moich portali? Gdzie podziali się kochani politycy? Gdzie afery? Gdzie wzajemne obszczekiwanie? Gdzie grzebanie w życiorysach w celu znalezienia haka na tego czy tamtego? Niby są, ale tak jakby się wszystko zmniejszyło… Na niektórych samochodach małe chorągiewki. W sąsiednim bloku nawet flaga powiewa. Taka trochę stara, z nazwą piwa. Pytam się sąsiada, czy to z okazji wiadomej miesięcznicy. Puka się w czoło.

Przychodzi do mnie facet. Prosi o poparcie, bo kandyduje do Rady Nadzorczej naszej spółdzielni. Podpisuję. Niech ma. Uśmiecha się zadowolony. „Ogląda pani?”. Oczywiście, że oglądam. Nie musimy mówić, co oglądamy. Na ulicy wiele różnych rozmów. Ale jakieś inne. Młodzież wymienia nazwiska, nazwy państw. Okazuje się, że małolaty znają geografię. Reklamy w telewizji też inne. Takie weselsze.

Oczywiście wszystko to za sprawą Mistrzostw Europy w Piłce Nożnej. Jestem kibicem sportowym. Kocham przede wszystkim koszykówkę, ale innymi dyscyplinami sportowymi nie gardzę. Z radością daje się ponieść euforii sportowej z okazji różnych ważnych imprez. Jednym słowem lubię igrzyska. Im większe tym lepsze, bo dziennikarze mają czym się zająć. Odpuszczają sobie wówczas politykę lub szukanie na siłę afer społeczno – obyczajowych. Wiedzą, że lud częściej będzie szukał wiadomości z boisk niż informacji o mamach, które piją za 500+.

Z czasów, kiedy sama byłam dziennikarzem, pamiętam niedzielne kłótnie w redakcji. Dział sportowy zawsze miał za dużo materiału na jedną stronę. Walczyliśmy o dodatkowe kolumny.

Sięgając jeszcze dalej wstecz… Moja rodzina zaczynała czytanie gazet zawsze od ostatniej strony – tam były wiadomości sportowe. Niedziele wyglądały zawsze tak samo – idziemy na mecz. Kiedy w 1969 roku Górnik Zabrze walczył z AS Romą, w moim domu, przy 14-calowym telewizorze, siedziała grupa kumpli taty. Do dziś pamiętam słynne słowa komentatora Janka Ciszewskiego „Sprawiedliwości stało się zadość” wypowiedziane w niezwykłych okolicznościach…. Po rzucie monetą…Obejrzyjcie igrzyska mojego dzieciństwa….  

Tak, wtedy ulice wyludniały się, większość Polaków siadała przed telewizorami i nic poza piłką nie istniało. A przecież była to straszna komuna, w której żyli zniewoleni ludzie…. A mnie nawet teraz, oglądając ten fragment, łza się w oku kręci. Wspaniałe mecze, wielkie emocje i cudowny bieg po boisku polskich piłkarzy z biało-czerwoną flagą…

Świat wówczas też wyglądał inaczej. Zupełnie tak samo, kiedy w 1988 roku moi ukochani koszykarze Górnika Wałbrzych zdobyli tytuł Mistrza Polski …


http://www.rok1988.gornik.walbrzych.pl/

I uwierzcie, w tamtym roku miałam na głowie masę trudnych spraw, masę kłopotów, z którymi w pewnym momencie nie chciałam już walczyć. Sportowy sukces moich sportowców dodał mi wiary i siły. Pozwolił spojrzeć na wszystko spokojniej. I wygrać. W życiu. 

„Chleba i igrzysk” krzyknął kiedyś rzymski poeta Juwenalis. Oto rzymskie pospólstwo domagało się pożywienia i rozrywek. Organizowano więc nie tylko zabójcze walki gladiatorów. Były też publiczne uczty dla tysięcy osób, rozdawano chleb, zboże… Bo igrzyska – czytaj zabawa – są ludziom potrzebne. Może i nie rozwiązują problemów, ale pozwalają od nich na moment odpocząć, dodają sił, by je właśnie rozwiązać. Niech zatem igrzyska trwają!

Dla wielu osób, zwłaszcza młodych, międzynarodowe sportowe zmagania, w których bierze udział reprezentacja Polski, to coś więcej niż igrzyska. To ważny akcent patriotyzmu. Dziś moi młodzi kibice przywitali dzień na wiadomym portalu tym oto utworem:



Ale… jak to u mnie bywa… to temat na osobny felieton…

 

Ścieżki wydeptane

Park k

Puszcza Kampinowska – foto moje 

Na swojej działce – rekreacyjnej nie uprawialnej – przypominam tym, którzy nie wiedzą, wysprzątałam przyczepę campingową, zutylizowałam, poprzez spalenie, śmieci, skosiłam trawę, wyrwałam zielsko ze skalniaka, pokryłam impregnatem wiatę. Zmęczona zległam na huśtawce z piwem w dłoni. Dobrze mi, oj, jak dobrze… I tak zaczęłam mieć różne skojarzenia…

Przypomniała mi się na przykład historia z pewnym parkiem. Rosła sobie taka ekologiczna, zielona łąka w środku osiedla z wielkiej płyty i pustaka. Chodzili to ludzie z psami i nawet do głowy im nie przyszło, żeby sprzątać, bo łąka korzystała z naturalnego nawozu. Ale nagle ktoś uznał, że trzeba teren ucywilizować, czyli zrobić park, znaczy się posadzić drzewka, zasiać wysokiej klasy trawę,  zaasfaltować alejki i postawić kosze na psie odchody. Jednym idea się podobała, innym nie. Prace rozpoczęto. Zerwano ekologiczna warstwę łąki, zaczęto zwozić nową ziemię, czystą, bez psich kup. Potem ruszono do wytyczania alejek. I tu powstał problem. Najprościej było zostawić te, które chodzący od trzydziestu lat na spacery ludzie już wytyczyli. Skoro tak chodzili, to znaczy, że taka trasa jest odpowiednia. Proste i logiczne. A wcale, że nie. Architekt kazał wytyczyć inne, bo poprzednie nie mieściły się w jego koncepcji. Były niezgodne z artystyczną wizją, ba, wręcz burzyły ją. Ludziom trzeba pokazać, którędy mają chodzić.

Za ogrodzeniem mojej działki jest ekologiczna łąka. A gdyby tak usunąć warstwę ziemi, bo każdego tygodnia jest inna i nie wypełnia żadnej wizji artystycznej? Wprost przeciwnie. Tworzy chaos w głowie człowieka. Dziś coś kwitnie na biało, a za tydzień – na niebiesko. Człowiek przyjeżdża i nie wie, czy dobrze trafił.

łąka

Dobra, niech sobie rośnie. Porządek mam za siatką.

Drugie skojarzenie przy piwie na huśtawce dotyczyło Biegu Rzeźnika, który to odbywał się w Bieszczadach i o który to wybuchła wielka awantura. Trzeba było zmienić trasy, bo biegacze niszczą turystyczne szlaki. Z jednej strony – totalna bzdura. Poruszając zawsze się coś niszczy, takie opony na przykład lub taki asfalt. A potem trzeba taką autostradę odbudowywać. Może lepiej, żeby nie jeździły nią samochody? Dłużej będzie ładna, gładka, czarna… Poruszając się pieszo marszem lub biegiem też się niszczy. Zawsze myślałam, że tylko buty. A tu proszę, niszczymy matkę naturę, znaczy się przyrodę. Przypomniałam sobie kładki w dolinie Biebrzy. Strefa ścisłego rezerwatu, którą można było podziwiać jedynie z wysokości owej kładki. Można zatem chodząc niszczyć. Dlaczego zatem w Bieszczadach, w miejscach rezerwatu roślin, nie ustawiono takich kładek? Ludziska by wiedzieli, że teren ścisły i nie pchaliby się w łodygi unikalnej roślinki…

Druga sprawa to tłumaczenie, że biegnący lub szybko maszerujący człowiek dekoncentruje innego, który porusza się wolno i kontempluje krajobraz.

Po naszym osiedlu biega coraz więcej osób. Kiedyś mogłam psa luzem puścić i zwierzątko biegało od drzewka do drzewka. Dziś już nie. Biegacze poruszają się po chodnikach zwłaszcza po zmroku i pies im wyraźnie przeszkadza. No, szczeka na nich, spokojna ma naturę i nie lubi, jak ludzie gdzieś pędzą. No, dobra, biegacze przeszkadzają. Ale się nie czepiam. Naród chce biegać, niech biega. Bieg po zdrowie, bieg po zawał czy bieg rzeźnika, obojętne mi. Zmieniłam trasę wieczornych spacerów z psem.

Jakich szkód jeszcze mogą narobić w Bieszczadach biegacze? Wydeptać nowe ścieżki niezgodne z wizją archit…tutaj przyrodnika? Raczej nie. Oni biegają po tych wytyczonych. O, chyba słyszałam, że taki co biegnie na podeszwach butów zabierze część ziemi bieszczadzkiej ze sobą. Aha, kumam… Gdyby tak cała Polska ruszyła na ten bieg, to z gór i połonin nie zostałoby nic. Równina by się nam zrobiła w Karpatach.

Spojrzałam na swoją ziemie w postaci działki rekreacyjnej. Gdyby tak ludzie zaczęli mnie tu odwiedzać, przyjeżdżać, przybiegać… I tak tłumy by szły i szły, i szły… No nic by z mojej działki nie pozostało. Najpierw wytyczyliby ścieżki nieplanowane, a potem na butach i oponach wynieśli całą ziemię VI klasy…

Słonce mocniej przygrzało. Piwo się skończyło. Zaraz będzie grill. I następne piwo. Może pobawić się z psem? Tak zwyczajnie, normalnie po polsku spędzić czas, a nie wytyczać nowe ścieżki na łąkach czy biegać po połoninach…? Iść taką wydeptaną ścieżką?

Kto pracował za komuny?

łaka

 

Właśnie minął długi weekendy, Zielone Świątki… przed nami jeszcze Boże Ciało… w sumie to dni wolne od całkowitej pracy. Wielkopowierzchniowe sklepy, instytucje i urzędy zamknięte na cztery spusty. Wszystko na podstawie ustawy z dnia 18 stycznia 1951 roku o dniach wolnych od pracy i jej późniejszych zmian (Dz. U. z 1951r., 4, poz.28, z późn. zm.). Przynajmniej tak mówi wujek google. Dobra, zostawmy ustawy. Zwróćmy się w stronę tradycji. Tej najdawniejszej – socjokomuny, czyli po prostu mego dzieciństwa.

Mój tato, rachmistrz – księgowy,  w sobotę pracował do 14.00. Mama, telefonistka na międzymiastowej (taki już wymarły zawód) pracowała na zmiany. Zdarzało się również w soboty i niedziele. Po sobocie przychodziła niedziela, w którą mało kto pracował. Oczywiście z wyjątkiem służb specjalnych takich jak np. obsługa kina czy milicja.  Wszystkie sklepy były zamknięte. Naród ogólnie odpoczywał. Chodziło się na spacery, moja rodzina obowiązkowo na mecze, do kina na poranki, no i do kościoła oczywiście. Nawet my, dzieci nie mogłyśmy się bawić normalnie na podwórku. Ubierano nas po niedzielnemu i nie wypadało grzebać w piasku w pantofelkach i najlepszej sukience. Chyba wtedy zachowywaliśmy się jak dorośli, czyli rozmawialiśmy siedząc na ławce lub spacerując po podwórku.

Podobnie było w święta. Bez różnicy czy było to Święto Pracy czy Boże Narodzenie.

Naród świętował. Nikt nie pracował. Mama nawet obiad gotowała na dwa dni, żeby w niedzielę nie stać przy garach.

osir 1

foto – Hala OSiR Wałbrzych na przełomie wieków

Potem przyszła epoka wolnych sobót – raz w miesiącu. Wprowadził je towarzysz Gierek, stąd też nazwa „soboty gierkowskie”. I tak odkąd pamiętam, przeznaczano ją w moim domu na … gruntowne porządki. Sklepy pracowały krócej. A w niedzielę nadal były zamknięte.

W końcu nadeszła epoka wolnego handlu, wolnego przemysłu, wszystko według zasady „róbta, co chceta”. Rozkwitł ten pierwszy, wedle kolejnej zasady „Lepszy mały handelek niż duży szpadelek”. Sprzedający zauważyli, iż największy utarg mają w dni wolne od pracy. Naród, mając każdą sobotę wolną,  już nie tylko sprzątał, ale i zakupy odkładał na dzień ustawowo wolny. Rozrastały się targowiska. Na placach w miastach stawały auta z całym asortymentem spożywczym. W moim bloku był do tej pory jeden „spożywczak”. Dziś są cztery plus jeden „mięsny”. Nadal szło się do kościoła, a potem na zakupy. Nikt nie mówił o zakazie pracy w niedziele. Wprost przeciwnie. Pamiętam, że zachęcano, by wolny handel mógł się rozwijać zawsze i wszędzie. I tak by sobie to wszystko trwało, gdyby nie postęp, czyli sklepy wielkopowierzchniowe.

Też była radocha, jak zaczęły powstawać. Podziwiałam je najpierw w Warszawie, potem w Wałbrzychu. Rety, jak one mi się podobały! Człowiek chodził, zaglądał, podziwiał. Czasami cos kupił. Czasami nie…

A potem okazało się, że w tych sklepach to panują nieludzkie warunki pracy, bo trzeba zasuwać nawet w niedziele. Rozpoczęła się walka o całkowity zakaz pracy w dni ustawowo wolne od pracy. Wprowadzono kilka takich w roku. Trzy z nich właśnie minęły. Wydawać by się mogło, że naród świętował, odpoczywał. Poszedł do kościoła albo na mecz. Ubrał odświętnie dzieci i zakazał zabaw w piasku… sorry, tu czasy mi się pomieszały… teraz do piaskownicy rodzice chodzą z dziećmi właśnie w niedziele i święta.

W moim bloku czynne były dwa sklepy. Jeden na franczyzie, drugi prywatny. W sąsiadującym – na dwa – jeden, sieciówka z gadem. Jeszcze nieco dalej – proporcje podobne. Pełna parą pracowały stacje benzynowe oraz okoliczne bary, zwane pubami lub mordowniami. Galerie były co prawda zamknięte, ale cukiernie już nie. W Święto Pracy funkcjonowały targowiska, jak opisane przeze mnie wcześniej – targowisko przy Górczewskiej w Warszawie. Jadąc w Zielone Świątki do Warszawy (niedziela – na mecz se jechałam) trasą S8 podziwiałam odcinek między Ostrowią Mazowiecką a Wyszkowem w trakcie remontu. Większość maszyn stała spokojnie. Znalazła się jedna, która pracowała! Facet zajmował się korzeniami drzew wyrwanymi z terenu nowej „ósemki”. To jeszcze nie koniec. Tam, gdzie nie wyznaczono miejsca pod nową szosę, są jeszcze łąki. Widziałam na własne oczy dwie kosiarki. Nie, nie były zdalnie sterowane. Siedzieli w nich ludzie.

Rety, za komuny takich rolników to by ksiądz z ambony wyklął!

Pamiętam, jak za komuny żadna szanująca się pani domu nie robiła prania w niedzielę lub święta! A dziś proszę, zanim pojechałam na ten mecz do stolicy, wrzuciłam to i owo do pralki, po czym wywiesiłam na balkonie. Na innych też widziałam świeże pranie.

Pełna parą pracował handel internetowy. Sprzedałam stara bluzkę.

Za komuny nie do pomyślenia… za komuny dzień ustawowo wolny był świętem.

Teraz mamy wolność i świętuje ten, kto chce.

 

 

Po majówce….

kotek

I pewnie się spodziewacie, że zaraz będzie coś wesołego albo refleksyjnego, albo patriotycznego, albo robotniczego…bo to była majówka, która powinna się kojarzyć z wielkimi świętami, flagami, pochodami i przemówieniami… Nie, nie to już nie te czasy.

Kiedyś 1 Maja to był 1 Maja. Przed tą datą w szkole obowiązkowe lekcje o narodzinach święta, o sytuacji robotniczej przed lat, propagowanie hasła „Proletariusze wszystkich krajów łączcie się”, znaczy się jedność ponad podziałami narodowymi… (choroba, co mi to przypomina…). Barwny pochód przechodził główną ulicą miasta. Niektórzy twierdzą, że udział w pochodzie był obowiązkowy i karano tych, co nie szli. Bzdura. Popatrzcie na filmy z czasów paskudnej komuny. Większość ludzi stała wzdłuż pochodu. Marzeniem było zająć miejsce przy trybunie, na której stali ważni ludzie. Przed trybuną działy się bowiem ciekawe rzeczy. Były krótkie występy artystyczne, pokazy sprawnościowe. Niedbale idący ulicą ludzie tu prężyli torsy i dumnie prezentowali flagi polskie i bratnich narodów. Mieszkając w dużym ośrodku przemysłowym bardzo chciałam iść w pochodzie i reprezentować, ale jakoś nigdy mnie nie wybierano… Dopiero w mniejszej miejscowości poszłam. Ale co to był za pochód… Każda podstawówka szła… Było ich w sumie siedem… podczas gdy w dużym mieście ponad trzydzieści… Gdyby tak każda chciała osobno, nie zmieściłyby się w pochodzie…

Po pochodzie była akcja „stragany”. A na nich wszystko. Czego dusza pragnęła: korkowce, kapiszonowce (znaczy się pistolety), takie fajne kolorowe kulki z trocin, lusterka ze zdjęciem Winnetou, piszczałki i wszechobecne balony. Aha, i „starym” można było się urwać! Bo „starzy” świętowali przy obficie zastawionym stole, na których królowała „czysta” z czerwona naklejką. I naród się bawił. 

Dziś inaczej. Z reguły cztery, pięć dni wolnych. Już w piątek, 29 kwietnia, trudno mi było przejść przez ulicę. Wiadomo, przez miasto prowadzi trasa „ósemka” i w stronę Mazur przejeżdżały kolumny aut z warszawską rejestracją. Niektóre ciągnęły jachty na lawetach. Ja wyjechałam w sobotę rano. I to do Warszawy. Nie, nie w celu świętowania 1 Maja lub podglądania, jak świętują rządzący, opozycja, anarchiści czy komuniści. Mecze koszykówki dwa były, jeden w sobotę, drugi w niedzielę. Ważne. Legia grała z Sokołem Łańcut. W Legii gra dwóch chłopaków z mojej szkoły, z Łańcutem wiążą mnie wspomnienia turnieju koszykówki kibiców… Słowem dylemat – komu kibicować? Mecze wygrała Legia.

W niedzielę przed meczem zdążyłam jeszcze obskoczyć targ z antykami na Kole oraz targowisko przy Górczewskiej, gdzie było wszystko, co do życia potrzebne, zarówno stare jak i nowe. Nawet Świadkowie Jehowy stanęli tu ze swoimi książkami za darmo. Targowisko, jak zwyczaj warszawski nakazuje, ulokowane zostało na stadionie bliżej nieokreślonego klubu. Był to akurat 1 Maja i ludzie świętowali: jedni sprzedawali, inni kupowali. Ot, taka namiastka dawnych straganów.

Kolejny dzień długiego weekendu, znaczy się poniedziałek, też upłynął ciekawie. Syn nie pracował, więc pojechaliśmy na zakupy. Inni też wzięli wolne, bo w dużym markecie budowlanym panował ruch jak nie w poniedziałek. Kupiliśmy nie towar, który  planowaliśmy, ale znacznie lepszy. Promocja była.  Samochód typu „kombi” prawie przysiadł na parkingu. Radocha no nie! Było co świętować. Z tej okazji kupiłam sobie duże lody.

I wreszcie Święto 3 Maja… ostatni dzień długiego weekendu. To było prawdziwe świętowanie. Spędziłam go na swojej działce rekreacyjnej, daleko od szosy, pod lasem. Była piękna pogoda. Posprzątałam jedną trzecią przyczepy campingowej. Tę najważniejszą – część sypialną. Wyszorowałam „sławojkę”. Spaliłam śmieci. Skosiłam trawnik. Pokryłam impregnatem stół i huśtawkę. Opryskałam drzewka, żeby znowu robactwo nie zagnieździło się w liściach. Pobawiłam się  z psem. Zrobiłam pierwszego grilla…

Do domu wróciłam, kiedy w telewizji przebrzmiały już echa obchodów święta przez czynniki oficjalne. Zresztą szybko przełączyłam na kanał sportowy. Była transmisja z kolejnego meczu.

Dziś rano zdjęłam z balkonu flagę. W związku z moim wyjazdem, wisiała już od soboty. Drugą zawsze wywiesza sąsiad. Łopotały dwie, osamotnione, flagi przez majowe święta na naszym bloku jako dowód, że coś tam jednak patriotycznego czujemy, że coś nas jednak te święta obchodzą. Nie tylko jachty na Mazurach, grille czy mecze…

Ot, kiedyś były nakazy wieszania lub zdejmowania flagi. A dziś, kiedy można ja wieszać i zdejmować bez żadnych konsekwencji, jakoś naród nie kwapi się do korzystania z tego dobrodziejstwa. No, chyba, że jest się kibicem. Ci to potrafią flagę eksponować! Moja też jest taka kibicowka, bo na meczach ze mną bywa. Ale umiłowanie barw przez kibiców to osobny temat… 

Po prostu – FLAGA

kolonie przytok

uczestnicy kolonii letnich KWK „Wałbrzych” – Przytok k/ Zielonej Góry – 1969 r.

Wśród symboli narodowych najważniejszym jest flaga. Najważniejszym i najprostszym. Wystarczy tkanina w odpowiednich barwach, igła, nitka, kilka ruchów ręką i mamy narodowy symbol. Do flagi należy odnosić się z szacunkiem. I tak w zasadzie jest… nie będę się czepiała.  

 

Do napisania tego tekstu natchnęła mnie blogerka Ewa pisząc swój.

 
http://mojeroznepodroze.blogspot.com/2016/03/ceremonia.html#more

 Odżyły we mnie wspomnienia dzieciństwa związane z podobnym ceremoniałem.

Jako dziecko wychowane w PRL-u jeździłam na kolonie letnie. To taki relikt przeszłości, z którego korzystała za moich czasów większość ( i to zdecydowana) moich znajomych z podwórka i szkoły. Dostępne były praktycznie dla każdego, kto miał pracujących rodziców. ( Przypominam, wtedy bezrobocia nie było). O dawnych peerelowskich koloniach można by pisać i pisać…Pewnie jeszcze będę do nich wracała…Dziś o ceremoniale.

Otóż na koloniach letnich, na specjalnie przygotowanych placu, odbywały się apele.  Raz lub dwa razy dziennie, w zależności od zarządzenie kierownictwa. Na placu obowiązkowo znajdował się maszt, a na nim flaga w narodowych barwach. Rano była wciągania na maszt, wieczorem zdejmowana. Jeśli odbywało się to w czasie apelu, obowiązywał ceremoniał.

Jak wiedzą starsi, uczestnicy kolonii podzieleni byli na grupy. Każdego dnia inna grupa miała dyżur. Do jednego z obowiązków należało wystawienie pocztu flagowego do ściągnięcia lub wciągnięcia flagi na maszt. Członkowie pocztu musieli być nieco ładniej ubrani, a z tym na różnie bywało. Rodzice raczej nastawieni byli na zniszczenie przez potomstwo ubrań podczas pobytu na koloniach, niż na modne ich ubranie. Koloniści czasami pożyczali sobie coś „eleganckiego”, dziewczyny spódniczki, chłopcy koszule… W każdym razie w krótkich spodenkach, bez względu na płeć, nie można było wystąpić w poczcie flagowym.

Apel prowadził przewodniczący samorządu kolonijnego. Było „Kolonia baczność! Poczet flagowy do wciągnięcia (ściągnięcia) flagi wystąp!” Trójka dzieciaków równym krokiem ( oj, trzeba było się tego nauczyć…) podchodziła do masztu i wykonywało nakazaną czynność.

I, o ile skleroza mnie nie myli, wtedy padała komenda: „Do hymnu!” i śpiewaliśmy hymn. Kolonijny.

Z hymnem było tak: w ciągu dwóch, trzech pierwszych dni każda grupa musiała nauczyć się piosenki. Potem, przez następne dwa dni, na apelu wykonywano piosenki. Ta, która uzyskała najwięcej braw, zostawała hymnem kolonii. (hi hi, ciekawe jakie dziś utwory byłyby hymnami 8-)  ). Wśród zapamiętanych przeze mnie były piosenki o starym namiocie, szlagier z „Czterech pancernych….”, coś o morzu…

Wracajmy do ceremoniału. Flagę ściągano z masztu, składano i przekazywano kierownictwu kolonii (chyba, bo znowu skleroza). Składano ją niemal tak dokładnie, jak robią to amerykańscy żołnierze, a wtedy jak wiadomo o takowych zwyczajach zgniłego zachodu nie mieliśmy pojęcia.

O tamtym ceremoniale mogę dziś powiedzieć jedno – to właśnie on nauczył mnie znaczenia i szacunku dla narodowych barw. Nie, nie szkoła. Jakoś wszystkie szkolne uroczystości związane z flagą zniknęły z mej pamięci. Kolonijne zostały. Czy rzeczywiście, jak twierdzą niektórzy, takie wakacyjne ceremoniały były propagandą „komuny”? Przecież na maszt wciągaliśmy biało-czerwoną, przecież staliśmy na baczność przed biało-czerwoną!

Kiedy sama zostałam nauczycielem oczywiście uczyłam dzieciaki narodowej symboliki. Ale podczas oficjalnych imprez głównie pilnowałam uczniów, by odpowiednio zachowywali się. Na wzruszenia nie było miejsca. Dopiero w 2009 serce mi zadrżało.

W tymże roku w Polsce odbywały się Mistrzostwa Europy w Koszykówce Mężczyzn. Jako zapalony kibic pojechałam na jeden z meczów, do Łodzi. Kupiłam swą pierwszą w życiu flagę. I trzymając ją w górze, wraz z dziesięcioma tysiącami innych kibiców śpiewałam hymn narodowy. Drżenie głosu, łza w oku….

folder 5

Eurobasket 2009 – Łódź

Ale to już temat na nowy tekst…  

  

 

 

Wielkie nagrody

poeta

W pewnym zwykłym (ok. 60 tys. mieszkańców) mieście sportowa drużyna gimnazjalistów zdobyła tytuł „Drużyny Roku”. Za to wyróżnienie otrzymała nagrodę od władz miasta – 10 piłek do uprawianej przez nią dyscypliny sportu. Piłki widoczne na zdjęciu, umieszczonym w miejskim portalu, kosztują od 90 do 120 zł. Łatwo obliczyć, ile „miasto” zainwestowało, przepraszam, ile kosztowało je podziękowanie młodym sportowcom za sukcesy owe miasto promujące.

Kiedyś jedna z polskich pływaczek narobiła szumu w związku z nagroda za miejsce na podium w postaci 200 zł. Opowiadała potem, ile trudu kosztuje ją trening, ile forsy trzeba dać za sprzęt sportowy i co może kupić za nagrodę – okularki do wody.

Moja koleżanka otrzymała nagrodę w konkursie poetyckim – tablet. Identyczny widziała w „Biedronce” za 150 zł.

I właściwie, czego ja chcę się przyczepić?

Piłki z „miasta’ trafiły do szkoły, a jak wiadomo szkolnictwo jest bardzo niedoinwestowane, a taki zastrzyk ponadprogramowy od władz mocno i wyraźnie poprawi stan sprzętu sportowego w szkolnym magazynku. Skorzysta z niej również młodzież, która wcześniej zdobyła kilka znaczących medali na różnych imprezach. Dobrze, nie wszyscy… część już opuściła szkolne mury, bo gimbazę skończyła. Ale ogólnie wszystko gra. Młodzi sportowcy nagród indywidualnych nie dostali, wszak stanowią drużynę. Dla nich, jeszcze niezdeprawowanych komercją i materializmem, najważniejszą nagrodą były zwycięstwa i możliwość uprawiania sportu, stworzona oczywiście przez „miasto”. Gdyby nie sala gimnastyczna, szkolne boisko i zatrudnienie nauczycieli, nic z sukcesów sportowych by nie wyszło. A poza tym młodzież powinna biegać i skakać, to konieczne dla prawidłowego rozwoju. Zamiast siedzieć przy kompie, jak ja teraz, pobiegali trochę po boisku. Aha, szóstki z wuefu też każdy dostał.

I czego ja się czepiam?

Jeśli chodzi o pływaczkę, to ta już powinna znać prawa rynku. Żeby coś zdobyć, trzeba najpierw zainwestować. Ktoś wykłada duże pieniądze, żeby mogła bezpłatnie trenować na basenie. A ile normalnego człowieka kosztuje wejście na basen? Ktoś zatrudnia trenera, ktoś opłaca ową wodę w basenie, prąd w szatni… Ktoś już inwestuje w obiecującego sportowca, a ten marudzi, że kąpielówki nowe musi se kupić… Niech też zainwestuje w siebie, wykorzystuje stworzone mu warunki, walczy, wygrywa, a potem forsa sama mu będzie wpadać do kieszeni. Będą reklamy, będą wywiady, wizyty w zakładach pracy.

I czego ja się czepiam?

Poeci to podobny temat. Siedzi taki w domu, pisze długopisem, ołówkiem lub klika w klawiaturę. Za kołnierz mu nie pada, wysiłku żadnego. Czasami spojrzy w okno, by muza na niego spłynęła… Jaka praca, taka nagroda. Poza tym tablet taki zły nie był. Pożyczyłam od koleżanki w czasie choroby, kiedy laptop był za duży do klikania podczas leżenia w łóżku.

I czego ja się czepiam…

Niby niczego… tu 1000 zł, tu 200, tu 150… Nie widziałam, żeby takie sumy chodziły swobodnie po ulicy. Człek, jak znajdzie na chodniku złotówkę, to się cieszy. Ba, złotówkę… 50 gr też pieniądz!

I dochodzę do sedna sprawy…

Ostatnio zaproszono mnie na oficjalną imprezę z udziałem ważnych ludzi. Wśród wielu tematów pojawił się również wątek wartości pieniądza. Przy szwedzkim stole padały takie sumy, że mój emerytalny umysł nie ogarniał. Ktoś właśnie stwierdził, że jako szef firmy dał sobie podwyżkę i teraz zarabia ponad 10 tys. Prawnik poinformował, że dostał nowa pracę na pół etatu i skosi kolejne 5 patyków. Pani pochwaliła się innej pani, iż kupiła córce mieszkanie, bardzo tanio, bo za 130 tys. No pewnie, że tanio. W Warszawie przedpokój tyle kosztuje. Próbowałam przebić się z tematem wartości pieniądza w wydaniu zusowskim. Szybko mi uświadomiono, że przecież emeryci każdego roku dostają podwyżki i zupełnie nie wiadomo, dlaczego ciągle narzekają. Jak się nie chce pracować, tylko siedzieć na emeryturze, to się nie ma forsy. I tyle.

I tak sobie przeanalizowałam nagrody. Drużyną już nie będę i nie dostanę piłek za całe 1000 zł. Pływaczką też nie. Może zatem skrobnę jakiś wiersz? Może wygram jakiś konkurs, dostanę tablet lub książkę… a potem sprzedam. A co, wolno mi będzie!  

 

Warszawa weekendowo

 

na bloga pierwsze

Dziś nie będzie donosu ani rozważania, ani kazania, ani tematu do dyskusji. Dziś będzie sprawozdanie. Na dodatek z Warszawy.

Za stolicą nie przepadam. Znajduje się ona 150 km ode mnie, mieszka tam bliską koleżankę, zatem zwiedzanie obowiązkowych zabytków, tudzież wizyty w drogich teatrach mam za sobą. Teraz jeżdżę tam „z okazji”, czyli cel mam jasno określony. I chyba właśnie to sprawiło, że Wawa traktuje mnie zdecydowanie łagodniej niż podczas wyjazdów turystycznych.

Pod koniec upalnego lata dotarłam samochodem osobowym z wiadomego portalu na pętlę autobusową na Bródnie. Z pewną taką nieśmiałością podeszłam do budynku przeznaczonego dla kierowców komunikacji miejskiej i zapytałam o możliwość skorzystania z toalety. Starszy pan otworzył mi damską!

Trafiłam też do kawiarenki dla dzieci. Popijając kawę, wysłuchałam przebojów z dzieciństwa moich dzieci. Był „Zając Poziomka”. „Zuzia lalka nieduża”… Na dworcu Warszawa Wschodnia młodzi ludzie z uśmiechem udzielali informacji w kilku językach. Nawet upragniony deszcz spadł!

Minęło trochę czasu i ponownie pojechałam do Warszawy. Za całą złotówkę i 10 groszy. Nie wierzyłam, że reklamowane na autobusach bilety za 1 zł istnieją. Są. Potwierdzam.

Pierwszym punktem i główną przyczyną, dla której zjawiłam się w stolicy był mecz koszykówki (wiadomo, kibol ze mnie). Koszykarze pierwszoligowej Legii po dwudziestu miesiącach błąkania się po warszawskich salach gimnastycznych, wreszcie doczekali się powrotu do swojej wyremontowanej hali na Bemowie. Grali z Nysą Kłodzko, które to miasto jest …. po Wałbrzychu, moim drugim rodzinnym miastem. Komu kibicowałam? Moja sprawa.

Jak wyglądała inauguracja rozgrywek na Bemowie? Całkiem nieźle. Przybyło sporo miejsc siedzących. Pojawił się też sektor rodzinny. Ludzie – takiej gromady dzieciaków to ja jeszcze na żadnym meczu w żadnej hali sportowej nie widziałam. Były grupy zorganizowane, były całe rodziny. Podczas przerwy na boisko wylała się całkiem spora szkoła podstawowa z oddziałami przedszkolnymi włącznie. I to takimi sprzed planowanej ponownie reformy szkolnictwa. Widok był niesamowity.

na bloga sektor

Od razu przypomniał mi się pobyt w Suwałkach na meczu siatkówki. W tamtejszej hali, za specjalna siatką, znajduje się plac zabaw dla dzieci. Jest mała zjeżdżalnia, stoliki, krzesełka, zestaw zabawek. Można? Można.

Pojawiły się też ciekawe cheerleaderki. Młodziutkie dziewczęta od pierwszego występu przykuły moja uwagę. Były bardzo stremowane, wszak debiutowały. Równocześnie prezentowały układy taneczne inne niż te, które znam w wykonaniu pozostałych zespołów występujących w przerwach między grą. Z reguły oglądam mecz i na dziewczynki uwagi nie zwracam, ale w tych „na Legii” było coś nowego, świeżego i oryginalnego. Sprawa się rozjaśniła, kiedy zobaczyłam, kto zajmuje się grupą – gwiazda programu „Taniec z gwiazdami – Robert Kochanek. Nawet sobie z nim pogadałam. Całkiem normalny facet, który chyba się ucieszył, że ktoś zauważył, iż jego dziewczęta prezentują coś nowego…

Ale oczywiście przysłowiowa łyżka dziegciu być musi. Z ulubionego przeze mnie tematu. Pytam pana z ochrony, gdzie toaleta. Wzrusza ramionami i każe zapytać innego pana. Ten patrzy na mnie i wrzeszczy: „Na zewnątrz są toy toyki!”. Już mnie język zaswędział i miałam odwrzeszczeć w stylu pseudo kibica, ale ze względu na obecność dzieci zacisnęłam zęby i przez te zaciśnięte syknęłam: ”Pan chyba żartuje! Starszą panią wysyłać do toy toyki”. Na szczęście pojawiła się ochroniarka, czyli pani i wskazała drogę do toalety. Wiodła ona niestety przez sektor vipowski, tak jakby toalety były tylko dla VIP. Po prostu – remontując halę nie pomyślano o dobudowaniu kilku wiadomych miejsc z przeznaczeniem dla kibiców…Na szczęście dzieci zweryfikowały sektor vipowski. Też im się chciało. Pozwolono nam łaskawie wchodzić i wychodzić  … wejściem dla zawodników.  

Następnego dnia wraz z koleżanką i jej mężem spacerowaliśmy po Puszczy Kampinoskiej. Był piękny słoneczny dzień, a ludzie w puszczy niezwykle przyjaźnie nastawieni do wszystkich i wszystkiego. Pozdrawiali się wzajemnie, uśmiechali. I nieważne, że zgubiliśmy się i zamiast dwóch godzin, spacerowaliśmy trzy.

na bloga puszcza

 Oglądaliśmy też świąteczne iluminacje na Starówce. Ulice Krakowskie Przedmieście i Nowy Świat zostały zamknięte dla aut. Swobodnie można było chodzić po podwójnej linii patrząc w górę na migające światełka. Zrobiło się świątecznie… 

ba bloga ulica