Pech maksymalny czyli komunikacja zastępcza

skm-450

Zaczęło się od tego, że na znanym portalu nie było żadnych sensownych ofert przejazdu na trasie od mego miejsca zamieszkania do Ustki. Nie miałam wyjścia. Zostałam więc zmuszona do jazdy naszym ukochanym PKS-em. Syn postanowił osobiście wsadzić mnie do autobusu. Żeby mieć pewność, iż ma wolną chatę oczywiście. Na dworcu ujrzeliśmy spory tłumek. Czyżby wszyscy do Ustki? „Nie, większość to odprowadzający” – machnął ręką. Ale mina mu zrzedła, kiedy na dworcu pojawił się autobus relacji Białystok – Kołobrzeg. Był praktycznie pełny. Kierowca od razu krzyknął „Zabieram tylko bilety internetowe!”. Syn spojrzał z wyrzutem na mnie. Ja pokornie opuściłam uszy. Nie mam, nie kupiłam. Dlaczego? Nie wiem. Kto przypuszczał, że akurat wtedy kiedy ja, to i inni chcą nad morze?

Wróciliśmy do domu. Szybko internet, sprawdzanie połączeń. Najpierw znany portal. Jest oferta do Gdańska, ale z małym bagażem. No właśnie, po co mi duży bagaż – prawie zapytał syn. Człowieku, ja nad morze na dwa tygodnie! Pozostał PKS… Tym razem bilet przez internet. Żadnego ryzyka.

Pobudka skoro świt. Autobus odjeżdża punktualnie. Potem normalka czyli toaleta w autobusie jest, dostępu do niej brak. Pierwszy dłuższy postój w Olsztynie, drugi w okolicach Elbląga.

Wreszcie Gdańsk. Szybko wysiadam, chwytam duży bagaż i pytam jak na perony słynnej trójmiejskiej SKM-ki. Wpadam do holu i nagle …. schody. Ruchome. Jazda w dół. Niespotykaną w siebie siłą woli pokonuję lęk wysokości i zjeżdżam. Wszak za piętnaście minut mam pociąg do Słupska. Nie mam. Pani w kasie mówi, że dopiero o 16-tej, bo są jakieś roboty na trasie, ale mogę spróbować na normalnym, znaczy się dalekobieżnym dworcu, może coś jest. Schody ruchome w górę. Nie ma nic w stronę Słupska. Może jednak PKS? Ciągnę duży bagaż w stronę holu autobusowego. Też nic.

Spoko, w porzo, do szesnastej zwiedzę dworzec. Nie ma co zwiedzać. W holu głównym są takie druciane krzesła. Kto wypatrzy wolne – szybko siada. Odpuszczam. Kupuję kawę z automatu i korzystam z prawa wyboru – jedna sieciówka czy druga, obie z fast foodem…. I tu i tam tłum tych, co się nie załapali na druciane krzesełka. Trudny wybór. Prawie taki jak ten polityczny, co niedługo będzie. Dokonuje głosowania. Teraz kolejna karta – co wybrać z oferty, żeby jak najmniej się struć? Stojący obok mnie facet też ma taki sam problem. Nie wolno podpowiadać. Podczas głosowania trzeba decyzje podejmować samodzielnie. W końcu siadam, konsumuję, notuję, sprawdzam pocztę w „komórce”.

Potem ruszam na oznaczony peron. Podjeżdża SKM-ka z napisem „Słupsk”. Czuję się już jak bym była w pensjonacie w usteckim porcie…

I to był mój błąd.

W pociągu dowiaduję się, że na trasie jest komunikacja zastępca, bo rzeczywiście ktoś coś na tych torach robi, a połączenie ze Słupskiem wskazane mi przez internet rzeczywiście było, tyle tylko, że pod nazwą Wejherowo, bo tam jest ta zastępcza. Po jakiego… ja ciągałam się z dużym bagażem po gdańskim dworcu? A tak w ogóle to skąd ludzie wiedzą, że coś zastępuje drugie coś, skoro na dworcu nikt nic nie wie? A jednak pasażerowie wiedzą, chociaż nikt niczego przez dworcowe megafony nie ogłaszał.

Ruszamy. W Wejherowie dziki tłum wyskakuje z pociągu i szturmuje autobusy stojące przed dworcem. Wszyscy wsiadają do pierwszego z brzegu. Ja też. Bagaż zaczyna mi coraz bardziej ciążyć. I wtedy kierowca wrzeszczy, że wszyscy mają usiąść, bo on na stojąco nie zabiera. Przeciskam się na wolne miejsce prawie taranując ludzi wokół swoją torbą.

Docieramy do celu, ludziska klną na mnie, bo tym razem, wolno przemieszczając się, tarasuję wyjście, a ludziska chcą jak najszybciej do pociągu.

W końcu jedziemy. Jest Słupsk! Wysiadam, jeszcze kilkanaście metrów i przystanek autobusów do Ustki. No nie, tak dobrze nie ma. Ulica, przy której od niepamiętnych czasów był przystanek, jest w remoncie. Trzeba pokonać trasę dwóch przystanków.

Łapię oddech i klnąc na prezydenta miasta, że robi jakieś remonty właśnie wtedy, kiedy ja przyjeżdżam do Ustki, ruszam. Dochodzę. Zerkam na rozkład. Od razu widzę, że liczba kursów do Ustki została znacznie ograniczona. Rozumiem, że po sezonie, ale ….cholerny duży bagaż!

Wreszcie po dwunastu godzinach docieram do swojej kwatery. Oglądam jeszcze nieszczęsną czwartą kwartę meczu naszych koszykarzy z Hiszpanią. Przegrywamy. To było do przewidzenia. Jak pech to pech.

Stać mnie jeszcze na jedno…. Schodzę w kapciach do tawerny, będącej elementem „mego” pensjonatu.

Ostatkiem sił przy barze składam zamówienie: „Podwójną wódkę z lodem i cytryną proszę”

baltyk-wodka