Jesień… po prostu…

jesienne zabawy.

Ze wszystkich pór roku najbardziej lubię właśnie jesień. Niektórzy się dziwią, bo ponoć jesienią człowiek wpada w depresję. Może inni, ja nie. Wiosny i lata nie lubię. To znaczy mój organizm tych pór roku nie toleruje.

Wiosną odzywają się wszystkie moje alergie, a to na pyłki takich roślin, a to na zapach drugich i w ogóle kwitnąca łąka jest moim wrogiem. Wystarczy, że dozorca skosi wiosenną trawę przed blokiem, a ja już kicham, kaszlę i płaczę. Na szczęście medycyna potrafi trochę mi pomóc. Od kwietnia do października łykam tabletki i funkcjonuję. Nie do końca tak jak bym chciała, bo leki mające działanie antyhistaminowe, usypiają mnie.  Łażę zatem czasami zaspana, ziewająca i wcale nie chce mi się zachwycać kwieciem, co pachnie.  O, wtedy mam depresję i nerwicę równocześnie.

Latem alergia co prawda staje się mniejsza, ale przychodzą upały. Mój organizm też ich nie toleruje. Temperatura powyżej plus 25 to dla mnie istny horror. Człek pije olbrzymie ilości wody, herbaty z cytryną lub miętą, je sałatki i owoce, a tu żadnej zmiany. Płyną ze mnie hektolitry potu, a podczas spaceru z psem ludzie pytają, dlaczego zaraz po wyjściu spod prysznica, wyszłam na powietrze. Włosy też mam bowiem mokre. Znowu depresja i nerwica.

Kiedyś najbardziej lubiłam zimę. Ale od kiedy jej prawie nie ma, przerzuciłam się na jesień.

Gdy się zaczyna, najpierw jak już wiecie, jadę nad morze. Po powrocie na swoim blokowisku zastaję kolorowy świat. Idealnie wpasowuje się w niego moja sunia. Ma na sobie kolory jesieni. Zaczynamy nasze długie spacery wśród żółtych liści, czerwonej jarzębiny, bordowych krzaków, brązowych drzewek i … zielonych świerków. Najczęściej świeci słońce. Długość dnia jest odpowiednia, bo to i wyspać się można, a pierwsze przymrozki w słoneczne dni, powodują, że wschód słońca też można zobaczyć. Wieczorem też warto wyjść na spacer, niebo bywa niesamowite. Niby tak samo czyste jak w upalne, słoneczne dni, ale bardziej ostre, przejrzyste… i człowiek się nie poci.

Bo latem, cokolwiek bym nie założyła lub zdjęła, temperatury nie obniżę. A jesienią zawsze mogę ją dostosować do siebie – po prostu odpowiednio się ubrać.

Kiedy już przychodzi listopad, grudzień i dni stają się bardziej deszczowe, też mam swoje zajęcia. Oczywiście, że dużo czytam. W mojej bibliotece jest półka z napisem „Uwolnij książkę”. Można tu przynieść książki, które przeczytało się i wziąć sobie takie, których się nie czytało. Nie jest to najnowsza literatura, szlagiery i bestsellery. To z reguły stara i mniej znana twórczość mniej znanych i w ogóle nieznanych pisarzy. I w tym tkwi jej urok! Czasami naprawdę można trafić na super książkę, której zapewne nigdy by się nie przeczytało, bo o jej istnieniu mało kto wie…

Ale w tym roku jesienią zaszalałam.

Zaczęło się to nad morzem. Po wielu latach zmieniłam dostawcę internetu. „Przeszłam” na taki, co to można zabierać ze sobą. Dobrodziejstwa małego urządzenia odczułam w pewien deszczowy dzień.

Skoczyłam właśnie czytać „Ostatniego Mohikanina” Coopera i postanowiłam natychmiast porównać książkę z filmem. Ten drugi jakoś zatarł się w mej pamięci. Był dostępny w sieci. Włączyłam. Przytulona do poduszki, na moim małym laptopie, obejrzałam jeden z najciekawszych wyciskaczy łez. Kolejnego dnia, kiedy zmęczona uprawianiem sportu, padłam na łóżko, a w telewizji nie było nic ciekawego, włączyłam kolejny film. Rozmarzyłam się… film na zawołanie…w jesienny deszczowy wieczór… na własnym telewizorze… tym bardziej, że kino w moim mieście w remoncie…

Nie, nie, telewizora nie wymieniłam. Mój nie taki stary i jeszcze działa. Dokupiłam urządzenie łączące się z moim domowym wi fi. I mam radochę na jesienne dni!

Bo tak na serio to ja kocham kino. Pochodzę wszak z pokolenia, które w każdej dzielnicy kino miało. W rodzinnym Wałbrzychu było ich siedem. W mojej dzielnicy Nowe Miasto była „Oaza”. Ile to wspaniałych filmów obejrzałam jako dziecko, potem jako młodzież…  Z iloma filmami wiążą się super wspomnienia… Pamiętam „Złoto dla zuchwałych”… film oglądany razem z mamą… „Wielką majówkę”, która była głosem zbuntowanej młodzieży w stylu „olać to wszystko!”… a „Pollyanna”?  „Gdzie jest generał”? I tak można by wymieniać bez końca.

Kiedy nastała epoka video, od razu kupiłam, nie, nie jakiś tam odtwarzacz, u mnie był magnetowid. Film oglądany w telewizji trzeba było nagrać, by mieć go pod ręką i w każdej chwili obejrzeć. Kolekcji kaset nie likwiduję. Tak samo jak płyt dvd, bo odtwarzacz też mam. Teraz przyszedł czas na kolejny wynalazek.

Tak więc jesienne szarugi mogą do mnie przyjść. Nalewki nabierają mocy, nowe książki z biblioteki czekają, lista filmów do obejrzenia powstaje. Ciepła ortalionowa kurtka z kapturem już wisi w przedpokoju, bo pokój trzeba przewietrzyć, na powietrze z pieskiem wyjść. Może czasami kogoś na seans zaprosić?

Jesienią nie myślę o depresji. Jesienią dobrze się bawię.   

NBA, Magic Johnson i kasety video

earvin-magic-johnson_pictures4_us_1-778x1024

 

foto internet

Choroba niczego i nikogo nie wybiera. Atakuje i powala. W poniedziałek w samo południe czułam, że coś się do mnie dobiera. Wieczorem byłam tego pewna. We wtorek z rana ledwo zawołałam psa. Katar opanował mój nos. A znając swój organizm od ponad pół wieku, wiedziałam, że opanuje on także moją krtań. Iść do lekarza? Po co? I tak nie przyjmie mnie w pierwszej kolejności, trzeba będzie swoje odstać, a może jeszcze prosić, by w ogóle przyjął… A jak przyjmie to przepisze antybiotyk. Oczywiście za dwa dni będę zdrowa, pozornie oczywiście, bo anty rozwali mi wątrobę, żołądek i uodporni na inne anty. W sumie emeryt ze mnie, mam czas i mogę sobie pochorować. Obejrzałam stan apteczki. Lekomaniakiem nie jestem, zatem dostrzegłam w niej braki. Na klawiaturze wystukałam receptę i wysłałam do syna, żeby wykupił. Czosnek i cytrynę też.

Po południu nie byłam w stanie wydusić z siebie słowa. W domu zaległa cisza. Mogłam rozpocząć chorowanie.

Wzięłam do ręki książkę. Nic z tego. A więc…. A może… tak dawno nie włączałam…

Na półce starannie odkurzane stoją moje kasety video. Nie jakieś tam kupione z jakimiś pornolami. Własnoręcznie nagrane. Filmy, które lubię i mecze koszykówki… bo ja kibol od koszykówki jestem…

Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam „domowy” magnetowid, wiedziałam od razu, że muszę go mieć. Nie byle jaki odtwarzacz, bardzo popularny wówczas w naszych domach, ale prawdziwe video. Takie co to nagrywa, zwalnia, przyspiesza. Podobnie było z anteną satelitarną. Kupiłam polską marki „Diora”. Mogłam oglądać i nagrywać mecze amerykańskiej ligi koszykówki, po prostu NBA.

Img

 

foto internet

Pierwszy nagrany przeze mnie mecz okazał się wyjątkowo historyczny. To finał turnieju „McDonald’s Open  w Paryżu w 1991 roku… Zatem włączamy historyczną kasetę video na moim drugim w życiu, liczącym sobie blisko piętnaście lat, magnetowidzie…

Mecz transmitował „Eurosport”, dopiero po kilku tygodnach godzinny skrót pokazała polska telewizja. Mam nagrane obie „wersje”. Na boisku spotkały się zespoły Los Angeles Lakers i Juventut Badalona. Na parkiecie polski akcent – sędzia Wiesław Zych ( do dziś komisarz polskiej ligi).

Łza w oku się kręci… To nic, że kaseta trzeszczy, winyle też wydają swoje pomruki… na boisku dobra stara koszykówka, taka jaką lubię, efektowne akcje, wsady, dużo punktów…no dobrze, wiem, że obrona kiepska, ale skoro gra ma polegać na wrzucaniu piłki do kosza, to trzeba ją wrzucać!

W drużynie z Los Angeles najjaśniej błyszczy gwiazda Magica Johnsona. I właśnie ze względu na niego ten mecz ma historyczną wartość. Tego samego miesiąca słynny koszykarz ogłosił, że jest nosicielem wirusa HIV … Co takie oświadczenie oznaczało dwadzieścia pięć lat, wiedzą tylko ci, co wtedy żyli. Nosicielstwo było utożsamiane z zachorowaniem na AIDS. Słychać to wyraźnie w polskim komentarzu do meczu. Dostojny głos Włodzimierza Szaranowicza informuje o chorobie, podczas meczów NBA wszyscy modlą się o zdrowie dla Magica, bo mecz w Paryżu był ostatnim meczem w jego życiu… Słowem – prawie wówczas faceta pochowano.

Tymczasem Johnson na parkiet powrócił. Zagrał na Igrzyskach Olimpijskich w Barcelonie w 1992 roku. Żyje do dziś. Ale to, co uczynił swoim przyznaniem do zarażenia się wirusem, było w 1991 roku prawdziwą rewolucją. Otworzyło drogę do dyskusji społecznych na temat AIDS. Dziś ludzie wiedzą zdecydowanie więcej na temat wirusa, choroby, medycyna też poszła do przodu. Od tamtych lat mieliśmy inne choroby, które zawładnęły na jakiś czas naszą świadomością.

Na kolejnej kasecie Magic gra właśnie na igrzyskach. Ludzie witają go owacjami. Jest bohaterem. Przyznał się do czegoś, co uznawano za dżumę swych czasów. Amerykański zespół, zwany „Dream Team’em”, w finale pokonuje Chorwację

Co jeszcze jest na starych kasetach? Mecze polskich koszykarzy w Wałbrzychu, Białymstoku, taki mecz Północ – Południe też mam. O, i siebie mam! Właśnie udzielam wywiadu osiedlowej telewizji. Na temat szkolnego sportu mówię w bluzie z logo „Lecha”… piwa. Nikt wówczas nie zwracał uwagi na takie drobiazgi.

I tak przez kilka dni, w milczeniu spowodowanym zapaleniem krtani, pomiędzy inhalacjami i ssaniem tabletek, przeniosłam się w przeszłość…Warto czasami pochorować…