Po majówce….

kotek

I pewnie się spodziewacie, że zaraz będzie coś wesołego albo refleksyjnego, albo patriotycznego, albo robotniczego…bo to była majówka, która powinna się kojarzyć z wielkimi świętami, flagami, pochodami i przemówieniami… Nie, nie to już nie te czasy.

Kiedyś 1 Maja to był 1 Maja. Przed tą datą w szkole obowiązkowe lekcje o narodzinach święta, o sytuacji robotniczej przed lat, propagowanie hasła „Proletariusze wszystkich krajów łączcie się”, znaczy się jedność ponad podziałami narodowymi… (choroba, co mi to przypomina…). Barwny pochód przechodził główną ulicą miasta. Niektórzy twierdzą, że udział w pochodzie był obowiązkowy i karano tych, co nie szli. Bzdura. Popatrzcie na filmy z czasów paskudnej komuny. Większość ludzi stała wzdłuż pochodu. Marzeniem było zająć miejsce przy trybunie, na której stali ważni ludzie. Przed trybuną działy się bowiem ciekawe rzeczy. Były krótkie występy artystyczne, pokazy sprawnościowe. Niedbale idący ulicą ludzie tu prężyli torsy i dumnie prezentowali flagi polskie i bratnich narodów. Mieszkając w dużym ośrodku przemysłowym bardzo chciałam iść w pochodzie i reprezentować, ale jakoś nigdy mnie nie wybierano… Dopiero w mniejszej miejscowości poszłam. Ale co to był za pochód… Każda podstawówka szła… Było ich w sumie siedem… podczas gdy w dużym mieście ponad trzydzieści… Gdyby tak każda chciała osobno, nie zmieściłyby się w pochodzie…

Po pochodzie była akcja „stragany”. A na nich wszystko. Czego dusza pragnęła: korkowce, kapiszonowce (znaczy się pistolety), takie fajne kolorowe kulki z trocin, lusterka ze zdjęciem Winnetou, piszczałki i wszechobecne balony. Aha, i „starym” można było się urwać! Bo „starzy” świętowali przy obficie zastawionym stole, na których królowała „czysta” z czerwona naklejką. I naród się bawił. 

Dziś inaczej. Z reguły cztery, pięć dni wolnych. Już w piątek, 29 kwietnia, trudno mi było przejść przez ulicę. Wiadomo, przez miasto prowadzi trasa „ósemka” i w stronę Mazur przejeżdżały kolumny aut z warszawską rejestracją. Niektóre ciągnęły jachty na lawetach. Ja wyjechałam w sobotę rano. I to do Warszawy. Nie, nie w celu świętowania 1 Maja lub podglądania, jak świętują rządzący, opozycja, anarchiści czy komuniści. Mecze koszykówki dwa były, jeden w sobotę, drugi w niedzielę. Ważne. Legia grała z Sokołem Łańcut. W Legii gra dwóch chłopaków z mojej szkoły, z Łańcutem wiążą mnie wspomnienia turnieju koszykówki kibiców… Słowem dylemat – komu kibicować? Mecze wygrała Legia.

W niedzielę przed meczem zdążyłam jeszcze obskoczyć targ z antykami na Kole oraz targowisko przy Górczewskiej, gdzie było wszystko, co do życia potrzebne, zarówno stare jak i nowe. Nawet Świadkowie Jehowy stanęli tu ze swoimi książkami za darmo. Targowisko, jak zwyczaj warszawski nakazuje, ulokowane zostało na stadionie bliżej nieokreślonego klubu. Był to akurat 1 Maja i ludzie świętowali: jedni sprzedawali, inni kupowali. Ot, taka namiastka dawnych straganów.

Kolejny dzień długiego weekendu, znaczy się poniedziałek, też upłynął ciekawie. Syn nie pracował, więc pojechaliśmy na zakupy. Inni też wzięli wolne, bo w dużym markecie budowlanym panował ruch jak nie w poniedziałek. Kupiliśmy nie towar, który  planowaliśmy, ale znacznie lepszy. Promocja była.  Samochód typu „kombi” prawie przysiadł na parkingu. Radocha no nie! Było co świętować. Z tej okazji kupiłam sobie duże lody.

I wreszcie Święto 3 Maja… ostatni dzień długiego weekendu. To było prawdziwe świętowanie. Spędziłam go na swojej działce rekreacyjnej, daleko od szosy, pod lasem. Była piękna pogoda. Posprzątałam jedną trzecią przyczepy campingowej. Tę najważniejszą – część sypialną. Wyszorowałam „sławojkę”. Spaliłam śmieci. Skosiłam trawnik. Pokryłam impregnatem stół i huśtawkę. Opryskałam drzewka, żeby znowu robactwo nie zagnieździło się w liściach. Pobawiłam się  z psem. Zrobiłam pierwszego grilla…

Do domu wróciłam, kiedy w telewizji przebrzmiały już echa obchodów święta przez czynniki oficjalne. Zresztą szybko przełączyłam na kanał sportowy. Była transmisja z kolejnego meczu.

Dziś rano zdjęłam z balkonu flagę. W związku z moim wyjazdem, wisiała już od soboty. Drugą zawsze wywiesza sąsiad. Łopotały dwie, osamotnione, flagi przez majowe święta na naszym bloku jako dowód, że coś tam jednak patriotycznego czujemy, że coś nas jednak te święta obchodzą. Nie tylko jachty na Mazurach, grille czy mecze…

Ot, kiedyś były nakazy wieszania lub zdejmowania flagi. A dziś, kiedy można ja wieszać i zdejmować bez żadnych konsekwencji, jakoś naród nie kwapi się do korzystania z tego dobrodziejstwa. No, chyba, że jest się kibicem. Ci to potrafią flagę eksponować! Moja też jest taka kibicowka, bo na meczach ze mną bywa. Ale umiłowanie barw przez kibiców to osobny temat… 

Gorąco w głowie

westerplatte 2

foto pomnika na Westerplatte wykonane przeze mnie w sierpniu 1973 r. aparatem marki „Ami”

Upał. Nie lubię. Nie chcę. Nic mi się nie chce. Wolę minus 20 niż powyżej plus 25. Okna zamknięte. Wiatrak, znaczy się wentylator włączony. Woda w lodówce. Piwo w lodówce. Jak się nie napiję piwa, to nic nie zjem. A mówią, że nawet w upały trzeba jeść…ale alkoholu pić nie można… Jak to pogodzić?  Mówią, że ludzie powinni siedzieć w domu i na upał nie wychodzić. Przed chwila wróciłam z „wyjścia” z psem (trudno to nazwać spacerem). Wszyscy siedzą w domach. Żadnego dzieciaka na podwórku. Żadnego człeka na balkonie. Okna pozamykane. Ludzie posłuszni nakazowi. Jednym słowem kataklizm. Klęska upału. Pozostaje oddać się we władanie myśli swobodnej. I tak jakoś przypomniało mi się kilka przedziwnych sytuacji związanych z historią i polityką.

Minęła rocznica wybuchu Powstanie Warszawskiego, przed nami Święto Wojska Polskiego. Po pierwszym i rzecz jasna przed drugim wydarzeniem tu i ówdzie zadawano dziwne pytania przedstawicielom starszego pokolenia, czyli takim jak ja. Pierwsze brzmiało: „ Czy w waszych czasach (czytaj PRL-u) mówiono o Powstaniu Warszawskim? Czy w ogóle wiedzieliście, że takie powstanie było?” – pytał wprost jeden z dociekliwych internautów. Ręka mi nieco zadrżała, kiedy przeczytałam to na jednym z portali.

No tak, za moich czasów po ulicach chodziły mamuty, a jedyną rzeczą, jakiej nas uczono to było łupanie kamieni…

Drugie pytanie wyjaśniło mi dokładnie przyczynę kiepskich wyników maturalnych z matematyki.

No dobrze, wiem, że pytania miały kontekst polityczny, ale wyjaśnienie młodym się należy.

Kochani, kiedy ja byłam w waszym wieku to żyło znacznie więcej osób, które wojnę przeżyło. Tak trudno to obliczyć? Jak widać trudno. I w związku z tym trudno byłoby nawet w czasach PRL-u ukryć, że powstanie było. Poza tym kochani, mimo że nie mieliśmy internetu, wiedzieliśmy o wielu różnych rzeczach. Nie musieliśmy czekać na szkolne lekcje, na zatwierdzony przez ministerstwo program nauczania, żeby znać historię. O powstaniu w Warszawie też sporo wiedzieliśmy. To przecież za naszych czasów powstał film „Kanał” (ręka w górę – kto oglądał?), a Bratny wydał powieść „Kolumbowie – rocznik dwudziesty” (rękaw w górę – kto czytał?). Na podstawie tej książki nakręcono serial (rękaw w górę – kto oglądał?) Oczywiście interpretacja wydarzeń, ich ocena mogła być inna, wszak inne czasy to były.



Przypomniała mi się jedna z sytuacji szkolnych z ostatnich lat ośmioklasowej podstawówki. Omawiałam właśnie na lekcji opowiadanie Iwaszkiewicza „Ikar” (jak nie znacie, to przeczytajcie). Po przeczytaniu tekstu zadałam standardowe pytanie: „Czy wszystko jasne? Może ktoś czegoś nie rozumie”. I się zaczęło. Co to było gestapo? Dlaczego tego chłopaka zabrano do szpitala? Dlaczego Niemcy mieli osobne miejsca w tramwajach? Jak wojna? Tu nikt nie strzela! Jaka okupacja? Zatkało mnie i nie chciało się odetkać. Podczas przerwy w pokoju nauczycielskim opowiedziałam koleżankom sytuację z lekcji. Odezwała się historyczka:” Nie wymagaj od nich takiej wiedzy. Tematyka II wojny jest dopiero w ósmej klasie w drugim półroczu.”

I to był pierwszy sygnał, że młode pokolenie uczy się historii w inny sposób niż moje.

Bo my moi drodzy słuchaliśmy opowieści starszych osób, bo my moi drodzy sami szukaliśmy w bibliotekach książek, bo my moi drodzy po prostu wiedzieliśmy…

westerplatte 1

Ja z najbliższymi pod pomnikiem na Westerplatte – sierpień 1973. 

Nie pamiętam zatem, kiedy po raz pierwszy dowiedziałam się o Powstaniu Warszawskim, o wydarzeniach w Katyniu, o walce na Westerplatte, o Hubalu… Skąd bierze się zatem wasze pytanie o to, czy mówiono w zamierzchłych czasach o historii Polski? Myślę, że są tacy, którym zależy, by wciskać wam kit, że moje pokolenie to było dno i wodorosty. I dziś w ten upalny sierpniowy dzień mówię NIE parówkowym skrytożercom ( jak powiedział klasyk w „Misiu”).

Teraz bardziej polityczne pytanie często zadawane mi przez młode pokolenie: „Jak była ciocia prześladowana za czasów komuny?”. I co mam odpowiedzieć? Poprawnie politycznie, czyli dopisać sobie kilka faktów w życiorysie? Czy niepoprawnie, ale zgodnie z prawdą – ani ciocia, ani jej rodzina nie była prześladowana. Z jednym wyjątkiem – daleki kuzyn został przeniesiony z Politechniki Wrocławskiej do jej filii w Wałbrzychu. Protestował w 1968 roku. Kara dotkliwa nie była, wszak kuzyn mieszkał w Wałbrzychu… Jeśli zatem nie byłam prześladowana, to pewnie byłam mocno związana z komuną. Tak, zwłaszcza z tą opisana w poemacie Broniewskiego „Komuna Paryska”.

 „Noc, rozświetlona łuną,

złowroga, ciężka.

Chmurami ponad Komuną

zawisła klęska.

 

Zostało już niewiele

barykad i nadziei.

„Na śmierć, obywatele,

pójdziemy po kolei.”

 Uwielbiałam ten poemat, jak i uwielbiałam Broniewskiego, poetę uznanego swego czasu za piewcę komuny. A co najciekawsze – jeden z zespołów zajmujących się tworzeniem utworów patriotycznych, sięgnął właśnie po Broniewskiego…



Zatem nie byłam prześladowana, moja rodzina nie była związana z władzami ani poprzednimi, ani następnymi. Dzięki temu mogę więc pisać co myślę!

 

Hajże na Warszawę!

_DSC0211

Od tygodnia przeglądam dokładnie internet, słucham wiadomości w radio i telewizji na wszystkich możliwych programach. Chcę bowiem udać się na weekend do stolicy, odwiedzić koleżankę, obejrzeć przedstawienie w teatrze i mecz koszykówki. Obserwuję zatem czy na trasach, którymi będę się przemieszczała, nie odbędzie się kolejna manifestacja protestująca albo nie rozbije się kolejne kolorowe miasteczko. Jeśli wyczuję, że coś się szykuje, muszę opracować alternatywne trasy z uwzględnieniem dłuższego czasu na przemieszczanie się z miejsca na miejsce. W moim przypadku najbardziej zagrożona jest droga na mecz. Warszawscy koszykarze grają w hali przy Wiertniczej, na Wilanowie. Jadąc tam autobusem mijam Pałac, ambasady, Łazienki, Belwedery… (sorka, jeden Belweder) i oczywiście „Sowę i Przyjaciół”. To teren sprzyjający pochodom, marszom i budowie miasteczek w mieście. A mam już pewne doświadczenie, że osobom niezainteresowanym konfliktem na linii wypłata-stolica przebywanie wśród zainteresowanych na dobre nie wychodzi. Kiedyś chciałam przespacerować się z Placu Zamkowego do Alei Jerozolimskich. Szedł jakiś tłum, a że w stolicy tłumy są zawsze, wcale mnie to nie zdziwiło. Tymczasem tłum okazał się być manifestacją ogólnie mówiąc PRZECIWKO. Neutralnych nie tolerował. Na ucieczkę było za późno. Aby ocalić życie i dojść do Alei, musiałam trochę pokrzyczeć. Po przymusowym udziale w walce przeciwko, bolało mnie gardło, a w kieszeni znalazłam podejrzane ulotki.

Wolę zatem nie spotkać na trasie górników z oponami, rolników na traktorach, lekarzy ze stetoskopami czy nauczycieli z kredą i tablicami.

Bo tak w ogóle każdy wyjazd do Warszawy  jest obecnie ryzykowny. Kiedyś jeździło się tam, by obejrzeć zabytki, odwiedzić teatry, stojąc pod Sheratonem posmakować wielkiego świata, spotkać na ulicy znanego aktora… ech, kiedyś stolica to była stolica…

wawa hotel

 

Teraz jest inaczej, obowiązuje hasło „Hajże na Warszawę”. Do stolicy jeździ się głównie, żeby ją zablokować i coś załatwić.  Czasami zastanawiam się, dlaczego np. górnicy ze Śląska nie blokują swoich miast (na Śląsku przecież ich sporo), a rolnicy dojazdu do swoich wsi. Koszt dla organizatorów tego typu akcji protestacyjnych byłby znacznie mniejszy… Czyżby Warszawa jednak swym urokiem przyciągała?

Nie znam się,  nie wiem, zarobiona jestem. Nadsłuchuję czy przez przypadek na Warszawę nie ruszają właściciele małych sklepów pod przywództwem mego kolegi. Kiedy rolnicy z ciągników krzyczeli, że watahy dzików niszczą im uprawy i należy się za to odszkodowanie, kolega wystąpił z podobnym postulatem. Jako właściciel (początkowo dwóch, obecnie ostał się ino jeden), sklepiku typu osiedlowego, zażądał odszkodowania za niszczenie drobnego handlu przez panoszące się biedronki. Ten sympatyczny owad obcy kapitał zrzuca na nasz kraj, jak ongiś zrzucał stonkę. „Hajże na Warszawę” – krzykną niedługo właściciele sklepików. Pomaszerują pod Belweder z hasłem „Biedroneczki to dup…, i nie chwalę ich sobie”! Kupcy rozbiją miasteczko w kropki. Natomiast protestacyjne miasteczko emerytów będzie siwe czyli szare. Emeryci też mogą przecież zorganizować marsz przeciwko ZUS-owi, oczywiście w Warszawie. „Hajże na Warszawę” w każdej chwili mogą krzyknąć chude anorektyczne modelki, bo ostatnio robi się moda na prawdziwe kobiety. Oczywiście dziewczyny będą mogły rozbić swoje miasteczko, powiedzmy takie różowe. Można się również spodziewać marszu sprzątaczek przeciwko zbyt silnym detergentom w środkach czystości. Gdyby rozbiły miasteczko, zapewne mogłyby liczyć na przychylność Greenpeace – wiadomo ekologia. O, ekolodzy też mogą ruszyć na Warszawę, oczywiście pieszo lub rowerem. Stolarze, marynarze, dekarze, elektrycy, magicy, kierowcy, rajdowcy … każdy może ruszyć na Warszawę. Po co? Głównie po to, żeby takiej osobie jak ja, szukającej w stolicy kultury i rozrywki, utrudnić przejazd do teatru i na mecz.

Póki jednak co, hasła „Hajże na Warszawę!” nie słyszę. Muszę zatem przyśpieszyć wyjazd. Wiosna w pełni, potem sezon letni. Lud może w każdej chwili ruszyć na Warszawę. Zwłaszcza przed wyborami. 

Koszykarski chichot losu

 Za oknem wiatr. W okapie piździ jak ….nieważne. Pies piszczy, bo chce na dwór, ale wyjdź tu człowieku, skoro nawet tak masywna osoba jak ja narażona jest na podwianie i wywianie. Za to Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy gra dla dzieci i seniorów. A ja od rano, poprzez wszechobecną sieć,  uczestniczę w ciekawej dyskusji dotyczącej właśnie traktowania seniorów.

Sprawa ma się mniej więcej tak:                                                                                  

Na ważnym meczu koszykówki pojawiła się grupa ongiś bardzo ważnych, sławnych i niezwykle zasłużonych koszykarzy – seniorów. Niektórzy przyjechali nawet zza granic państwa polskiego.  Początkowo nikt ich nie rozpoznał. Przy wejściu kazano im podnieść ręce do góry, obmacano dokładnie, bo kto wie, może jakąś racę seniorzy przemycili?  Potem wynikł problem, gdzie mają usiąść. Czy należą im się miejsca określane mianem „vipowskie”, czy za ławką zawodników, a może wśród „ultrasów”? W ostateczności wylądowali na galerii, czyli po samym dachem.                             

Tak, wiem, że to wydarzenie może wydawać się humorystyczne. Początkowo też się uśmiechnęłam, uznając wszystko za dowcip. Dlaczego nie spodobał się byłym koszykarzom? Czyj to w ogóle dowcip i na czym polegał?                                  

 Młodych ludzi z tzw. ochrony, którzy nie mają pojęcie, iż nakaz podniesienia rąk do góry osobom mającym w pamięci wojenne przeżycia, może  kojarzyć się jednoznacznie z faszystowskim okrzykiem „Hände hoch”?                                     

Może dowcip działaczy sportowych, którzy nie przygotowali się na przybycie tak licznej grupy byłych sportowców i na wszelki wypadek zwiali, bo miejsca w sektorze „vipowskim” zajęli sponsorzy i ich kuzyni?                                                                   

Może dowcip samych seniorów, że przyszli na mecz zamiast siedzieć w domu i machać moherowym beretem?                                                                                       

Żart kibiców z sektora dla kiboli? Nie, ci odpadają. Pewnie nawet nie wiedzieli, co się gdzieś dzieje. „Wysłali ich na galerię? Chyba do galerii? Której?” – tak pewnie wyglądałaby rozmowa z nimi. Młodzież nie kojarzy słowa „galeria” z najtańszymi miejscami w teatrze.                                                                                                        

 O co więc w tym wszystkim chodzi, zwłaszcza seniorom?

Kochani to takie proste! O SZACUNEK!

 Niedawno wczytywałam się w socjologiczną teorię wymiany Petera Blau. Uważa on, iż każde nasze działanie w stosunku do drugiego człowieka ma charakter wymiany społecznej. Każdy nasz uśmiech powinien zobowiązywać drugiego człowieka do takiego samego uśmiechu. A najważniejszymi nagrodami, jakie otrzymujemy od bliźniego, to akceptacja i szacunek. W stosunkach społecznych pieniądz ma najmniejsza wartość.                                                                                               

Tymczasem na omawianym przeze mnie meczu doszło do całkowitego odwrócenia sytuacji. Tych, którzy obecnie nie przedstawiają materialnej wartości, bo zarobić na nich nie można, nie widać nawet w tle.  

Koszykarze – seniorzy byli poza zasięgiem kamer i widowni. Żadnego z ich w telewizji nie widziałam, a też ze mnie seniorka to chętnie bym zobaczyła, jak teraz wyglądają. Ich wizyta w hali była również wielką szansą na zastosowanie elementu wychowawczego dla grupy tych, których nazywamy kibolami, na żywą naukę historii. Ktoś tej szansy nie wykorzystał….                                                                                  

 I tych młodych kibiców chyba żal mi najbardziej. My seniorzy jakoś wszystko przeżyjemy, wszak nie takie sprawy się przeżywało. Młodzież nawet nie wie, co straciła….

A Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy gra dziś dla seniorów…. Ot, chichot losu….