Jest życie w małych miasteczkach…

krowy-na-pastwisku-c7ea484f1c032789e8275c5ea4dd0071

Zacznę może od tego, że jestem w opozycji do obecnego rządu, a do poprzedniego mam wielki żal. Żal o to, że stracił kontakt z polską rzeczywistością, zapomniał o zwyczajnych ludziach, był zbyt mocno zapatrzony sam w siebie.

Co do obecnego to … Ten nie mówi, ten krzyczy, jakby mikrofonów jeszcze nie wynaleziono. Ten cierpi na bezsenność. Ten podzielił obywateli na dwie podstawowe grupy: oni i my.

Zaraz, zaraz, czy rzeczywiście podzielił? A może tylko podział pogłębił?

Kiedyś dzielono nasz kraj na Polskę A i Polskę B. Ta pierwsza była lepsza, bogatsza, bardziej wykształcona, wiadomo – inteligencja i przemył. W drugiej mieszkali ubodzy rolnicy, ba, można ich nawet nazwać ze staropolska chłopami, którzy mieli kiepskie wykształcenie, nie bywali w teatrach i operach. Byli przedmiotem kpin i żartów ze strony wielkomiastowych.

Ponad pół roku pracowałam w miasteczku o charakterze gminnym w Polsce B. Przyglądałam się, rozmawiałam z ludźmi, uczyłam młodzież, jak pisać rozprawki. Nie będę ukrywała, początkowo w duchu uśmiechałam się sama do siebie. Z każdym jednak dniem moja sympatia do miasteczka i okolicznych wiosek rosła.

Tak, rzeczywiście, ludzie tam mają poglądy obecnorządowe. Gotowi są wykrzykiwać wiadome imię w wiadomą męczennicę, sorry miesięcznicę, tyle tylko, że nie mają takiej potrzebny. Żyją sobie spokojnie zajęci swoją pracą i swoimi problemami. Też je mają.

Kiedy rozpoczęłam pracę, udzielono mi podstawowych informacji o uczniach. Ten taki, ta taka… normalna rozmowa. Wskazano mi również „najgorszego” ucznia, z którym są nieustawiczne kłopoty. Po trzech tygodniach poinformowałam grono pedagogiczne, że w szkole żadnych kłopotów nie ma, skoro owego „najgorszego” postawiłam do pionu po trzech rozmowach. W porównaniu z innymi szkołami, ta przypomina sanatorium. Podobnie z problemami miasteczka. Oczywiście, że są. Ludziom z nieco większego świata wydają się małe, proste i śmieszne. Tu nikt nie pójdzie protestować pod sąd, bo sądu nie ma, a poza tym trzeba zadbać o gospodarstwo i blisko setkę krów. Tu nikt nie będzie walczył w obronie demokracji, najwyżej napyskuje burmistrzowi i wójtowi. Więcej może na tym zyskać niż poprzez oflagowanie własnej stodoły. Tu nadal rządzi ksiądz i nieprędko to się zmieni. Zupełnie jak w serii filmów „U Pana Boga ….”.

A ludzie? Jacy są ludzie? Oj, ciężko bym zgrzeszyła, gdybym coś złego powiedziała na ich temat. Przyjęli mnie do swego grona, pomagali w pierwszych tygodniach pracy, uśmiechali się, byli dla mnie życzliwi i sympatyczni. Wszystko wbrew opiniom, jakie o nich słyszałam. I teraz, jeśli ktoś mówi mi o jakiś konfliktach w owej gminie, zaprzeczam. Tam nie ma konfliktów. Tam są normalne ludzie sprawy, różnice zdań, dyskusje, jak w każdym normalnie funkcjonującym społeczeństwie. Praca z nimi była bardzo cennym i jednym z najprzyjemniejszych doświadczeń w moim życiu. Polubiłam miasteczko i mieszkańców całej gminy za prostotę, szczerość i sympatię, jaką mnie darzyli. Spojrzałam również inaczej na Polskę B. Tam też jest życie. Spokojne, normalne. Tam jeszcze woda czysta i trawa zielona. 

Niedawno odwiedziłam znajomych w Warszawie. Opowiedziałam o swojej pracy, o grzecznych uczniach i małomiasteczkowym klimacie. „To jeszcze takie miasteczka są? W dobie internetu i wszechobecnych kanałów telewizyjnych….Myślałem, że tylko w filmach….” – zdziwił się znajomy i załamał ręce. Podczas gdy oni, ludzie z wielkiego miasta walczą o demokrację, wolność i niezawisłość sądów, o dobre imię Polski w świecie, ludzie z małych miasteczek mają to gdzieś? Ważniejsze dla nich są krowy, świnie i pola? Brak świadomości politycznej. Brak wiedzy na temat wolności i demokracji. Święte oburzenie.  

„Mieszkańcy takich miejscowości dzisiaj rządzą” – mówią ci z wielkich miast. Kto jest temu winien? Może właśnie wielka inteligencja, wielcy myśliciele, którzy zapomnieli o Polsce B, o tym, że są ludzie, którzy inaczej myślą i znacznie mniej zarabiają? Jakie poparcie może tu mieć pani prezes twierdząca, że za 10 tysięcy to można przeżyć właśnie jedynie na prowincji? Za takie pieniądze na prowincji to można pytać, ile ta prowincja kosztuje…. Za taką gadkę poprzedni rząd poleciał…

Czas na wniosek – może zamiast żartów i potępienia owej Polski B, warto zauważyć, że tam też jest życie, może warto docenić małe miasteczka, bo jeśli obecna opozycja ich nie doceni, to długo opozycją pozostanie.  

 

 

Świat mnie zadziwia….

400_F_35540819_pmZLWLRPO11YHXriocVegaQ8K11HStz7

Wiem, że stara już jestem. Wiem, że niektóre poglądy mam geriatryczne. Wiem, że świat się zmienia. Wiem, że nie nadążę za nim. I bardzo dobrze. Nie będę się na siłę odmładzać. Nie będę na siłę akceptować wszelkich nowości, po to tylko, by się młodym przypodobać. Jestem, jaka jestem. Mnie jest ze sobą dobrze. A jak komuś nie odpowiadam, to niech spada.

Współczesny świat wywołuje we mnie masę różnych nastrojów. Czasami jest to zachwyt. Kocham wszelkie nowinki techniczne. Taki telewizor 50 cali w domu… toż to kino! Taki telefon komórkowy … rety, moja mama pracowała na centrali międzymiastowej i nie myślała nawet o tym, iż jej zawód odejdzie do niebytu… O taki internecie już nawet nie wspomnę. Mając naście lat podziwiałam komputer marki Odra, który mieścił się w kilku pokojach. Dziś w domu nam … zaraz…ile takich cudeniek? Laptop, tablet, komórka… coś jeszcze by się znalazło? Aha, takie pudełko, co się zowie „ruter”. Nawet w kiblu, znaczy się w toalecie mogę „fejsować”.

Czasami świat jest cudowny. Młodzi ludzie zapraszają na swoje imprezy. Traktują z szacunkiem. Na urodziny przysyłają kwiaty. Życzą powrotu do zdrowia, jeśli ono szwankuje. Mówią „dzień dobry” na ulicy, chociaż człowiek był wrednym nauczycielem polskiego.

12642874_1095249063839279_3677035296562241037_n

Kibice i drużyna koszykówki Górnika Wałbrzych dla mnie… styczeń 2016

Czasami współczesność daje do myślenia. Mamy wolność. Pod każdą postacią. Wolne związki, nie tylko zawodowe, wolność słowa, wolność wyboru. I wybieramy, jakże często fatalnie, źle… Potem płaczemy, ubolewamy sami nad sobą. Obojętnie czy to w polityce, czy w związku erotyczno-miłosnym.

Czasami nie zgadzam się z rzeczywistością. Po tekście o przedszkolach i moim proteście, jakoby matka nie była w stanie dobrze przygotować malucha do życia, oberwałam od znajomych. Praktycznie wszyscy powiedzieli mi, że racji nie mam. Współczesny świat wymaga od człowieka, by jak najszybciej zaczął się uczyć pod okiem fachowców. W porzo, spoko. Jak mus to mus. Ale czy musi mi się to podobać?

Czasami świat mnie zadziwia. Spaceruję spokojnie z psem. Na alejce i na terenie miasteczka drogowego masa dzieciaków z rowerami, takimi z pedałami i takim bez. Radocha. Wrzask triumfujących okrzyków. Słowem – dziatwa bawi się. I wtem jeden malec przewraca się. Rowerek biegowy pod nim. Noga zablokowana. Ale co tam! Szybko wstaje, otrząsa się, pociera kolano i biegnie dalej. Kto pierwszy, ten lepszy! Ale oto na trasę wyścigu wpada babcia. Zatrzymuje malca i zaczyna wrzask: „ O Boże! Nic ci się nie stało? Nie biegaj tak szybko! Daj ten rowerek, bo się zabijesz przez niego!” Chłopczyk schodzi z trasy i zaczyna wrzeszczeć tym razem nie dla zabawy. Spazmatyczny płacz doprowadza babcię do wniosku, że jednak dziecku coś się stało. Zabiera go z placu zabaw. Pewnie do lekarza. Odchodzą, a dziecko wrzeszczy na całe osiedle: „ Ja chcie na lowelek! Daj lowelek!”. Cóż, babcia wie swoje.

Na jedno z osiedlowych drzew wdrapał się kolejny chłopak, tak ok. 10 lat. I oczywiście radośnie krzyczy z tego drzewa do kumpli pod drzewem. Jest prawdziwym bohaterem. Siedzi na gałęzi niczym Tarzan. Odważył się. Kumple biją brawo. Wraz z sąsiadem szybko oceniamy stan drzewa. Nie jest zbyt wysokie i ma solidne gałęzie. Dzieciak bez problemu sam zejdzie. Na wszelki wypadek dyskretnie idziemy w stronę drzewa. I wtedy dostrzega go mama. Wrzask na całe osiedle: „Siedź i nie ruszaj się! Zaraz przyjdę!” Przybiega pod drzewo i załamuje ręce. Co tu robić, co tu robić? Uspakajamy ją. Sam zejdzie, nie będzie problemu. Ale sytuacja robi się groźna. Mama wyciąga „komórkę”. Chce dzwonić na pogotowie – bo co będzie jak synek spadnie. Mało tego, do straży pożarnej też – trzeba wóz z drabiną, żeby dziecko zdjąć. A co dzieje się z dzieckiem? Siedzi teraz na gałęzi biedne i wystraszone. Nie wiadomo, czy z powodu strachu wywołanego siedzeniem na wysokości, czy z powodu histerii mamy. Na szczęście wraz z sąsiadem opanowujemy sytuację. Dajemy dziecku instrukcję, jak ma z tego drzewa zejść. Chłopak schodzi, ale już nie jest bohaterem na własnym podwórku.

Na trawniku leżą zwłoki kotka. Nie wiadomo, w jakich okolicznościach zginął. Dorośli omijają je ze wstrętem i odciągają dzieci. „Nie dotykajcie go. Może był chory” – informują. Są oburzeni, że ciałka nikt nie sprzątnął. Dzieci patrzą litościwie. „Tego kotka ktoś kochał. Może za nim tęskni?” – mówi mała dziewczynka. Starsza dodaje: „Narwijmy gałęzi i przykryjmy go…”. Dzieci przynoszą kilka gałęzi urwanych z okolicznych krzewów. Przykrywają kotka.  

Dorośli milczą.

Świat mnie zadziwia….  

Niech żyje wolność !

Wielkimi krokami zbliża się sierpień i kolejne wybory. Odmieniane w wszelkiego rodzaju koniugacjach i deklinacjach, związkach zgody, rządu i przynależności słowo „wolność” zaczyna królować w naszym słowniku.

Mamy zatem wolność wywalczoną, wolność polityczną, wolność demokratyczną oraz wolność swobodną. Ta ostatnia zdecydowanie prowadzi do anarchii, bo traktowanie dosłowne hasła „Róbta, co chceta” sieje totalne zamieszanie. Wszak każdy chce, czego innego, gdyż każdy jest inny.

Wolność demokratyczna oznacza, że wolni są ci, co mają większość. Im wolno więcej, ponieważ idą w tłumie. Do czego taka wolność prowadzi, nie będę dziś mówić. Wszyscy wiemy.

Wolność polityczna pozwala nam mówić, co myślimy o politykach, byle by tylko nie ubliżać im, bo to grozi karą bez zawieszenia.

1781890_717555568275299_1228438177_n

Wolność wywalczona tylko pozornie jest wolnością najbezpieczniejszą. Kiedyś jej nie było, teraz jest. O takiej wolności mówią ci, którzy ją wywalczyli. Zdarza się jednak, że o tego typu wolności mówią obecnie walczący o wolność, którą trzeba obecnie wywalczyć, by wolność była wywalczona.

Dobra, dosyć tej deklinacji i koniugacji. Zabierzmy się za historię.

Kochani, pełna wolność nie istnieje! Mamy tylko jakieś jej elementy, a jeśli są to tylko cząstki czegoś, to tego na dobra sprawę nie ma!

Człowiek nigdy nie był wolny. Już w raju dostał zakaz zrywania owoców z wiadomego drzewa. Potem dostał dekalog, jeszcze potem był Kodeks Hammurabiego, prawo greckie, prawo rzymskie… Dziś, oprócz kilku dżungli w postaci papierowych kodeksów prawnych, mamy przebój dzisiejszych czasów – procedury: mycia rąk w restauracji, obierania ziemniaków, traktowania własnych dzieci, zabawy w piaskownicy…Do tego dochodzi pochodząca z monarchii etykieta: temu kłaniaj się tak, tamtemu inaczej, z tym rozmawiaj dłużej, z tym mniej… 

Oczywiście, że możemy w wyborach głosować, na kogo chcemy, ale i tak po wyborach jesteśmy skazani na wolność demokratyczną, która wcale nie musi być naszą wolnością. Wolne wybory polityczne na szczęście są tajne i możemy się zawsze wyprzeć, na kogo to głosowaliśmy.

Gorzej z wyborami światopoglądowymi, znaczy się wyznaniowymi. Tu już musimy jasno określić swój wolny wybór i stać się jego… niewolnikiem. Większość religii ma bowiem charakter hierarchiczny. „Duchownych i osoby konsekrowane w Kościele katolickim obowiązuje posłuszeństwo. Odróżnia się hierarchię duchowieństwa od funkcji i godności kościelnych. Jest to podział analogiczny jak w wojsku, gdzie od stopni wojskowych (szeregowy, kapral czy generał) odróżniamy funkcje (dowódca, artylerzysta, pilot) czy też stanowiska (szef sztabu, naczelny wódz) „ – to nie ja, to Wikipedia.


https://pl.wikipedia.org/wiki/Hierarchia_ko%C5%9Bcielna
 

W wojsku, jak wiadomo, wolności nie ma. Jest rozkaz. W kościele jak widać też tak jest. Od dawna niepokoi mnie fakt, że to właśnie kościół najczęściej mówi o wolności, kazał (lub każe?) o nią walczyć…

Pamiętam przecież, że najbardziej zniewolona czułam się pracując w szkole… katolickiej. Nic dziwnego. Przepisy i procedury wydawane przez księdza rządzącego były nie do podważenia.

Ostatnio w ramach ochrony młodego pokolenia przed pedofilami, dilerami i złodziejami, szkoły zamykane są podczas przerw między lekcjami. Taki uczeń jak przed ósmą wejdzie do budynku, to wyjdzie dopiero po zakończeniu lekcji. Jestem z pokolenia, które podczas przerw wychodziło na szkolny plac. Ba, w czasie dobrej pogody, nauczyciele wyganiali nas z budynku na boisko, po to, byśmy odetchnęli świeżym powietrzem. Dzisiejsza młodzież czuje się w szkołach zniewolona i marzy o jak najszybszym wejściu w dorosłe życie. Dzieciaki naiwnie wierzą, że dorosłość oznacza wolność. Zawsze uświadamiałam im, że jest wprost przeciwnie. Zamknięcie w szkolnym budynku to nic w porównaniu z piętnastominutową przerwą na śniadanie, walką o wyjście do toalety, rozliczanie z efektywnością pracy w porównaniu z czasem pracy, mobingiem, molestowaniem, zakazami, nakazami i wyjazdami integracyjnymi.

Gdzie ta wolność?



I wtedy mówię małolatom, że istnieje jeszcze jeden rodzaj wolności – wolność wyboru. Mogą przecież staranować woźną pilnująca drzwi wejściowych do szkoły, mogą wybić szybę, mogą ukraść klucze i wyjść na przerwie na świeże powietrze. Tyle tylko co im z tej wolności wyjścia wówczas przyjdzie?   

Aha, a co z moją wolnością? Właściwie jestem wolna od momentu przejścia na emeryturę. Nie mam obowiązków, o forsę się nie muszę martwić, bo mam jej niewiele, piesek zdrowo się chowa, kataklizmy omijają moją działkę, nawet nad morze we wrześniu jeżdżę…

gniew ocenu

Mogę więc sobie zanucić refren …