Sześciolatki a sprawa większej ławki

szesciolatek

 foto – internet

Już dawno miałam napisać o sześciolatkach, ale nie miałam zgody sześciolatka. W wyniku licznych nalegań, próśb, krzyków, błagań czyli ogólnie pojętej upierdliwości, takową zgodę uzyskałam. Bo mój sześciolatek nie chciał być wplatany w wielką wyborczą politykę. Bo mój sześciolatek uważa, że nie powinnam wywlekać spraw prywatnych na forum blogowym. Na szczęście mój sześciolatek, podobnie jak i ja, uważa, że szum wokół sześciolatków od początku ma podłoże polityczno-gospodarcze. W wyniku czego zgodę na tekst blogowy wyraził. Bo jest tak:

W szkołach powiało pustką z powodu niżu demograficznego. Trzeba szkoły zapełnić, nauczycielom i personelowi pomocniczemu dać pracę. Dlaczego nie zwiększono ilości przedszkoli? Łatwiej bowiem przenieść panią przedszkolankę do pracy w szkolnej świetlicy niż nauczyciela matematyki nauczyć piosenek i zabaw dla przedszkolaków. Koszt niewielki. Co, uważacie, że przygotowanie sal lekcyjnych na przyjęcie maluchów to taki wielki wydatek? Nie przeginajmy. Sześciolatek aż tak bardzo nie różni się od siedmiolatka. W szkole podstawowej, w której pracowałam dawno temu, na parterze były niższe „toalety” dla nauczania początkowego. W klasach – niższe ławki i oczywiście dywan, na którym owe najmłodsze nauczanie siadało podczas niektórych lekcji. Budowa placów zabaw? Na moim osiedlu jest ich tyle, że tutejsza „podstawówka” nie musi budować własnego. Poza tym szkoły miały już w swoich progach sześciolatki w postaci tzw. „zerówki”. Doświadczenie jest? Jest!

Drugi powód, polityczny, chyba komentarza nie potrzebuje. Rząd wprowadza obowiązek szkolny, opozycja zgodnie z faktem, że jest opozycją mówi „Nie”. Jedni powołują się na Europę, bo tam większość rozpoczyna edukację w wieku sześciu lat. Drudzy odwołują się do pojęć związanych z wolnością (wyboru przez rodziców) i swobodą (takie jest dzieciństwo). Jedni i drudzy walczą o władzę. Mamy czas wyborów. Część rodziców macha ręką, bo im obojętne, czy poprowadzi dziecię do przedszkola, czy do szkoły. Uważa, że potomstwo jest zdolne i da sobie radę w szkole. Druga część protestuje. Uważa, że jego potomstwo nie dorosło jeszcze do nauki. Ma do tego prawo.

I teraz czas na mego sześciolatka. Leży na kanapie z laptopem na kolanach. Odpoczywa po powrocie z pracy. Ma trzydzieści lat i dwadzieścia cztery lata temu był sześciolatkiem rozpoczynającym naukę w szkole.

Było to w czasach, kiedy obowiązku dla takich jak on nie było. To ja zadecydowałam za synka. Po prostu – mam dwoje dzieci rok po roku i dla własnej, egoistycznej wygody stwierdziłam, że wygodniej będzie posiadać dwoje dzieci w jednej klasie niż każde w osobnej. Zgłosiłam chęć wysłania syna do szkoły, razem ze starszą o rok córką, do poradni pedagogiczno-psychologicznej. Tam psycholog i pedagog „przebadali” moje dziecko, potem pogadali ze mną. Problem był, bo syn do tzw. „zerówki” nie chodził. Tymczasem całkiem nieźle czytał, dobrze liczył, posiadał sporo wiedzy. Czy uczyłam go? „Nie, dziecko uczyło się samo poprzez zabawę, pytając siostrę lub mnie. Ot, taki samouk”.

I tak synek-sześciolatek wylądował w szkole. Żaden geniusz, żaden odkrywca. Normalny chłopiec. Tyle tylko, że wyrośnięty… już w drugiej klasie nie mieścił się w małej ławce… I problem był odwrotny, potrzebna była większa ławka…

Dziś, leżąc na kanapie, dorosły mężczyzna o wzroście 195 cm, nie bardzo może zrozumieć, dlaczego współczesne sześciolatki są, no delikatnie, nieco mniej mądre niż on. Potwierdzam. Przecież świat idzie do przodu i kolejne pokolenie powinno posiadać większą wiedzę i umiejętności niż poprzednie. Następna sprawa: odraczanie obowiązku szkolnego przez rodziców, którzy to uważają, że ich potomstwo do szkoły nie dorosło… Mój sześciolatek, otrzymując papier uprawniający go do pójścia do szkoły, był niezwykle dumny, że jest …. mądrzejszy niż koledzy z grupy przedszkolnej. O sobie nie wspomnę. Wiele lat temu był to dla mnie powód do dumy. Patrzcie, mój chłopiec idzie już do szkoły!

A teraz… odroczenie… dziecko nie dorosło… rety, jak los spotka to maleństwo, jak złośliwi koledzy odkryją, że miał odroczenie i jest o rok starsze… Chyba że teraz dzieci sobie nie dokuczają.

A co ze straconym dzieciństwem? „Synku, nie żal ci straconego roku w przedszkolu?” – zapytałam swego sześciolatka. Podniósł wzrok znad laptopa, spojrzał i pokiwał głową. Wszystko zgodnie z kultowym twierdzeniem: ”Zmień dealera lub bierz połowę.”

I tym akcentem kończę osobisty zapis na moim blogu. Wezmę całość. 

Pech maksymalny czyli komunikacja zastępcza

skm-450

Zaczęło się od tego, że na znanym portalu nie było żadnych sensownych ofert przejazdu na trasie od mego miejsca zamieszkania do Ustki. Nie miałam wyjścia. Zostałam więc zmuszona do jazdy naszym ukochanym PKS-em. Syn postanowił osobiście wsadzić mnie do autobusu. Żeby mieć pewność, iż ma wolną chatę oczywiście. Na dworcu ujrzeliśmy spory tłumek. Czyżby wszyscy do Ustki? „Nie, większość to odprowadzający” – machnął ręką. Ale mina mu zrzedła, kiedy na dworcu pojawił się autobus relacji Białystok – Kołobrzeg. Był praktycznie pełny. Kierowca od razu krzyknął „Zabieram tylko bilety internetowe!”. Syn spojrzał z wyrzutem na mnie. Ja pokornie opuściłam uszy. Nie mam, nie kupiłam. Dlaczego? Nie wiem. Kto przypuszczał, że akurat wtedy kiedy ja, to i inni chcą nad morze?

Wróciliśmy do domu. Szybko internet, sprawdzanie połączeń. Najpierw znany portal. Jest oferta do Gdańska, ale z małym bagażem. No właśnie, po co mi duży bagaż – prawie zapytał syn. Człowieku, ja nad morze na dwa tygodnie! Pozostał PKS… Tym razem bilet przez internet. Żadnego ryzyka.

Pobudka skoro świt. Autobus odjeżdża punktualnie. Potem normalka czyli toaleta w autobusie jest, dostępu do niej brak. Pierwszy dłuższy postój w Olsztynie, drugi w okolicach Elbląga.

Wreszcie Gdańsk. Szybko wysiadam, chwytam duży bagaż i pytam jak na perony słynnej trójmiejskiej SKM-ki. Wpadam do holu i nagle …. schody. Ruchome. Jazda w dół. Niespotykaną w siebie siłą woli pokonuję lęk wysokości i zjeżdżam. Wszak za piętnaście minut mam pociąg do Słupska. Nie mam. Pani w kasie mówi, że dopiero o 16-tej, bo są jakieś roboty na trasie, ale mogę spróbować na normalnym, znaczy się dalekobieżnym dworcu, może coś jest. Schody ruchome w górę. Nie ma nic w stronę Słupska. Może jednak PKS? Ciągnę duży bagaż w stronę holu autobusowego. Też nic.

Spoko, w porzo, do szesnastej zwiedzę dworzec. Nie ma co zwiedzać. W holu głównym są takie druciane krzesła. Kto wypatrzy wolne – szybko siada. Odpuszczam. Kupuję kawę z automatu i korzystam z prawa wyboru – jedna sieciówka czy druga, obie z fast foodem…. I tu i tam tłum tych, co się nie załapali na druciane krzesełka. Trudny wybór. Prawie taki jak ten polityczny, co niedługo będzie. Dokonuje głosowania. Teraz kolejna karta – co wybrać z oferty, żeby jak najmniej się struć? Stojący obok mnie facet też ma taki sam problem. Nie wolno podpowiadać. Podczas głosowania trzeba decyzje podejmować samodzielnie. W końcu siadam, konsumuję, notuję, sprawdzam pocztę w „komórce”.

Potem ruszam na oznaczony peron. Podjeżdża SKM-ka z napisem „Słupsk”. Czuję się już jak bym była w pensjonacie w usteckim porcie…

I to był mój błąd.

W pociągu dowiaduję się, że na trasie jest komunikacja zastępca, bo rzeczywiście ktoś coś na tych torach robi, a połączenie ze Słupskiem wskazane mi przez internet rzeczywiście było, tyle tylko, że pod nazwą Wejherowo, bo tam jest ta zastępcza. Po jakiego… ja ciągałam się z dużym bagażem po gdańskim dworcu? A tak w ogóle to skąd ludzie wiedzą, że coś zastępuje drugie coś, skoro na dworcu nikt nic nie wie? A jednak pasażerowie wiedzą, chociaż nikt niczego przez dworcowe megafony nie ogłaszał.

Ruszamy. W Wejherowie dziki tłum wyskakuje z pociągu i szturmuje autobusy stojące przed dworcem. Wszyscy wsiadają do pierwszego z brzegu. Ja też. Bagaż zaczyna mi coraz bardziej ciążyć. I wtedy kierowca wrzeszczy, że wszyscy mają usiąść, bo on na stojąco nie zabiera. Przeciskam się na wolne miejsce prawie taranując ludzi wokół swoją torbą.

Docieramy do celu, ludziska klną na mnie, bo tym razem, wolno przemieszczając się, tarasuję wyjście, a ludziska chcą jak najszybciej do pociągu.

W końcu jedziemy. Jest Słupsk! Wysiadam, jeszcze kilkanaście metrów i przystanek autobusów do Ustki. No nie, tak dobrze nie ma. Ulica, przy której od niepamiętnych czasów był przystanek, jest w remoncie. Trzeba pokonać trasę dwóch przystanków.

Łapię oddech i klnąc na prezydenta miasta, że robi jakieś remonty właśnie wtedy, kiedy ja przyjeżdżam do Ustki, ruszam. Dochodzę. Zerkam na rozkład. Od razu widzę, że liczba kursów do Ustki została znacznie ograniczona. Rozumiem, że po sezonie, ale ….cholerny duży bagaż!

Wreszcie po dwunastu godzinach docieram do swojej kwatery. Oglądam jeszcze nieszczęsną czwartą kwartę meczu naszych koszykarzy z Hiszpanią. Przegrywamy. To było do przewidzenia. Jak pech to pech.

Stać mnie jeszcze na jedno…. Schodzę w kapciach do tawerny, będącej elementem „mego” pensjonatu.

Ostatkiem sił przy barze składam zamówienie: „Podwójną wódkę z lodem i cytryną proszę”

baltyk-wodka

Blog otwarty w sprawie emerytów

Prezesi, Szefowie i Przewodniczący!

Ladies and Gentelmen!

Kandydaci i Kandydatki!

Obserwując, śledząc, inwigilując Wasze poczynania w czasie kampanii wyborczej, w trakcie obrad na sali, przy różnych stołach, podczas wystąpień mniej lub bardziej ważnych, stwierdzam z przykrością, że z dnia na dzień, z godziny na godzinę, z minuty na minutę, (o sekundach nie wspomnę) robi mi się coraz bardziej smutno, przykro i w ogóle…

Bo jest tak: cała podzielona politycznie Polska prowadzi dyskusje na temat komórek jajowych i plemników, kłóci się o zapłodnienie in vitro, o życie poczęte, kredyty dla młodych i czas przejścia na emeryturę.

A co potem? A co z tymi, którzy już niczego nie poczną, ani się nie zapłodnią, na kredyty się nie łapią, ze względu na wiek i niskie dochody, a na emeryturę już przeszli?

Czy zauważyliście, że w Waszych wypowiedziach, przemówieniach, obietnicach i planach na przyszłość nas – emerytów po prostu najzwyczajniej nie ma?!

z10707396Q,Pomoc-spoleczna

Emeryt pojawia się głównie wtedy, kiedy mowa o jego emeryturze i obciążeniu nią budżetu państwa.

Emeryt pojawia się, gdy mowa o kiepskiej formie szpitali, też finansowej oczywiście.

Konieczność wypłacania emerytur, tych obecnych i tych przyszłych, to cios dla gospodarki, przyczyna jej zahamowania, a nawet możliwość doprowadzenia do bankructwa państwa. Przecież emeryt, obecny i przyszły, depresji może się nabawić słuchając i czytając takie teksty. Świadomość, że przez niego upadnie wszystko i nie będzie nic, doprowadzić może do samounicestwienia.  

Kandydaci i kandydatki!

Prezesi, szefowie i przewodniczący!

Laides and Gentelmen!

Nie potraficie nawet ustalić jednakowej dla wszystkich miast ulgi na przejazdy komunikacją miejską. Przebywając w mieście Z. byłam świadkiem przejmującej sceny. Oto autobusem miejskim jechała pani w wieku 74 lat, pochodząca z innego miasta. Dostała się w kleszcze tzw. „kanarów”. Pani nie miała biletu, gdyż w jej miejscowości ludzie w wieku powyżej siedemdziesiątki jeżdżą za darmo. Oczywiście wypisano jej mandat za jazdę bez biletu – 300 zł i pouczono, że powinna sprawdzić warunki jazdy bez biletu w … internecie!

Szukałam w swojej okolicy czegoś dla siebie jeszcze młodej i energicznej emerytki. Bo dla dzieci i młodzieży atrakcji sporo. Warsztaty teatralne, wokalne, zajęcia sportowe w różnych dyscyplinach sportu, w szkole różne kółka zainteresowań, byleby tylko młódź chciała korzystać… Za darmo. Dla seniorów znalazłam zajęcia plastyczne – malowanie na szkle, szydełkowanie, wykłady z historii miasta.  Część za odpłatnością. Do szydełkowania i malowania serca nie mam. Historię miasta znam na wylot, sama uczyłam jej  w szkole. Oczywiście była gimnastyka i pływanie dla takich jak ja, ale też wysoko pełnopłatna. Radocha. Oczywiście były ulgowe bilety na koncert, ale muzyki poważnej lub ludowej. A ja chętnie bym tak posłuchała dobrego rocka. Wszak moje pokolenie wychowało się nie tylko na Bachu. Za naszych czasów grali już Rolling Stonesi i AC DC. No niestety, jakoś hardrock z emerytami się nikomu nie kojarzy, a powinien… Bilety ulgowe w większości przysługują dzieciom i studentom. Wszak młode pokolenie musi się rozwijać. Stare – zwijać. Koleżanka powiedziała mi, że marudzę i mam się cieszyć, że w ogóle ktoś coś  dla seniorów robi. Nie będę się cieszyć. Foch i tyle!

Czyżby tylko Jurek Owsiak ze swą Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy pamiętał o ludziach wymagających troski ze względu na wiek? Coroczna zbiórka na oddziały geriatryczne jest jedyna akcją przypominającą społeczeństwu o seniorach.

Kościół Katolicki też ostatnio tylko o poczętych i nie poczętych …

Druga w tym roku kampania wyborcza, a tu o emerytach cisza. Wynika z tego, że najważniejsze, to wysłać człeka na tę emeryturę i mieć go z głowy.

Dobrze, nie będę już marudziła. Obracam się w kręgu jeszcze zdrowych i pełnych chęci do życia emerytów, takich na miarę XXI wieku. Zawsze coś się uda zorganizować, zrobić jakąś zrzutkę i wyjechać, niekoniecznie na pielgrzymkę. Bo jak emeryt sam sobie czegoś nie zorganizuje, to nikt mu nie pomoże, dobrze, za ostro – mało kto mu pomoże.

Prezesi, Szefowie i Przewodniczący!

Ladies and Gentelmen!

Kandydaci i kandydatki!

Póki co, nie mam na kogo zagłosować w wyborach parlamentarnych. Wszystkie partie mnie olewają. Chyba ja też je oleję i pójdę sobie na spacer. Z kijami. W ramach relaksu i samoobrony przed skutkami emerytury. 

 moja twórczość literacka www.czarownice.kosz.pl

polecam zakładkę „Sceny erotyczne z życia emerytów”

A mnie się marzy kurna chata….

PS. I proszę moje z maja przepowiednie sprawdzają się  …. a wóżbitą nie jestem… – 13 sierpnia 2015

A więc mamy kolejna porcję politycznych obietnic. W swej kampanii na prezydenta obecny prezydent puścił wodze fantazji lepiej niż organizm w znanej reklamie. Tam organizm bierze na wszystko kredyt w formie mini rat. W przypadku prezydenta – elekta będzie tego znacznie więcej. Jako osoba pozbawiona fantazji w sferach materialnych i stąpająca twardo po asfalcie, w pełne spełnienie politycznych przedwyborczych obietnic nie wierzyłam, nie wierzę i nie uwierzę. Zatem co według mnie będzie dalej…. O, tutaj można puścić wodze fantazji.

Oczywiście na początku usłyszymy, że prezydent nic nie może, bo konstytucja i obecny rząd mu nie pozwalają. Konieczna jest zmiana konstytucji i rządu.

Jesienią zmieniamy konstytucję i rząd. Parę obietnic, w tym ustawa o promocji i propagowaniu „idei pozostania młodzieży w kraju” – poprzez plakaty, bilbordy, znaną telewizję i rozgłośnię radiową – przechodzi w sejmie i senacie.

Pozostałe, w tym zrównanie poziomu życia polskiego emeryta z emerytem niemieckim, oczywiście nie ma szans na ujrzenie światła w formie zmaterializowanej. Po bliższym zapoznaniu się ze stanem finansów państwowych, żadna podwyżka rent i emerytur nie wchodzi w rachubę, bo nie ma z czego płacić. Do wielominusowego stanu narodowego skarbca przyczyniła się oczywiście rabunkowa gospodarka poprzedniej ekipy rządzącej. Obecna musi bałagan uporządkować, a to musi potrwać. Do następnych wyborów. Za cztery lata prezydent obieca, że jeśli naród wybierze po raz drugi obecnych rządzących, to wtedy on spełni swe obietnice. Wówczas okaże się, że cztery kolejne lata to stanowczo za mało, żeby zrobić porządek po komunie i wszystkich poprzednich rządach. Konieczne trzeba po raz drugi wybrać tego samego prezydenta, żeby miał kolejne pięć lat mógł zrealizować obietnice sprzed pięciu lat, a potem jeszcze raz na cztery lata tę samą rządzącą, a potem znowu tego samego prezydenta (bo ustalono, że ten urząd  może trwać i trwać….) i potem znowu…

Nie, nie dosyć. Mam dość polityki i politycznych obietnic. Wyjeżdżam. Na wieś, bo:

(…) mnie się marzy kurna chata.          

Zwyczajna izba zbita z prostych desek,                  

Żeby się odciąć od całego świata,                  

Od paragonów, paragrafów i wywieszek                

Zaszyć się w kącie w kupie liści           

Tak, żeby tylko koniec nosa było widać                

Nic nie zamiatać, nic nie czyścić          

Nie kombinować, co się jeszcze może przydać

(J. Plaskota, J. Kaczmarek)



 hqdefault

Wybory Zofii

Wszyscy o wyborach… nie mam wyjścia, też muszę. A więc po pierwsze ja głosuję, moja znajoma rencistka Zofia nie. W latach osiemdziesiątych ówczesna opozycja powiedziała jej, że wybory nie są demokratyczne, jej głos się nie liczy, bo i tak wszystko ustala partia. Rencistka zakodowała te słowa we krwi, psychice i na wybory nie chodzi. Dziś dodaje, że każde wybory są sfałszowane. Parę lat temu zgłosiłam ją do pracy w komisji wyborczej, żeby uwierzyła w niefałszowanie. Była w komisji, liczyła głosy, ale i tak wybory, według niej, zostały sfałszowane, bo kilka razy wychodziła do toalety. Co wtedy robili inni członkowie komisji – nie wiedziała. Na pewno fałszowali. Uświadamianie Zofii, że czasy się zmieniły i można głosować na opozycję, by stała się przewodnią siłą narodu, przypomina rozbijanie muru. Zofia jest twarda niczym beton, z którego zbudowano Wilczy Szaniec w Kętrzynie.

Jako świadoma obywatelka postanowiłam po raz kolejny przekonać Zofię do uczestnictwa w głosowaniu na władzę. Zaproponowałam spacer. Zofia chodzenia dla samego chodzenia nie uznaje. Obiecałam zatem, że po drodze sprawdzimy, o której przyjmuje dentysta, czy przyjmuje „na fundusz”, czy tylko prywatnie, bo rencistkę zaczął boleć ząb. 

Problem wyboru pojawił się już po wyjściu na ulicę. Zofia minęła „zebry” przy rondzie i postanowiła ulicę przejść w miejscu nieoznakowanym, dokładnie pośrodku między pasami dla pieszych. Dlaczego? No, bo tu przechodziła przez blisko czterdzieści lat i nadal będzie przechodziła.

Rzeczywiście, rondo jest w tym miejscu dopiero od jakiś piętnastu lat.

Poza tym przejście oznakowane jest w złym miejscu. Dlaczego? Przecież wszystko zgodnie z obowiązującymi przepisami… Bo Zofii nie odpowiada, powinno być tam, gdzie wcześniej przechodziła. Jej głos w sprawie lokalizacji przejścia dla pieszych nie został wzięty pod uwagę. „A komu zgłaszałaś postulat namalowania zebry tutaj, a nie tam”? – zapytałam próbując powstrzymać Zofię od wkroczenia na jezdnię.   Oczywiście, że nikomu. Nikt i tak nie posłucha. „Oni” nigdy nie słuchają i robią, co chcą.

Na znak protestu rencistka, poruszająca się przy pomocy kuli, powolnym krokiem weszła na jezdnię. Do pokonania miała w sumie cztery pasy drogowe, dwa w jedną stronę, dwa w drugą. Wróciłam do ronda, wstrzymałam oddech. Na szczęście ruch był niewielki, kierowcy nie-piraci i zatrzymywali się przez kroczącą przez jezdnię Zofią. Jeden zatrąbił, drugi posłał siarczystą wiązankę. Ja rozpoczęłam modlitwę. Myślałam, że koleżanka zatrzyma się na pasie zieleni, oddzielającej kierunki jazdy. Nic z tego. Poszła dalej, zatrzymując się dwa razy po drodze. Znowu kilka klaksonów i parę k….

pol_wypadek_znak_640

Spotkałyśmy się po drugiej stronie. Zofia oczywiście odpowiednio oceniła kierowców, którym pakowała się pod koła „Chamstwo, brak wychowania i szacunku dla starszych!”. Głośno zaprotestowałam, próbując uświadomić koleżance, że to ona znajdowała się w miejscu przeznaczonym dla aut i kierowcy mieli prawo trąbić i kląć. „A dlaczego nie zatrzymałaś się na trawniku?” Bo nie lubi stać pomiędzy jadącymi samochodami. „To lepiej pakować się im pod koła, no nie!” Pod jakie koła, pod jakie koła, a zresztą niech kierowcy uważają na pieszych. A po co w ogóle te cztery pasy, kiedyś były w tym miejscu dwa i było dobrze. „Teraz większy ruch, więcej aut”. No tak, teraz tylko auta i auta, na jezdni auta, przed kamienicą auta, na parkingach auta, same auta, pieszy już się nie liczy.

Przemilczałam. Doszłyśmy do gabinetu dentysty. Był zamknięty. Oczywiście, że ten fakt rencistkę zdenerwował. Bo kiedyś to dentysta był cały czas otwarty. „Kiedy tak było?”. Dawno. „Ale ten dentysta przyjmuje tu dopiero od roku…”. Zofia pomyślała. „Powinien być cały czas, nie chce mu się pracować”. Zaproponowałam, aby poszukać w okolicy innego dentystę. Będę miała więcej czasu na przekonanie Zofii do głosowania.

I to był mój błąd. Następny dentysta przyjmował w centrum dzielnicy, gdzie znajdowało się duże skrzyżowanie ze światłami. Zofia postanowiła nie czekać na zielone, bo za długo było czerwone. Wpakowała się zatem na jezdnię na czerwonym. Tym razem oberwało się i mnie. Ludzie widzieli, że szłyśmy razem. Policja, gdzie jest policja! Może jak raz Zofia dostanie mandat, to nauczy się odpowiedniego poruszania po ulicach. Policji nie było. Dentysta był, wyznaczył termin wizyty. Ruszyłyśmy w drogę powrotną. Zapomniałam o wyborach prezydenckich, myślałam tylko o tym, żeby cenne własne życie zachować, bo Zofia stwierdziła, że jej na życiu nie zależy.

w srodku miasta

Wieczorem opowiedziałam synowi o sposobie poruszania się rencistki po ulicach naszego miasta. Przyznał, że to nie młodzież rozmawiająca przez „komórki”, a właśnie starsi ludzie najczęściej przechodzą jezdnię w niedozwolonym miejscu. Dlaczego? No właśnie, dlaczego dokonują takiego wyboru?

foto – Centrum Wałbrzycha – Plac Grunwaldzki

moja twórczość literacka na www.czarownice.kosz.pl